BTT w Poznaniu

31 Sierpień 2011

To nie była zwyczajna wizyta. Już samo zaproszenie ze strony Ewy Wycichowskiej było aktem nobilitującym nasz młody zespół, tym bardziej, że jest on w tej chwili najpoważniejszym konkurentem PTT na tanecznym rynku. Ta szlachetna rywalizacja zasłużonego dla kultury polskiej zespołu poznańskiego z gdańskim challengerem przyniesie nam jeszcze wiele pozytywnych, jak sądzę, emocji. Następne spotkanie odbędzie się w gmachu Opery Bałtyckiej w połowie września. Mam nadzieję, że tancerze Ewy będą się czuli u nas tak wspaniale, jak my czuliśmy się w jej gościnnych progach. Owacja poznańskiej publiczności była dla naszego zespołu, a szczególnie dla Izadory wielką nagrodą za lata pracy, bo to przecież tutaj zdobywała szlify choreografa. Tutaj przeżywała pierwszy tryumf, kolejne sukcesy i pierwsze gorzkie doświadczenia z przeciwnikami jej talentu. Wśród zachwyconej publiczności siedziało parę osób, które w 1996 roku tańczyły w „Snach nocy letniej” – debiucie choreograficznym Izadory Weiss. Po znakomitym przyjęciu spektaklu BTT „Out” na scenie Teatru Wielkiego rok temu, ten kolejny sukces w Poznaniu z najnowszą premierą „Czekając na..” był potwierdzeniem wysokiej klasy naszych tancerzy i ich szefowej. Radości nie zmąciła nawet jedna z recenzentek, która traktując dosłownie aluzję tytułu do słynnej sztuki Becketta dopytywała się, gdzież tu Godot. Na szczęście większość domyśliła się, że nie o Godocie rzecz się toczy i dała się ponieść wzruszeniom, bez których teatr nie ma sensu. „Święto wiosny” w drugiej części wieczoru wzbudziło, jak zawsze, gwałtowne emocje od nieufnych i lękowych po pełne zachwytu. Ten spektakl wywołał i w Warszawie i w Gdańsku burzliwe dyskusje o granice brutalności na scenie i sens ukazywania przemocy męskiej w erotycznych zmaganiach aż w takiej potężnej dawce . Izadora Weiss poświęciła jednak ten spektakl kobietom dręczonym wciąż na całym świecie przy cichej zgodzie społecznej na odwieczną przemoc i nie miała żadnych wątpliwości, że dzieło Strawińskiego jest wspaniałym nośnikiem do wyrażenia protestu w tej sprawie. Przeciwnicy tej interpretacji określają spektakl terminem „feministyczny”, który w naszym ubogim intelektualnie dyskursie o roli kobiet w Polsce, brzmi pogardliwie. Ale ani termin nie jest przecież tak naprawdę pejoratywny, ani spektakl BTT nie jest feministyczny, jeśli się go ogląda uważnie. A jeśli już o przeciwnikach mowa, to chciałbym skorzystać z okazji i pewnego poznańskiego choreografa, który za plecami opluwa nas z determinacją niegodną artysty, zapewnić, że Izadora Weiss tworzy swoje spektakle samodzielnie od scenariusza i doboru muzyki aż do pokazania każdego ruchu w jej choreografii każdemu z tancerzy po wielekroć. Nie tylko nie pomagam jej koncepcyjnie, jak to, kolego, rozgłaszasz, ale często sam słucham jej mądrych rad dotyczących moich własnych inscenizacji. Możesz mi wierzyć, albo nie – twoja sprawa, ale ludzie, którzy z nią pracują wiedzą najlepiej, jak jest i łatwo to u nich sprawdzić.

Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca

28 Sierpień 2011

Bałtycki Teatr Tańca dojrzał do tego, by spełnić swoje kolejne marzenie. Po trzech latach ciężkiej pracy, kilku ważnych premierach i niekwestionowanych sukcesach u publiczności i krytyków pora na rozpoczęcie drogi, która jest jedyną w dojściu na szczyt mistrzostwa i odkrywania nowych horyzontów w arcytrudnej sztuce tańca. Tą drogą jest wymiana doświadczeń z najlepszymi w tej dziedzinie i przyłączenie się do wspólnoty poszukujących swej artystycznej tożsamości zespołów, które tworzą w poczuciu wolności, niezależności od komercyjnych wymagań ogłupiającego rynku i wszelkich politycznych nacisków. Nie jest to łatwa,szeroka droga, tylko wąska ścieżka na przełęczy. Z jednej strony teatry, które dysponują zadowalającym zapleczem ekonomicznym i mogą sobie pozwolić na godziwy byt, regularne kontakty z publicznością pod warunkiem, że spełnią szereg wymagań. Muszą dostosować się do gustów większości widzów, realizować różne pseudoartystyczne powinności i wsłuchiwać się w polecenia urzędników gwarantujących finansowanie działalności. Z drugiej strony zespoły offowe, które w biedzie i niepewności jutra próbują realizować ambicje artystyczne, ale brak zaplecza i możliwości codziennego doskonalenia swoich umiejętności nie pozwalają im na profesjonalne zajmowanie się techniką taneczną i niezbędną w tej pracy kondycją fizyczną. Na przełęczy, o której mówimy można godzić te dwie opcje i próbować zawiesić na jakiś czas walkę karnawału z postem. Zespoły, którym się to udaje są wolne artystycznie i profesjonalne technicznie. Nakłada to na nie odpowiedzialność za stan hierarchii wartości w sztuce tańca i jej obecność na mapie kultury powszechnej. Proponujemy, by te nieliczne zespoły mogły się spotykać również w Gdańsku, gdzie tradycja teatru tańca sięga dalej niż w wielu innych ośrodkach. Jedną z prekursorek światowej rangi była w tej dziedzinie Jadwiga Jarzynówna – Sobczak, której osobę pragniemy w czasie tych pierwszych Bałtyckich Spotkań godnie uczcić. Kolejne pokolenia choreografów działających na Wybrzeżu są tego uczczenia ważnym elementem. Pracę trojga z nich – Wojtka Misiuro, Leszka Bzdyla i Izadory Weiss chcemy pokazać obok prac naszych gości, z których osoba Jiriego Kyliana zasługuje na największą uwagę, ponieważ w naszym przekonaniu jest to jeden z najważniejszych twórców teatru tańca na świecie. Wyznaczył on pewien zasadniczy kierunek w tej dziedzinie sztuki, do którego nie sposób się nie odnieść, jeśli ktoś się tą dziedziną poważnie zajmuje. Analizie tego kierunku i jego oponentom, wśród których niedawno zmarła Pina Bausch była postacią najwybitniejszą, chcemy poświęcić panel prowadzony pod auspicjami Instytutu Tańca powołanego przez Ministra Kultury i Sztuki jako instytucji mającej stać na straży środowiska polskich artystów tańca i pomagać im w dramatycznej walce o przetrwanie na pozycjach „sztuki wysokiej” wobec dominującej wszędzie popkultury oraz towarzyskich i komercyjnych form poruszania się w takt muzyki. Właśnie ten rozdźwięk pomiędzy definicjami tańca, a teatru opartego na ruchu pozbawionym wyrazistego zaplecza literackiego, czy opowieści jest przedmiotem naszych zainteresowań. Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca mogłyby naszym zdaniem przybliżyć publiczności problem z jakim borykają się artyści, którzy swoje życie poświęcili sztuce tańczącego ciała. Czy ma ono podlegać dyscyplinie muzycznej i estetycznej, czy też oddać się porywom wolności i nieskrępowanej niczym ekspresji indywidualnego osobnika. A może jest szansa na pogodzenie obu sprzecznych opcji w jednym spektaklu? Pytań jest wiele, a wszystkie zaczynają się od związku z muzyką. Tu upatrujemy zasadniczy podział na tańczących i ad libitum poruszających się artystów. Pierwsi, tak jak wszyscy muzycy muszą opanować pewne umiejętności, które pozwalają człowiekowi obcować z harmonią i surowymi regułami, bez których muzyka jest tylko chaosem dźwięków. Drudzy muszą brak muzyki zastąpić czymś równie atrakcyjnym dla zaproszonych na występy widzów. Czym? Oto jest pytanie. Chcemy o tym rozmawiać. Zapraszamy do rozmowy Jiriego Kyliana. To on swoją twórczością wyznacza kierunek jedności ciała i muzyki w jakim staramy się podążać. Chcemy zadać mu pytania o sens wiązania ruchu z muzyką, o intuicję, która ostrzega nas, że bez tego wiązania taniec stanie się tylko jedną z odmian chaosu. Byłoby to ważne przedłużenie toczącej się w Polsce dyskusji na temat tej dziedziny sztuki zapoczątkowanej Kongresem Tańca w Warszawie. Spotkania zakończy pokaz filmu o teatrze Piny Bausch, która jest pośmiertnie niekwestionowanym autorytetem dla tych wszystkich twórców, jacy uznali niczym nieskrępowaną wolność, również formalną, za najwyższą wartość artystyczną. W BTT należy do nich Wojciech Misiuro, którego spektakle zaprezentujemy w ramach spotkań. Z kolei dwie ostatnie choreografie Izadory Weiss BTT pokaże jako próbę podążania drogą wytyczoną przez Kyliana. Tym samym nasz teatr stanie się platformą dyskusji nie tylko teoretycznych, ale również polem doświadczeń w tak odmiennych, wydawałoby się koncepcjach teatru tańca.

