Zakończył się wspaniały konkurs skrzypcowy, który jest jednym z nielicznych naszych powodów do dumy na forum światowym w dziedzinie muzyki. Wysoki poziom tegorocznej edycji, znakomicie przygotowane relacje telewizyjne, wreszcie niesamowity koncert finałowy zwieńczony wykonaniem muzyki Wieniawskiego przez jurorów i finalistów – to było prawdziwe święto sztuki w naszym kraju. Gorzką nutą w tych radosnych chwilach było pytanie stawiane przez komentatorów – dlaczego wśród zwycięzców zabrakło Polaków. Ponieważ wiem o kilku powodach, pozwolę sobie tą wiedzą się podzielić. Otóż świetne transmisje kanału Kultura, którego oglądalność jest niestety tak samo wysoka jak czytelnictwo w Polsce, chodzenie do teatru i ilość kupionych płyt na głowę mieszkańca, dotarły do garstki melomanów. Reszta narodu pogrążona była w ciemnych oparach serwowanych przez nasze najważniejsze dwa kanały obarczone rzekomo jakąś misją. Podczas ostatniego koncertu, który był jednym z największych wydarzeń muzycznych ostatnich lat, w „Jedynce” leciała trzecia woda po hicie „Indiana Jones”, a w „Dwójce” popisy amatorów oceniane przez pajaca, który epatuje siksy udając Belzebuba. A przecież to był tylko dalszy ciąg konsekwentnego popierania od lat chałtur, straszliwych koncertów plenerowych, łomotu i fałszywych dźwięków. To dalszy ciąg unikania jak ognia wszelkiej muzyki, która mogłaby się wydać ambitna, smutna czy poważna, bo przecież wtedy oglądalność musiałaby ucierpieć. Miałem nadzieję, że nowy Prezes TVP udźwignie konieczność uzdrowienia „misji”, ale cóż może poradzić jeden, nota bene zastraszony przez agresywnych internautów, czy kilku nawet sprawiedliwych – wobec tabunów telewizyjnych wyjadaczy, którzy niejedną reformę mają już szczęśliwie za sobą. Owszem, prawdziwą misję dźwiga odpowiedzialnie radiowa „Dwójka”, ale może właśnie dlatego jej życie wisiało na włosku. Na włosku wisi wciąż los studia im. Lutosławskiego, prawdziwej oazy w wyschniętym świecie polskiej muzyki. Próby zawłaszczenia go przez producentów operetek, kankanów i szemranych wodewili nie ustały i w każdej chwili mogą zakończyć się sukcesem. Inna oaza muzyki, jaką jest Warszawska Opera Kameralna została pozbawiona ćwierci swego budżetu i tylko heroizm Stefana Sutkowskiego uchronił ją przed gwałtownym rozpadem. To tylko nieliczne czubki gór lodowych. A podstawą jest wciąż kształcenie muzyki w szkołach, gdzie zabłysło wreszcie światełko w tunelu i jest szansa, że muzyka wróci do planu lekcji, jak w większości krajów cywilizowanego świata, ale zaległości i wieloletnie zaniedbania są tak dotkliwe, że tylko szkoły muzyczne sprawiły, że nasz naród zachował jakieś poważniejsze umiejętności muzykowania, niż wsadzenie do kontaktu wtyczki od sprzętu grającego. Ale i w tych szkołach dramatycznie brakuje pieniędzy i etatów dla profesorów muzyki, bo ważniejsze okazały się dodatkowe lekcje dydaktyczne, opieka psychologów i wreszcie absurdalne lekcje religii, których w klasach początkowych jest tyle ile lekcji gry na instrumencie. Więc o jakich Polakach chcecie mówić na światowym konkursie Wieniawskiego? Może ci którzy wyjechali na zarobek emigracyjny do Anglii, czy innego normalnego kraju, poślą dzieci na lekcje muzyki i wśród nich pojawi się jakiś wybitny talent, który za 15 lat wygra siedemnastą edycję konkursu? Nadzieja wciąż nie gaśnie.
Wieniawski bez Polaków
24 Październik 2011Urna
7 Październik 2011Służy do tego, by spoczywały w niej nasze prochy, lub nasze głosy. Od nas zależy do czego ją użyjemy. Ten dualizm przeznaczenia urny widzę jako ostrzeżenie. Jakby to był symboliczny wybór między życiem i śmiercią. Jeśli złożymy w niej głosy – żyć będziemy. Jeśli uznamy, że funkcja urny jest tylko funebralna – pomrzemy. Ta patetyczna przesada w rozumieniu urny jako symbolu bierze się z rozpaczy, że co chwila ktoś mi znany i bliski powiada, że głosować nie pójdzie, bo nie ma na kogo, bo jest znudzony, zawiedziony, bo i tak nic od niego nie zależy i świat się nie zawali bez jego głosu. Jak to? – pytam – nie rozumiesz, że twoje głosowanie ma wymiar symboliczny? Przecież to jest akt, dzięki któremu stajesz się częścią narodu, potwierdzasz swoją tożsamość, jesteś kamieniem węgielnym społeczeństwa, które na tobie zostanie zbudowane. Dajesz sobie prawo na kilka lat wypowiadania swojej opinii na temat kraju w którym żyjesz ty i twoi bliscy. Jak śmiesz osądzać później ludzi i zdarzenia, skoro nie kiwnąłeś palcem by były takie a nie inne? Nie oddając głosu do urny odbierasz sobie prawo do wydawania głosu w każdej sprawie szerszej niż okolice własnego pępka. Będziesz to respektował? Zamilkniesz, gdy inni będą dyskutować o polityce, gospodarce, ideologiach i budowaniu przyszłości? Nie! Będziesz pyskował tak jak inni. A my wtedy zapytamy – A gdzie byłeś, kiedy w dniu głosowania podejmowaliśmy wspólnie decyzję, że właśnie tak będzie a nie inaczej? Nie chciało się ruszyć tyłka kilka ulic dalej, bo i tak jacyś inni tam będą i obsłużą twoją urnę? To teraz milcz i słuchaj się tych, którzy się tam pofatygowali. Ojczyzna to obowiązek. Często niemiły i niewesoły. Nic się w tej definicji nie zmieniło. Wciąż nic jeszcze tej Ojczyzny skutecznie nie zastąpiło. Jest taka jaka jest. Taka jaką stwarzamy codziennie. Taka, jaką programujemy raz na cztery lata. Nie ma innej. Nie można przed nią uciec. Żadne wyjazdy tego nie zmienią. Tylko dokładają punktów wyborczych po całym świecie. Więc jak już jesteś tu na miejscu, to nie leń się i nie szukaj wymówek. Wstań i idź! Głosuj sobie na kogo chcesz, ale weź za ten głos odpowiedzialność. Postaraj się przewidzieć wszystkie jego konsekwencje. Nawet jeśli dla wygłupu zagłosujesz znów na Lady Gagę, to postaraj się zrozumieć na jaką Polskę w tym momencie zagłosowałeś, bo będzie to kraj, w którym przyjdzie ci żyć.
Kylian w BTT
15 Wrzesień 2011Jeden z największych choreografów w światowej historii tańca odwiedził nasze skromne progi, by sprawdzić, czy spełniły się jego nadzieje pokładane w młodziutkiej adeptce sztuki choreograficznej Izadorze Weiss, którą przed laty zaprosił na swoje próby jako stażystkę. Skorzystał z okazji, że jego najnowsze dzieło „Last Touch First” zostało przez Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca umieszczone jako danie główne z możliwością zagrania tego spektaklu później w Teatrze Wielkim w Warszawie. Kylián ostatnio rzadko jeździ ze swoimi produkcjami w dalekie podróże, ponieważ nie korzysta w ogóle z samolotu, więc nie liczyliśmy na to, że przyjedzie do Gdańska leżącego w sensie komunikacyjnym na końcu świata. A jednak wynajął samochód i przemierzył pół Europy, żeby dopilnować wystawienia swojego spektaklu, wziąć udział w panelu dyskusyjnym o teatrze tańca i obejrzeć najnowszą premierę BTT. Mieliśmy wszyscy ogromna tremę i obawy, czy jego wymagające oko zadowoli się jakością wypracowaną w ciągu czterech lat przez nasz młody zespół. Widziałem, że i on denerwuje się, czy nie będzie rozczarowany i zmuszony do powiedzenia nam bolesnej prawdy, że jesteśmy jeszcze w lesie. Jakaż była ulga po obu stronach, kiedy w przerwie po „Czekając na…” szepnął, że bardzo mu się podoba, a po zakończeniu „Święta Wiosny” zachwycony zszedł do zespołu i sypał pochwałami dla Izadory i jej tancerzy. Gdybyśmy mieli jakiekolwiek wątpliwości, czy nie są to tylko kurtuazyjne wyrazy uznania, oświadczył, że chce z nami pracować i podaruje nam swoją choreografię do muzyki Mozarta, która wraz z nową choreografią Izadory stanie się częścią naszej premiery w maju 2012. Tym samym nasze wysiłki zostały uznane przez największy autorytet współczesnego tańca, a BTT staje się znaczącym miejscem na mapie teatrów nie tylko w Europie, ale i na świecie. Nasi cudowni tancerze wpadli w euforię, ale i w popłoch, że tak naprawdę dopiero teraz poczują, co znaczy maksymalny wysiłek, precyzja i odpowiedzialność. A dla mnie