Łomot

23 Sierpień 2011

Pisałem w jednym z pierwszych blogów o pladze hałasu rekreacyjnego, ale chyba tak jak uparty rzymski senator powtarzał codziennie, że Kartagina musi być zburzona, tak i ja powtórzyć muszę co pewien czas, że nieludzki hałas sprzyja schamieniu homo sapiens, bo jest naruszeniem wolności, godności i słuchu. Tych dotkliwych naruszeń doznałem wraz z rodziną i gośćmi z dalekiego kraju podczas Jarmarku Dominikańskiego, co podobno jest chlubą miasta Gdańska, z którym od lat kilku identyfikuję się jako lokalny patriota. Nie mnie oceniać całokształt tej ludycznej imprezy, bo czuję się specjalistą w dziedzinie wręcz przeciwnej do masowych uciech. Jednakże, jako w miarę normalny obywatel, doceniam rozmach kramarstwa i ilość sprzedawanych dzieł sztuk plastycznych wszelkiego rodzaju. Obrazy i wycinanki, sznurki, paciorki, zabawne gadżety, bursztyny(głównie ze wschodu), zabawki i góralskie kierpce, hot-dogi, łakocie, krakowskie obwarzanki i rzeka piwa – wszystko to z pewnością jest turystom zdesperowanym pogarszającym się z roku na rok klimatem nadmorskich plaż potrzebne i może nawet zbawienne. Konia z rzędem dałbym jednak temu, kto mi objaśni, komu potrzebny jest potworny łomot hard rockowy, który z woli kreatorów tego bazaru ma towarzyszyć przepychaniu się tłumów pomiędzy budami skleconymi na aby-aby po uliczkach wyznaczonych byle jak ( co zmotoryzowanych amatorów Jarmarku przyprawia o udary i zawały). Miłośnicy łomotu natychmiast zaprotestują, że przecież koncerty mistrzów- szarpidrutów i bębniarzy też są muzyką i miło jest w upalny wieczór z flaszką, puszką, czy plastikowym kubasem piwa w dłoni pobujać się do prostych rytmów. Miło jest zrelaksować mózg umęczony rozmyślaniem nad istotą bytu, czy prawdziwością miłosnych zaklęć wprowadzając go przy pomocy łomotu w stan bolesnej galarety. Czy jednak musi się to dziać kosztem bliźniego? Są przecież cudowne dyskoteki, czarowne kluby, gdzie zamknięci z własnej woli masochiści oddają się tym narkotycznym praktykom tracąc słuch i rozum we własnym zakresie. Dlaczego za sprawą jakiegoś urzędnika, który w tym czasie bezpiecznie griluje sobie gdzieś w podmiejskiej posiadłości wśród śpiewu ptaków, musimy słuchać łomotu i agresywnych wrzasków wokalistów, których problemy zawsze zaczynają się od tego, że nie potrafią grać na gitarze, więc koledzy dają im mikrofon na otarcie łez? Już słyszę jak ryczą „Spadaj na drzewo operowy zgredzie! Nie pasuje ci, to nie przyłaź na nasz energetyczny koncert!” No, dobrze – na koncert się nie wybiorę, ale przecież cały dzień trwają do tego koncertu próby na pełny mikrofonowy gaz! Siedzę u stóp Neptuna próbując dotrwać do końca obiadu i patrzę dokoła ile w kamieniczkach pięknie odnowionych jest szczelnie pozamykanych okien, gdzie przecież jacyś normalni ludzie próbują też coś zjeść, albo poczytać, albo pokochać się, albo nawet zdrzemnąć. Nie ma szans! Cóż takie okno nad samą estradą, skoro mury drżą? Powiecie, że przesadzam? To spróbujcie tam wytrzymać dłużej niż trwa szybki spacer od Artusa do nabrzeża. Kelnerka, bynajmniej na operowego zgreda nie wyglądająca, którą zapytałem, czy tak tu jest codziennie, rozpłakała się. „Proszę Pana ja już tego nie mogę wytrzymać i chyba zwariuję!” Pocieszyłem ją, że w Poznaniu mają gorzej, bo łomot na rynku jest celebrowany pod szyldem „Strefa kultury”.

Idol Herostratos

29 Lipiec 2011

W mojej pasji tropienia fałszywych idoli naszej współczesności nagle dożyłem wydarzenia, co moje obawy, że nie zawsze czcimy tych, którzy na to zasługują przejechało straszliwym walcem miażdżącym małostkowe wątpliwości. Nie wiem, czy się nie poddać wobec apokaliptycznej głupoty tłumów. Oto idolem ostatnich dni stał się morderca norweskiej młodzieży. Obłąkane media drukują na pierwszych stronach jego portrety i na całym świecie patrzy ludziom w oczy z tym swoim pogardliwym uśmieszkiem bandyta, który zadrwił z naszego porządku wartości, wiary w sens budowania wspólnoty opartej na poszanowaniu bliźniego i wiary, że życie ludzkie jest najwyższym dobrem na naszym globie. Stał się sławny jak tylu innych podłych, którzy zaimponowali udręczonym niewolnikom norm etycznych i poprawności politycznej swoją niszczycielską determinacją. Historia wciąż przypomina ostrzegawcze imię Herostratosa, który podpalił jedną z najpiękniejszych świątyń w historii ludzkości po to, by stać się sławny i osiągnął to. Iluż potem mieliśmy w dziejach „bohaterów”, którzy raczej zasługują na zapomnienie i wymazanie ich imion ze wszystkich rejestrów, niż na podniecanie się kolejnych pokoleń ich demonicznymi biografiami. Wiem, że to nie takie proste. Fascynacja złem jest równie silna jak pragnienie dobra, ale ludzie odpowiedzialni za rozwój duchowy społeczeństw mogliby trochę więcej wysiłku wkładać w przewidywanie tego, co przyniosą ich słowa rzucane często tylko w celu zwrócenia uwagi na nich samych. „Oto kolejny głos nawołujący do wprowadzenia cenzury!” – zakrzykną niektórzy demagogiczni bojownicy o totalną wolność. Otóż uważam, że pomiędzy cenzurą, której nikt rozsądny nie chce, a niezgodą na to, że wielcy mędrcy i heroiczni obrońcy życia kwitowani są małym portretem podczas gdy nasz zabójca ma ich dziesiątki na pół strony, istnieje zasadnicza różnica. Musi być jakieś poczucie odpowiedzialności medialnych bossów, którzy drukując wielkie kolorowe zdjęcia mordercy i odmieniając na wszystkie sposoby jego parszywe imię, informując o jego wypowiedziach, przemyśleniach, smętnej biografii i wszelkich związanych z nim okolicznościach po to, by epatować wystraszonych szaraków i dzięki temu zwiększyć sprzedaż, nie mogą pohamować ilości informacji w imię ich jakości. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego podbija się szum wokół gangsterów, skandalistów i wszelkiego rodzaju nikczemników, zamiast utrwalać tendencję przemilczania ich wyczynów. Jeśli oczyszczamy społeczeństwo ze złych ludzi izolując ich w zakładach zamkniętych, to może warto oczyszczać też nasze panteony sławy nie budując pomników naszym wrogom. Przecież te pomniki to podstawowa motywacja do kolejnych wyczynów kolejnych pokoleń Herostratosów. Chcecie mieć takich „bohaterów”? Chcecie ulegać fascynacji silnymi, okrutnymi ludźmi, którzy potrafią gardzić prawem, kraść, deprawować i wreszcie mordować, to faktycznie otwórzmy im prawdziwą drogę do kariery! Wpuśćmy ich na ambony, do parlamentów, na fotele prezydenckie wreszcie. W końcu żyją jeszcze ludzie, którzy wielbili Hitlera i Stalina, a i młodzież w dużym procencie udzieli radosnego poparcia nowym bandziorom na czele narodów. Czy macie, beztroscy bossowie czwartej władzy, pojęcie ilu młodych ludzi powiesiło sobie wystylizowany portret norweskiego szaleńca nad łóżkiem?