w tej całej radości kroplą goryczy stało się potwierdzenie, jak bardzo zmarginalizowana została wysoka sztuka. Nasza niezawodna „Gazeta Wyborcza” zadbała o uczczenie przyjazdu mistrza informacjami i wywiadem, ale jego skromne rozmiary przypomniały mi moje utyskiwania na zalew zdjęć i materiałów o bandycie norweskim. Niezawodna TVP Kultura przygotowała program, którego skromnym rozmiarem, jakością i zasięgiem jego twórcy byli lekko skonfundowani. A niektórzy decydenci w sprawach kultury Gdańskiej, nie tylko nie zwrócili uwagi na to, że ktoś tak znaczący dla sztuki światowej odwiedza nasze miasto i nobilituje Operę Bałtycką, ale okazali zainteresowanie tylko tym, czy BTT weźmie udział w fetowaniu wydarzeń futbolowych 2012. Nie mam o to żalu do nikogo, tylko do siebie samego, że widocznie przez te trzydzieści lat działalności na polu kultury nie dość skutecznie pracowałem na to, by przekonać wszystkich, że sztuka wysoka nie jest jakimś pokarmem dla snobów, tylko witaminą niezbędną do życia narodu. Nawet jeśli jego większość woli proste emocje stadionowe. Bo przecież bez teatru i muzyki te emocje przyniosą nam kiedyś zagładę. Tak uważam. Dlatego tacy ludzie jak Kylián ze swoją mądrością, magią i umiłowaniem wolności są jak niegdysiejsi święci stawiający opór zdziczeniu i skłonnościom do odpowiadania na wszystkie problemy siłą fizyczną. Szacunek dla nich i wsłuchiwanie się w to, co próbują nam przekazać może stać się lekarstwem na lęki i zło.
BTT w Poznaniu
31 Sierpień 2011To nie była zwyczajna wizyta. Już samo zaproszenie ze strony Ewy Wycichowskiej było aktem nobilitującym nasz młody zespół, tym bardziej, że jest on w tej chwili najpoważniejszym konkurentem PTT na tanecznym rynku. Ta szlachetna rywalizacja zasłużonego dla kultury polskiej zespołu poznańskiego z gdańskim challengerem przyniesie nam jeszcze wiele pozytywnych, jak sądzę, emocji. Następne spotkanie odbędzie się w gmachu Opery Bałtyckiej w połowie września. Mam nadzieję, że tancerze Ewy będą się czuli u nas tak wspaniale, jak my czuliśmy się w jej gościnnych progach. Owacja poznańskiej publiczności była dla naszego zespołu, a szczególnie dla Izadory wielką nagrodą za lata pracy, bo to przecież tutaj zdobywała szlify choreografa. Tutaj przeżywała pierwszy tryumf, kolejne sukcesy i pierwsze gorzkie doświadczenia z przeciwnikami jej talentu. Wśród zachwyconej publiczności siedziało parę osób, które w 1996 roku tańczyły w „Snach nocy letniej” – debiucie choreograficznym Izadory Weiss. Po znakomitym przyjęciu spektaklu BTT „Out” na scenie Teatru Wielkiego rok temu, ten kolejny sukces w Poznaniu z najnowszą premierą „Czekając na..” był potwierdzeniem wysokiej klasy naszych tancerzy i ich szefowej. Radości nie zmąciła nawet jedna z recenzentek, która traktując dosłownie aluzję tytułu do słynnej sztuki Becketta dopytywała się, gdzież tu Godot. Na szczęście większość domyśliła się, że nie o Godocie rzecz się toczy i dała się ponieść wzruszeniom, bez których teatr nie ma sensu. „Święto wiosny” w drugiej części wieczoru wzbudziło, jak zawsze, gwałtowne emocje od nieufnych i lękowych po pełne zachwytu. Ten spektakl wywołał i w Warszawie i w Gdańsku burzliwe dyskusje o granice brutalności na scenie i sens ukazywania przemocy męskiej w erotycznych zmaganiach aż w takiej potężnej dawce . Izadora Weiss poświęciła jednak ten spektakl kobietom dręczonym wciąż na całym świecie przy cichej zgodzie społecznej na odwieczną przemoc i nie miała żadnych wątpliwości, że dzieło Strawińskiego jest wspaniałym nośnikiem do wyrażenia protestu w tej sprawie. Przeciwnicy tej interpretacji określają spektakl terminem „feministyczny”, który w naszym ubogim intelektualnie dyskursie o roli kobiet w Polsce, brzmi pogardliwie. Ale ani termin nie jest przecież tak naprawdę pejoratywny, ani spektakl BTT nie jest feministyczny, jeśli się go ogląda uważnie. A jeśli już o przeciwnikach mowa, to chciałbym skorzystać z okazji i pewnego poznańskiego choreografa, który za plecami opluwa nas z determinacją niegodną artysty, zapewnić, że Izadora Weiss tworzy swoje spektakle samodzielnie od scenariusza i doboru muzyki aż do pokazania każdego ruchu w jej choreografii każdemu z tancerzy po wielekroć. Nie tylko nie pomagam jej koncepcyjnie, jak to, kolego, rozgłaszasz, ale często sam słucham jej mądrych rad dotyczących moich własnych inscenizacji. Możesz mi wierzyć, albo nie – twoja sprawa, ale ludzie, którzy z nią pracują wiedzą najlepiej, jak jest i łatwo to u nich sprawdzić.
Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca
28 Sierpień 2011Bałtycki Teatr Tańca dojrzał do tego, by spełnić swoje kolejne marzenie. Po trzech latach ciężkiej pracy, kilku ważnych premierach i niekwestionowanych sukcesach u publiczności i krytyków pora na rozpoczęcie drogi, która jest jedyną w dojściu na szczyt mistrzostwa i odkrywania nowych horyzontów w arcytrudnej sztuce tańca. Tą drogą jest wymiana doświadczeń z najlepszymi w tej dziedzinie i przyłączenie się do wspólnoty poszukujących swej artystycznej tożsamości zespołów, które tworzą w poczuciu wolności, niezależności od komercyjnych wymagań ogłupiającego rynku i wszelkich politycznych nacisków. Nie jest to łatwa,szeroka droga, tylko wąska ścieżka na przełęczy. Z jednej strony teatry, które dysponują zadowalającym zapleczem ekonomicznym i mogą sobie pozwolić na godziwy byt, regularne kontakty z publicznością pod warunkiem, że spełnią szereg wymagań. Muszą dostosować się do gustów większości widzów, realizować różne pseudoartystyczne powinności i wsłuchiwać się w polecenia urzędników gwarantujących finansowanie działalności. Z drugiej strony zespoły offowe, które w biedzie i niepewności jutra próbują realizować ambicje artystyczne, ale brak zaplecza i możliwości codziennego doskonalenia swoich umiejętności nie pozwalają im na profesjonalne zajmowanie się techniką taneczną i niezbędną w tej pracy kondycją fizyczną. Na przełęczy, o której mówimy można godzić te dwie opcje i próbować zawiesić na jakiś czas walkę karnawału z postem. Zespoły, którym się to udaje są wolne artystycznie i profesjonalne technicznie. Nakłada to na nie odpowiedzialność za stan hierarchii wartości w sztuce tańca i jej obecność na mapie kultury powszechnej. Proponujemy, by te nieliczne zespoły mogły się spotykać również w Gdańsku, gdzie tradycja teatru tańca sięga dalej niż w wielu innych ośrodkach. Jedną z prekursorek światowej rangi była w tej dziedzinie Jadwiga Jarzynówna – Sobczak, której osobę pragniemy w czasie tych pierwszych Bałtyckich Spotkań godnie uczcić. Kolejne pokolenia choreografów działających na Wybrzeżu są tego uczczenia ważnym elementem. Pracę trojga z nich – Wojtka Misiuro, Leszka Bzdyla i Izadory Weiss chcemy pokazać obok prac naszych gości, z których osoba Jiriego Kyliana zasługuje na największą uwagę, ponieważ w naszym przekonaniu jest to jeden z najważniejszych twórców teatru tańca na świecie. Wyznaczył on pewien zasadniczy kierunek w tej dziedzinie sztuki, do którego nie sposób się nie odnieść, jeśli ktoś się tą dziedziną poważnie zajmuje. Analizie tego kierunku i jego oponentom, wśród których niedawno zmarła Pina Bausch była postacią najwybitniejszą, chcemy poświęcić panel prowadzony pod auspicjami Instytutu Tańca powołanego przez Ministra Kultury i Sztuki jako instytucji mającej stać na straży środowiska polskich artystów tańca i pomagać im w dramatycznej walce o przetrwanie na pozycjach „sztuki wysokiej” wobec dominującej wszędzie popkultury oraz towarzyskich i komercyjnych form poruszania się w takt muzyki. Właśnie ten rozdźwięk pomiędzy definicjami tańca, a teatru opartego na ruchu pozbawionym wyrazistego zaplecza literackiego, czy opowieści jest przedmiotem naszych zainteresowań. Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca mogłyby naszym zdaniem przybliżyć publiczności problem z jakim borykają się artyści, którzy swoje życie poświęcili sztuce tańczącego ciała. Czy ma ono podlegać dyscyplinie muzycznej i estetycznej, czy też oddać się porywom wolności i nieskrępowanej niczym ekspresji indywidualnego osobnika. A może jest szansa na pogodzenie obu sprzecznych opcji w jednym spektaklu? Pytań jest wiele, a wszystkie zaczynają się od związku z muzyką. Tu upatrujemy zasadniczy podział na tańczących i ad libitum poruszających się artystów. Pierwsi, tak