Najlepsi z najlepszych

16 Lipiec 2011

Wszędzie zawody i wyścigi. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się kibicować tym, którzy walczą o jakieś palmy pierwszeństwa nie tylko w sporcie, ale i w innych dziedzinach życia publicznego. Kto i co gdzieś wygrał – oto jedno z najbardziej popularnych pytań, a odpowiedź funduje oglądalność i zyski. Rekiny od zysków napędzają więc zainteresowanie rankingami i przerabiają na zawodników kogo się da. Szczytem tego idiotyzmu jest kultowa księga Guinessa z rekordami typu “nawiększa parówa w tomacie”. Oczywiście są rekordy imponujące i zwycięstwa budzące szacunek. Nikt nie odbierze splendoru górze Mount Everest czy rekordziście świata w biegu maratońskim. Nikt nie kwestionuje sukcesu zdobycia Oskara, czy nagrody Nobla. W naszym komicznym świecie coraz więcej jednak zwycięzców i “mistrzów”, którzy zasługują na większą rezerwę, niż im to serwują wiwatujące tłumy. Wiadomo, że coraz trudniej jest kwestionować potęgę celebrytów, bo ich rangę gwarantuje bardzo skomplikowany system towarzysko – okazjonalny i biada każdemu, kto się w te tryby niefrasobliwie wpakuje. A jednak od czasu do czasu trzeba sie narazić i zaprotestować, żebyśmy nie zwariowali z kretesem. Kiedy słyszę, że na festiwalu filmowym ktoś zdobył tytuł najbardziej stylowo ubranej aktorki, a na innym przyznano nagrodę za najefektowniejszą metamorfozę roku, a kolega ze swoją partnerką zdobył jeszcze gdzie indziej wysoki tytuł najbardziej gorącej pary sezonu, zastanawiam się, czy warto się wysilać i grać w filmach, coś reżyserować, czy pisać książki. Może wybrać sie na jakąś imprezę i w najwyższych obcasach w środkowej Europie, na golasa zatańczyć jako pierwszy na kontynencie salsę na stole pełnym serowych koreczków z oliwką? Udzielić potem można wywiadu, w którym wypowie się swój pogląd na temat celibatu i wolności w internecie, a następnie ekipa fotoreporterów uwieczni sceny z życia domowego i pokaże jak przyrządza się baraninę na słodko. Jeśli spodoba się specom od reklamy, można zarobić na następny rok życia wąchając z rozkoszą dezodorant łazienkowy, albo pijąc z kolegą właściwe piwo. Po jaką cholerę studiować partytury Mozarta, czy godzinami ćwiczyć precyzyjne skoki na sali baletowej, skoro sławę i pieniądze, czyli to, o co chodzi, można osiągnąć bez żadnego wysiłku ryzykując tylko wystawienie się na pośmiewisko, jeśli pajacowanie okaże się nieskuteczne medialnie. Na szczęście można jednak trzymać się zdrowych kryteriów. Jeśli stylowo ubiera się charyzmatyczna aktorka, picie piwa propaguje wybitny aktor, który ciężka pracą i talentem zasłużył na popularność, a najgorętszą parę sezonu tworzy znakomity reżyser, to jestem za hałasem medialnym wokół ich rozrywek. Ale protestuję, jeśli te same, czy podobne rankingi zdominują osoby, które poza tym niczego jeszcze nie stworzyli i niczego nie potrafią, bo natura odmówiła im talentu, a o czymś takim jak pracowitość w ogóle nie słyszeli. Nie stawiajmy ich na tych samych piedestałach i nie przyznawajmy im tytułów gwiazd. Niech dłonie na promenadach sławy odciskują tylko wielcy artyści, a wielcy celebryci niech przemijają jak coroczna trawa. Nie nadużywajmy tytułów i ocen, dawkujmy zachwyty i szacunek, oszczędzajmy uwielbienie na uczczenie prawdziwych mistrzów. Dla naszego dobra i higieny życia duchowego. W prawdziwej Olimpiadzie istnieje ścisła lista nagradzanych dyscyplin.

Dziadostwo

2 Lipiec 2011

Etymologia tego popularnego terminu związana jest z ogólnym przekonaniem, że starzejący się mężczyzna popada w coraz dalej idące zaniedbanie. Nie pilnuje należytej higieny, ubiera się coraz mniej starannie i generalnie uważa, ze skoro jego atrakcyjność seksualna zwiędła, to nie musi wkładać tyle wysiłku w codzienne cyzelowanie szczegółów swej powierzchowności. Coraz częściej sądzi, że świat schodzi na psy, ludzie schodzą na psy, więc i jego przestaję obowiązywać staranność w wywiązywaniu się wobec świata ze swoich obowiązków. Zaczyna wszystko robić byle jak, żywi się byle czym i czas spędza jakkolwiek. Nie wszyscy temu ulegają, ale trzeba przyznać, że znaczna część męskiej populacji. Przeciwieństwem tej tendencji mogłoby stać się coś, co można by nazwać babciostwem. Starsze panie zdecydowanie częściej dbają o siebie i swoje otoczenie. Noszą się czyściej i starannie pieką swoje ciasteczka. Dbają o wnuczki i własne zdrowie. Jak w wielu sprawach tak i w kwestii jakości starzenia się kobiety wygrywają z płcią męską. Szkoda, że są słabsze i nie mogą narzucić naszej Ojczyźnie swojej opcji. A Gombrowicz już pół wieku temu optował, żeby Ojczyznę zastąpić Matczyzną. Jego genialna intuicja przewidziała, że tak jak z ojca z czasem wyrasta dziadek, tak Ojczyznę może zdominować skłonność do dziadostwa. Nie znam się na zbyt wielu dziedzinach, ale wystarczy rozejrzeć się dokoła w życiu codziennym, żeby ulec przygnębiającemu wrażeniu, że „kult” bylejakości jest równie potężny jak kult piwa i futbolu. Natomiast w dziedzinie, w której czuję się kompetentny, czyli teatrze operowym skłonność do dziadostwa jest o tyle niebezpieczna, że nawet w delikatnej dawce zabija sztukę i opera przestaje być operą, tylko jej parodią. To samo dotyczy tańca i wszelkiego muzykowania, bo muzyka jest dyscypliną ścisłą jak matematyka i nie uznaje takich kategorii jak „mniej więcej”, „aby aby”, „jak gdyby”, „byle jak” i wielu pokrewnych. Żeby ich uniknąć musimy w tych dziedzinach pracować, ćwiczyć i pracować oraz jeszcze raz pracować. Ktoś, kogo to nudzi i sztukę traktuje wyłącznie jako pretekst do zabawy musi być nie lada geniuszem, żeby się w branży muzycznej utrzymać. Ci którzy kochają muzykę, odnajdują w niej mądrość i harmonię świata i właśnie w tej nieustannej pracy i ćwiczeniach odnajdują radość i ukojenie. To jest tarcza przed brudem, chaosem, rozpadem wartości i materii, a więc jest też obroną przed umieraniem, gniciem i destrukcją. Oto bieguny o których mowa: z jednej strony dziadostwo jako skłonność do poddania się destrukcji – z drugiej zabawnie brzmiące, ale jakże poważnego wysiłku wymagające babciostwo, które jest heroiczną walką o porządek, harmonię i czystość. Podróżując przez nasz dumny kraj zwracajcie uwagę, gdzie przewaga schludnych babć nad niechlujnymi dziadami sprawia, że wychodzimy z zacofania i przyłączamy się do Europy nie tylko prezydując, ale naprawiając drogi, malując płoty i utrzymując czyste kible na stacjach benzynowych i innych zajazdach. Zwracajcie uwagę wybierając się do jednej z kilku oper polskich, gdzie króluje zadbanie, a gdzie byle co. Widać to na plakatach, na foyer, na widowni i w szatniach, ale przede wszystkim słychać w czasie spektaklu, czy fis to fis, czy pauza ósemkowa jest ósemkowa i czy smyczki w tym samym momencie idą do góry. A ci, którzy mają radość w słuchaniu płyt i odróżnianiu np. Halki od Strasznego Dworu dostrzegą być może różnice pomiędzy solistą, który śpiewa to, co jest zapisane w partyturze od tego solisty, co powtarza tylko zasłyszane z nagrań melodie. Miliony szczegółów i niuansów do delektowania się dla starannie i pracowicie przygotowanych słuchaczy. Skłonność do dziadostwa wyklucza te radości po obu stronach rampy. Walczmy z tą skłonnością, a świat może będzie piękniejszy.