jak wszyscy muzycy muszą opanować pewne umiejętności, które pozwalają człowiekowi obcować z harmonią i surowymi regułami, bez których muzyka jest tylko chaosem dźwięków. Drudzy muszą brak muzyki zastąpić czymś równie atrakcyjnym dla zaproszonych na występy widzów. Czym? Oto jest pytanie. Chcemy o tym rozmawiać. Zapraszamy do rozmowy Jiriego Kyliana. To on swoją twórczością wyznacza kierunek jedności ciała i muzyki w jakim staramy się podążać. Chcemy zadać mu pytania o sens wiązania ruchu z muzyką, o intuicję, która ostrzega nas, że bez tego wiązania taniec stanie się tylko jedną z odmian chaosu. Byłoby to ważne przedłużenie toczącej się w Polsce dyskusji na temat tej dziedziny sztuki zapoczątkowanej Kongresem Tańca w Warszawie. Spotkania zakończy pokaz filmu o teatrze Piny Bausch, która jest pośmiertnie niekwestionowanym autorytetem dla tych wszystkich twórców, jacy uznali niczym nieskrępowaną wolność, również formalną, za najwyższą wartość artystyczną. W BTT należy do nich Wojciech Misiuro, którego spektakle zaprezentujemy w ramach spotkań. Z kolei dwie ostatnie choreografie Izadory Weiss BTT pokaże jako próbę podążania drogą wytyczoną przez Kyliana. Tym samym nasz teatr stanie się platformą dyskusji nie tylko teoretycznych, ale również polem doświadczeń w tak odmiennych, wydawałoby się koncepcjach teatru tańca.
Łomot
23 Sierpień 2011Pisałem w jednym z pierwszych blogów o pladze hałasu rekreacyjnego, ale chyba tak jak uparty rzymski senator powtarzał codziennie, że Kartagina musi być zburzona, tak i ja powtórzyć muszę co pewien czas, że nieludzki hałas sprzyja schamieniu homo sapiens, bo jest naruszeniem wolności, godności i słuchu. Tych dotkliwych naruszeń doznałem wraz z rodziną i gośćmi z dalekiego kraju podczas Jarmarku Dominikańskiego, co podobno jest chlubą miasta Gdańska, z którym od lat kilku identyfikuję się jako lokalny patriota. Nie mnie oceniać całokształt tej ludycznej imprezy, bo czuję się specjalistą w dziedzinie wręcz przeciwnej do masowych uciech. Jednakże, jako w miarę normalny obywatel, doceniam rozmach kramarstwa i ilość sprzedawanych dzieł sztuk plastycznych wszelkiego rodzaju. Obrazy i wycinanki, sznurki, paciorki, zabawne gadżety, bursztyny(głównie ze wschodu), zabawki i góralskie kierpce, hot-dogi, łakocie, krakowskie obwarzanki i rzeka piwa – wszystko to z pewnością jest turystom zdesperowanym pogarszającym się z roku na rok klimatem nadmorskich plaż potrzebne i może nawet zbawienne. Konia z rzędem dałbym jednak temu, kto mi objaśni, komu potrzebny jest potworny łomot hard rockowy, który z woli kreatorów tego bazaru ma towarzyszyć przepychaniu się tłumów pomiędzy budami skleconymi na aby-aby po uliczkach wyznaczonych byle jak ( co zmotoryzowanych amatorów Jarmarku przyprawia o udary i zawały). Miłośnicy łomotu natychmiast zaprotestują, że przecież koncerty mistrzów- szarpidrutów i bębniarzy też są muzyką i miło jest w upalny wieczór z flaszką, puszką, czy plastikowym kubasem piwa w dłoni pobujać się do prostych rytmów. Miło jest zrelaksować mózg umęczony rozmyślaniem nad istotą bytu, czy prawdziwością miłosnych zaklęć wprowadzając go przy pomocy łomotu w stan bolesnej galarety. Czy jednak musi się to dziać kosztem bliźniego? Są przecież cudowne dyskoteki, czarowne kluby, gdzie zamknięci z własnej woli masochiści oddają się tym narkotycznym praktykom tracąc słuch i rozum we własnym zakresie. Dlaczego za sprawą jakiegoś urzędnika, który w tym czasie bezpiecznie griluje sobie gdzieś w podmiejskiej posiadłości wśród śpiewu ptaków, musimy słuchać łomotu i agresywnych wrzasków wokalistów, których problemy zawsze zaczynają się od tego, że nie potrafią grać na gitarze, więc koledzy dają im mikrofon na otarcie łez? Już słyszę jak ryczą „Spadaj na drzewo operowy zgredzie! Nie pasuje ci, to nie przyłaź na nasz energetyczny koncert!” No, dobrze – na koncert się nie wybiorę, ale przecież cały dzień trwają do tego koncertu próby na pełny mikrofonowy gaz! Siedzę u stóp Neptuna próbując dotrwać do końca obiadu i patrzę dokoła ile w kamieniczkach pięknie odnowionych jest szczelnie pozamykanych okien, gdzie przecież jacyś normalni ludzie próbują też coś zjeść, albo poczytać, albo pokochać się, albo nawet zdrzemnąć. Nie ma szans! Cóż takie okno nad samą estradą, skoro mury drżą? Powiecie, że przesadzam? To spróbujcie tam wytrzymać dłużej niż trwa szybki spacer od Artusa do nabrzeża. Kelnerka, bynajmniej na operowego zgreda nie wyglądająca, którą zapytałem, czy tak tu jest codziennie, rozpłakała się. „Proszę Pana ja już tego nie mogę wytrzymać i chyba zwariuję!” Pocieszyłem ją, że w Poznaniu mają gorzej, bo łomot na rynku jest celebrowany pod szyldem „Strefa kultury”.
Idol Herostratos
29 Lipiec 2011W mojej pasji tropienia fałszywych idoli naszej współczesności nagle dożyłem wydarzenia, co moje obawy, że nie zawsze czcimy tych, którzy na to zasługują przejechało straszliwym walcem miażdżącym małostkowe wątpliwości. Nie wiem, czy się nie poddać wobec apokaliptycznej głupoty tłumów. Oto idolem ostatnich dni stał się morderca norweskiej młodzieży. Obłąkane media drukują na pierwszych stronach jego portrety i na całym świecie patrzy ludziom w oczy z tym swoim pogardliwym uśmieszkiem bandyta, który zadrwił z naszego porządku wartości, wiary w sens budowania wspólnoty opartej na poszanowaniu bliźniego i wiary, że życie ludzkie jest najwyższym dobrem na naszym globie. Stał się sławny jak tylu innych podłych, którzy zaimponowali udręczonym niewolnikom norm etycznych i poprawności politycznej swoją niszczycielską determinacją. Historia wciąż przypomina ostrzegawcze imię Herostratosa, który podpalił jedną z najpiękniejszych świątyń w historii ludzkości po to, by stać się sławny i osiągnął to. Iluż potem mieliśmy w dziejach „bohaterów”, którzy raczej zasługują na zapomnienie i wymazanie ich imion ze wszystkich rejestrów, niż na podniecanie się kolejnych pokoleń ich demonicznymi biografiami. Wiem, że to nie takie proste. Fascynacja złem jest równie silna jak pragnienie dobra, ale ludzie odpowiedzialni za rozwój duchowy społeczeństw mogliby trochę więcej wysiłku wkładać w przewidywanie tego, co przyniosą ich słowa rzucane często tylko w celu zwrócenia uwagi na nich samych. „Oto kolejny głos nawołujący do wprowadzenia cenzury!” – zakrzykną niektórzy demagogiczni bojownicy o totalną wolność. Otóż uważam, że pomiędzy cenzurą, której nikt rozsądny nie chce, a niezgodą na to, że wielcy mędrcy i heroiczni obrońcy życia kwitowani są małym portretem podczas gdy nasz zabójca ma ich dziesiątki na pół strony, istnieje zasadnicza różnica. Musi być jakieś poczucie odpowiedzialności medialnych bossów, którzy drukując wielkie kolorowe zdjęcia mordercy i odmieniając na wszystkie sposoby jego parszywe imię, informując o jego wypowiedziach, przemyśleniach, smętnej biografii i wszelkich związanych z nim okolicznościach po to, by epatować wystraszonych szaraków i dzięki temu zwiększyć sprzedaż, nie mogą pohamować ilości informacji w imię ich jakości. Nigdy nie mogłem zrozumieć dlaczego podbija się szum wokół gangsterów, skandalistów i wszelkiego rodzaju nikczemników, zamiast utrwalać tendencję przemilczania ich wyczynów. Jeśli oczyszczamy społeczeństwo ze złych ludzi izolując ich w zakładach zamkniętych, to może warto oczyszczać też nasze panteony sławy nie budując pomników naszym wrogom. Przecież te pomniki to podstawowa motywacja do kolejnych wyczynów kolejnych pokoleń Herostratosów. Chcecie mieć takich „bohaterów”? Chcecie ulegać fascynacji silnymi, okrutnymi ludźmi, którzy potrafią gardzić prawem, kraść, deprawować i wreszcie mordować, to faktycznie otwórzmy im prawdziwą drogę do kariery! Wpuśćmy ich na ambony, do parlamentów, na fotele prezydenckie wreszcie. W końcu żyją jeszcze ludzie, którzy wielbili Hitlera i Stalina, a i młodzież w dużym procencie udzieli radosnego poparcia nowym bandziorom na czele narodów. Czy macie, beztroscy bossowie czwartej władzy, pojęcie ilu młodych ludzi powiesiło sobie wystylizowany portret norweskiego szaleńca nad łóżkiem?