Majtki na Pegazie

24 Czerwiec 2011

Ostatni blok naszych spektakli w tym sezonie poprowadził wybitny dyrygent Jan Latham- Koenig, który w październiku będzie również „Traviatą” dyrygował w londyńskiej Covent Garden. Nie mamy tu w Gdańsku tak wybitnych solistów jak Netrebko, która tam występuje w partii Violetty, ale maestro z uznaniem wyrażał się o ich jakości i przygotowaniu, a chór i orkiestrę ocenił bardzo wysoko deklarując chęć powrotu do nas przy okazji każdego bloku „Traviaty”. Umówił się również na realizację w charakterze kierownika muzycznego jednej z naszych najbliższych premier. To dla nas znakomita okazja do współpracy z europejskiej klasy fachowcem, który pokazał w arcydziele Verdiego wiele nowych blasków i podbił naszą wymagającą orkiestrę nie tylko swoim artyzmem, ale i ogromna kulturą kierowania ludźmi. Jakież było moje zdumienie, kiedy w mediach nie znalazłem na temat tego wydarzenia żadnej profesjonalnej oceny. Ani słowa o subtelnościach interpretacyjnych, znajomości włoskiego stylu, specyficznych tempach i pokrewieństwie z rosyjską szkołą dyrygentury. Rozumiem, ze nie ma zbyt licznej grupy czytelników, która czeka na takie relacje, ale wierzę, że w Trójmieście mamy wystarczającą ilość melomanów, dla których warto pisać fachowo i zajmować się tym, co w pracy maestro Koeniga jest istotne. Zamiast tego powtórzyło się zainteresowanie rodzinnymi powiązaniami naszego dyrygenta z Gdańskiem. Rok temu, kiedy prowadził w Trójmieście koncert wagnerowski prasa słusznie podkreślała fakt, że matka artysty była rodowitą Gdańszczanką. Już wtedy zaniepokoiło mnie, że więcej miejsca poświęca się domniemanemu romansowi tej zacnej kobiety z samym Witkacym, niż wartościom muzycznym jej syna. Tym razem jednak promocja naszego gościa poszybowała w rejony gdzie w oparach absurdu pełne wigoru życie wiodą jedynie tabloidy. Głównym motywem tej promocji było domniemanie, że babka Koeniga stała na pewnym bankiecie tak blisko samego Henryka Sienkiewicza, że prawdopodobieństwo romansu stało się kusząco wysokie. I teraz wyobraźcie sobie państwo taką ewentualność – oto za pulpitem dyrygenckim staje w jednej osobie wnuk noblisty i syn największego nowatora literatury polskiej! Jakież znaczenie ma wtedy dyrygowanie i muzyka Verdiego?

Przed laty ekipa pod wodzą Pietrasa objęła Teatr Wielki zwany gmachem „pod Pegazem” przez wzgląd na monumentalnego skrzydlatego rumaka na dachu. Kilka pierwszych premier należało do najambitniejszych i najbardziej udanych przedsięwzięć w życiu artystycznym Jose Marii Florencia i niżej podpisanego. Ale media poznańskie niechętne obcym lakonicznie kwitowały nasze wyczyny. I nagle stał się cud. Pisali o nas wszyscy. Czy doceniono naszą sztukę? Bynajmniej. To młodzież okoliczna uprawiała tam niebezpieczny sport polegający na nocnej wyprawie na sam szczyt i odbyciu stosunku płciowego na grzbiecie Pegaza. Pewnego poranka śpieszący na ranną zmianę Poznaniacy dojrzeli na łbie monumentu czerwone majtki pozostawione w nocy przez jakąś zwycięską parkę. Do południa zebrał się już niezły tłumek podziwiający zastęp strażaków usiłujących ten gadżet z Pegaza ściągnąć. Nigdy w życiu nie udzieliłem tylu wywiadów jednego dnia. Nawet dyrektor Pietras pobił w tej materii swój życiowy rekord. Wreszcie staliśmy się sławni!

Wiśnia

16 Czerwiec 2011

Nie, to na szczęście jeszcze nie będzie nekrolog. Wiśnia żyje i ma się znakomicie, jak na swój wiek. Jest w doskonałej formie artystycznej i do niedawna wydawało się, że najlepsze lata jego dyrektorowania i reżyserowania w Teatrze Nowym w Poznaniu są wciąż przed nami. Jak grom z jasnego nieba dotarła nagle wiadomość o jego odwołaniu ze stanowiska. W życiu dyrektora teatru w Polsce taka niespodzianka wliczona jest w koszty zawodowe, bo nie ma u nas terminowych kontraktów i Jego Wielebność Kodeks Pracy, który jak tępa stupaja rządzi wciąż życiem teatralnym, zezwala na odwołanie dyrektora z dnia na dzień. Przepisy stworzone dla fabryk gwoździ i młotków rządzą teatrem, tym najpiękniejszym ogrodem jaki zakwita co sezon w naszym nieurodzajnym kraju. Pogodziliśmy się z tym i od lat łudzimy despotę uległością starając się w labiryncie idiotycznych przepisów znaleźć ścieżki dla marzycieli i poetów, jacy stanowią o sile teatru polskiego i jego światowej randze. Nic jakoś nie słychać żeby gwoździe i młotki rozsławiały imię Polski po całym świecie. Tak się składa, że to teatr właśnie przyczynia się do tego, że wciąż się czasami o naszej ojczyźnie mówi w dalekich stolicach. Janusz Wiśniewski jest jednym z tych artystów, którzy spośród wschodnich twórców zaznaczyli swoją obecność w Europie. Dokonał tego przy pomocy cudownego instrumentarium, jakim był Teatr Nowy, w pierwszym etapie za dyrekcji Izy Cywińskiej, a potem już pod jego autorskim kierownictwem. Bywałem w tym magicznym miejscu wiele razy i obserwowałem niezwykłą symbiozę pomiędzy aktorami a ich przewodnikiem. To oczywiste, że jak w każdej “rodzinie” teatralnej kierowanej twardą ręką zdarzały się niesnaski, bunty i poczucie krzywdy. Nie znam aktorów, którzy uważają, że są wystarczająco doceniani przez dyrekcję, ale też niewiele znam zespołów, gdzie panowałaby atmosfera takiego zaufania i oddania reżyserowi. I oto dowiadujemy się z napaści prasowych, że tam tylko “przydupasy” czuły się dobrze i miały co grać. Trochę się znam na możliwościach aktorskich i przed każdym trybunałem zeznam, że mało kto, tak jak Janusz, dba o swoich ludzi i pomaga im rozwijać artystyczne możliwości. Już wkrótce przekonamy się, jaki to kwiat aktorski był niewykorzystywany i jak zadziwi nas swoimi niedocenianymi talentami. Wkrótce przekonamy się jak imponująco Teatr Nowy dołączy do “pierwszej ligi”, gdzie brudy, dewiacje, używki i ojcobójstwa pokazywane są na to samo wrzaskliwe kopyto. Wysmakowane obrazy i głębokie ludzkie przesłanie Wiśniewskiego, jego żarliwa wiara w szczególną misję człowieka i godne miejsce w boskiej ekonomii zbawienia przeniosą się do jakiegoś innego teatru, a radni wielkopolscy pozbędą się kłopotu z artystą niepokornym i innym od wszystkiego, co dzisiaj na scenach oglądamy. Który to już raz? Ilu wybitnych ludzi polegnie jeszcze w tym kraju, zanim nauczymy się dbać o nich za życia, w najlepszym okresie ich twórczości? Powiecie, że zbyt patetycznie do tego podchodzę, bo sprawa dotyczy przyjaciela? Tak. Na tym polega przyjaźń, że podchodzi się do sprawy emocjonalnie. Ale wy, którzy znacie ten teatr i tego artystę, nie jesteście z nim zaprzyjaźnieni i oceniacie sytuację chłodnym okiem, powiedzcie obiektywnie, czy nie mam racji.