Najlepsi z najlepszych
16 Lipiec 2011Wszędzie zawody i wyścigi. Wszyscy już przyzwyczailiśmy się kibicować tym, którzy walczą o jakieś palmy pierwszeństwa nie tylko w sporcie, ale i w innych dziedzinach życia publicznego. Kto i co gdzieś wygrał – oto jedno z najbardziej popularnych pytań, a odpowiedź funduje oglądalność i zyski. Rekiny od zysków napędzają więc zainteresowanie rankingami i przerabiają na zawodników kogo się da. Szczytem tego idiotyzmu jest kultowa księga Guinessa z rekordami typu “nawiększa parówa w tomacie”. Oczywiście są rekordy imponujące i zwycięstwa budzące szacunek. Nikt nie odbierze splendoru górze Mount Everest czy rekordziście świata w biegu maratońskim. Nikt nie kwestionuje sukcesu zdobycia Oskara, czy nagrody Nobla. W naszym komicznym świecie coraz więcej jednak zwycięzców i “mistrzów”, którzy zasługują na większą rezerwę, niż im to serwują wiwatujące tłumy. Wiadomo, że coraz trudniej jest kwestionować potęgę celebrytów, bo ich rangę gwarantuje bardzo skomplikowany system towarzysko – okazjonalny i biada każdemu, kto się w te tryby niefrasobliwie wpakuje. A jednak od czasu do czasu trzeba sie narazić i zaprotestować, żebyśmy nie zwariowali z kretesem. Kiedy słyszę, że na festiwalu filmowym ktoś zdobył tytuł najbardziej stylowo ubranej aktorki, a na innym przyznano nagrodę za najefektowniejszą metamorfozę roku, a kolega ze swoją partnerką zdobył jeszcze gdzie indziej wysoki tytuł najbardziej gorącej pary sezonu, zastanawiam się, czy warto się wysilać i grać w filmach, coś reżyserować, czy pisać książki. Może wybrać sie na jakąś imprezę i w najwyższych obcasach w środkowej Europie, na golasa zatańczyć jako pierwszy na kontynencie salsę na stole pełnym serowych koreczków z oliwką? Udzielić potem można wywiadu, w którym wypowie się swój pogląd na temat celibatu i wolności w internecie, a następnie ekipa fotoreporterów uwieczni sceny z życia domowego i pokaże jak przyrządza się baraninę na słodko. Jeśli spodoba się specom od reklamy, można zarobić na następny rok życia wąchając z rozkoszą dezodorant łazienkowy, albo pijąc z kolegą właściwe piwo. Po jaką cholerę studiować partytury Mozarta, czy godzinami ćwiczyć precyzyjne skoki na sali baletowej, skoro sławę i pieniądze, czyli to, o co chodzi, można osiągnąć bez żadnego wysiłku ryzykując tylko wystawienie się na pośmiewisko, jeśli pajacowanie okaże się nieskuteczne medialnie. Na szczęście można jednak trzymać się zdrowych kryteriów. Jeśli stylowo ubiera się charyzmatyczna aktorka, picie piwa propaguje wybitny aktor, który ciężka pracą i talentem zasłużył na popularność, a najgorętszą parę sezonu tworzy znakomity reżyser, to jestem za hałasem medialnym wokół ich rozrywek. Ale protestuję, jeśli te same, czy podobne rankingi zdominują osoby, które poza tym niczego jeszcze nie stworzyli i niczego nie potrafią, bo natura odmówiła im talentu, a o czymś takim jak pracowitość w ogóle nie słyszeli. Nie stawiajmy ich na tych samych piedestałach i nie przyznawajmy im tytułów gwiazd. Niech dłonie na promenadach sławy odciskują tylko wielcy artyści, a wielcy celebryci niech przemijają jak coroczna trawa. Nie nadużywajmy tytułów i ocen, dawkujmy zachwyty i szacunek, oszczędzajmy uwielbienie na uczczenie prawdziwych mistrzów. Dla naszego dobra i higieny życia duchowego. W prawdziwej Olimpiadzie istnieje ścisła lista nagradzanych dyscyplin.