Małpy do wynajęcia?

23 Maj 2011

Instytucje kultury takie jak teatry, filharmonie, muzea prowadzące regularną działalność opartą o stały budżet i etaty stanowiły niekwestionowane dobra kultywowane przez władze i szanowane przez odbiorców. To był nie tylko bezpieczny dom dla rzeszy artystów, ale i obszar, gdzie powstawały najważniejsze wydarzenia, tradycja mieszała się harmonijnie z nowoczesnością, a społeczeństwo uznawało, że tam bije zdrowe źródło prawd ludzkich i niemałych przyjemności. Ten stan rzeczy ulega właśnie radykalnym przemianom, a konsekwencje tego mogą być nieobliczalne. Jak grzyby po deszczu, że użyję banalnego porównania, rosną w naszym kraju zgodnie z tendencją światową liczne festiwale, przeglądy, spotkania, biennale i inne okazjonalne imprezy, których mobilny charakter i skłonność do sensacyjności chwytają za serca ludzi prostych i umęczonych monotonią codziennej pracy. Chwytają też nie tyle za serca, co za kieszenie wszelkiego rodzaju decydentów wydawania pieniędzy, którzy dostrzegają w “eventach” większe szanse wypromowania ich wizerunku, jako łaskawców i darczyńców. Sponsorzy, których w Polsce i tak jest jak na lekarstwo, coraz częściej opędzają się od instytucji prowadzących regularną i mozolną działalność, a udzielają wsparcia organizatorom wydarzeń jednorazowych i masowych. To niby logiczne, ale do tego typu preferencji coraz częściej przyłącza się Ministerstwo Kultury i Samorządy, które przecież są jedyną ostoją owych kosztownych instytucji skazanych na etaty, związki, kodeks pracy i własne mury. Tak zwane granty, które obok stałych dotacji są filarem wspierania kultury, coraz chętniej przyznawane są imprezom cyklicznym lub wręcz jednorazowym, niż producentom regularnych premier, wystaw, czy codziennych spektakli. Nieustanna bieda teatrów i muzeów idzie w parze z niebywałym rozkwitem festiwali. Zachwianie się proporcji pogłębia fakt, że publiczność też woli wybrać się na „wydarzenie”, niż opuścić ciepłe domowe pielesze i kupić bilet na repertuarowy spektakl, który trąci czymś powszednim. Mało kto zastanawia się nad konsekwencjami takiego długotrwałego procesu. Jedną z nich jest nieubłagany spadek profesjonalizmu i tryumf chałtury. Powie ktoś, że to za mocne słowa i świadczą one o skłonności do kurczowego trzymania się ciepłych posad. A jednak weźcie pod uwagę kilka prostych prawd. Żeby grać na jakimkolwiek instrumencie, należy przejść nie tylko długi etap nauki, ale też do końca życia ćwiczyć i uprawiać swoje granie systematycznie. Żeby być tancerzem, trzeba długo się uczyć, a potem ćwiczyć codziennie, bo żaden kwiat nie więdnie tak szybko jak nieużywany mięsień ludzkiego ciała. Żeby być pisarzem, trzeba regularnie pisać, żeby być malarzem, trzeba codziennie godzinami malować. Żeby być aktorem trzeba grać, trzeba uczyć się tekstu, ale też regularnie mówić go ze sceny, bo inaczej tylko się niezrozumiale coś memła pod nosem. Otóż ta regularność z możliwością utrzymania siebie i może nawet jeszcze jakiejś rodziny za te codzienne praktykowanie swych umiejętności jest podstawą profesjonalizmu, czyli wysokiego kunsztu, a rozumując dalej mistrzowskiej sztuki. NIE MA W SZTUCE INNEJ DROGI. Jednorazowe fikoły w jakiejkolwiek dyscyplinie mogą zachwycić, kiedy wykona je samorodny geniusz i rzeczywiście to się zdarza. Ale geniusz staje się artystą, jak się weźmie do pracy, a ci, co jej nie lubią giną w pomroce dziejów i oparach środków dopingujących, które z pracą zgoła nic nie mają wspólnego. Otóż tę regularną pracę mogą zapewnić regularne instytucje. Wydarzenia są wspaniałe i mają sens dopóki ich bazą i fundamentem są teatry, muzea, filharmonie i inne miejsca, gdzie codziennie rano rozpoczyna pracę grupa ludzi utrzymywanych przez obywateli produkujących dobra materialne. To stąd wychodzą na estrady festiwalowe prawdziwi mistrzowie. Biada narodowi, który zaniedba tę bazę. Jego serca i umysły pożre moloch popkultury i zgraja hien na jego usługach. Oto na przykład słyszę mądrego premiera, który podpisuje pakt ze światem kultury i składa przysięgę jak Kościuszko na rynku, że będzie jeden procent z budżetu na kulturę. Tego samego dnia Teatr Narodowy dowiaduje się, że zostanie mu obcięta dotacja na przyszły rok. Jakże to? Dokąd więc mają powędrować te wyczekiwane dwie dziesiąte procenta? Na wydarzenia? Już czeka długa kolejka organizatorów Bardzo Ważnych Festiwali, Istotnych dla Narodu Wyjazdów na Zagraniczne Festiwale, Żywotnych dla Ducha Polskiego Imprez od Dnia Orła w Koronie po Imieniny Lokalnej Aptekarzowej. Byleby tylko nie roztrwonić darów budżetu na jakieś podwyżki dla gnuśnych orkiestr i leniuchujących zespołów aktorskich. Niech próbują przeżyć za coś więcej niż pensje! Niech zagrają w reklamie piwa, albo na tychże Imieninach Lokalnych za demoralizujące, ale przecież głęboko słuszne z racji oglądalności honoraria! Im mniej zarabiają w tych swoich teatrach, tym łatwiejszymi się stają małpami do wynajęcia. Czy taki cel nam przyświeca?

Nowa Bałtycka

18 Maj 2011

Odbyło się pierwsze posiedzenie Komitetu Obywatelskiego Budowy Nowej Opery Bałtyckiej. W naszych skromnych, wysłużonych murach zjawili się Pani Prezydentowa Wałęsowa, Pan Senator Rachoń, Pan Prezes Canowiecki, Pan Senator Wittbrodt, Pan Redaktor Mielnik, Profesor Limon oraz wiele innych znakomitych osobistości Trójmiasta. Wyrazy usprawiedliwienia nieobecności przesłali Pani Elżbieta Penderecka, Pan Waldemar Dąbrowski, Pani Stefania Toczyska i Pani Henryka Krzywonos. Gośćmi Komitetu byli zarówno Marszałek Województwa Pomorskiego Mieczysław Struk jak i Prezydent Gdańska Paweł Adamowicz, którzy będą w przyszłości adresatami wszystkich petycji i apeli Komitetu. To w ich gestii leżą podstawowe decyzje dotyczące losów nowej siedziby, jej lokalizacji, terminów, rangi konkursu na projekt i wreszcie jego realizacji. Członkowie komitetu są wybitnymi osobistościami wybranymi spośród licznej rzeszy miłośników i bywalców naszej opery. Kiedy patrzyłem na ich twarze przypominając sobie ich zasługi, osiągnięcia i znaczenie dla naszej współczesnej historii, pomyślałem, że suma ich woli, kontaktów i wpływów musi zadziałać niezawodnie. Poczułem po raz pierwszy, że moje marzenia o nowym gmachu Opery Bałtyckiej, który będzie wizytówką Trójmiasta, po prostu spełnią się pewnego dnia i to całkiem możliwe, że za mojego życia. Ci znakomici obywatele, autorytety społeczne, tak bezcenne w naszym sceptycznym kraju, pomogą mi nie tylko w przekonywaniu władz i decydentów budżetowych, ale przede wszystkim społeczności całego regionu, że ten luksusowy wydatek ma sens i jest niezbędny, jeśli Trójmiasto ma stać się perłą nie tylko województwa, ale może i Europy. Moim zadaniem będzie przede wszystkim utrzymanie takiego poziomu artystycznego, żeby nikt, kto odwiedza naszą operę nie miał wątpliwości, że jej zespół jest godzien siedziby o najwyższych standardach światowych z prawdziwą sceną wyposażoną w urządzenia z 21 wieku, a nie z 19go, jakimi dysponujemy dzisiaj. Że Operze Bałtyckiej należy się widownia trzy razy większa od obecnej, żeby jednorazowe wydarzenia, których w operze jest spora ilość, były ekonomicznie uzasadnione. Musimy mieć szansę nagrywania naszych spektakli tak, jak to robią wszystkie renomowane zespoły i wysyłania ich w świat, co wiąże się nierozerwalnie z możliwością zapraszania podobnych teatrów do nas. W tej chwili nie ma na to żadnych szans. Nie ma też szans na wielkie gwiazdy w naszych spektaklach, bo bilety na ich występy w naszej niewielkiej sali nie wystarczyłyby na pokrycie kosztów jednej arii w ich wykonaniu. Mógłbym tu wyliczyć długą jeszcze listę powodów, dla których budowa Nowej Bałtyckiej jest konieczna. Ale przecież teraz, kiedy powstał ten wspaniały komitet, mogę oddać głos jego członkom. Posłuchajcie , co mają na ten temat do powiedzenia. A ja wesprę ich na scenie dając wraz z moimi zespołami Opery i BTT najlepsze spektakle, jakie są możliwe do zrobienia w naszych skromnych warunkach.