Dziadostwo
2 Lipiec 2011Etymologia tego popularnego terminu związana jest z ogólnym przekonaniem, że starzejący się mężczyzna popada w coraz dalej idące zaniedbanie. Nie pilnuje należytej higieny, ubiera się coraz mniej starannie i generalnie uważa, ze skoro jego atrakcyjność seksualna zwiędła, to nie musi wkładać tyle wysiłku w codzienne cyzelowanie szczegółów swej powierzchowności. Coraz częściej sądzi, że świat schodzi na psy, ludzie schodzą na psy, więc i jego przestaję obowiązywać staranność w wywiązywaniu się wobec świata ze swoich obowiązków. Zaczyna wszystko robić byle jak, żywi się byle czym i czas spędza jakkolwiek. Nie wszyscy temu ulegają, ale trzeba przyznać, że znaczna część męskiej populacji. Przeciwieństwem tej tendencji mogłoby stać się coś, co można by nazwać babciostwem. Starsze panie zdecydowanie częściej dbają o siebie i swoje otoczenie. Noszą się czyściej i starannie pieką swoje ciasteczka. Dbają o wnuczki i własne zdrowie. Jak w wielu sprawach tak i w kwestii jakości starzenia się kobiety wygrywają z płcią męską. Szkoda, że są słabsze i nie mogą narzucić naszej Ojczyźnie swojej opcji. A Gombrowicz już pół wieku temu optował, żeby Ojczyznę zastąpić Matczyzną. Jego genialna intuicja przewidziała, że tak jak z ojca z czasem wyrasta dziadek, tak Ojczyznę może zdominować skłonność do dziadostwa. Nie znam się na zbyt wielu dziedzinach, ale wystarczy rozejrzeć się dokoła w życiu codziennym, żeby ulec przygnębiającemu wrażeniu, że „kult” bylejakości jest równie potężny jak kult piwa i futbolu. Natomiast w dziedzinie, w której czuję się kompetentny, czyli teatrze operowym skłonność do dziadostwa jest o tyle niebezpieczna, że nawet w delikatnej dawce zabija sztukę i opera przestaje być operą, tylko jej parodią. To samo dotyczy tańca i wszelkiego muzykowania, bo muzyka jest dyscypliną ścisłą jak matematyka i nie uznaje takich kategorii jak „mniej więcej”, „aby aby”, „jak gdyby”, „byle jak” i wielu pokrewnych. Żeby ich uniknąć musimy w tych dziedzinach pracować, ćwiczyć i pracować oraz jeszcze raz pracować. Ktoś, kogo to nudzi i sztukę traktuje wyłącznie jako pretekst do zabawy musi być nie lada geniuszem, żeby się w branży muzycznej utrzymać. Ci którzy kochają muzykę, odnajdują w niej mądrość i harmonię świata i właśnie w tej nieustannej pracy i ćwiczeniach odnajdują radość i ukojenie. To jest tarcza przed brudem, chaosem, rozpadem wartości i materii, a więc jest też obroną przed umieraniem, gniciem i destrukcją. Oto bieguny o których mowa: z jednej strony dziadostwo jako skłonność do poddania się destrukcji – z drugiej zabawnie brzmiące, ale jakże poważnego wysiłku wymagające babciostwo, które jest heroiczną walką o porządek, harmonię i czystość. Podróżując przez nasz dumny kraj zwracajcie uwagę, gdzie przewaga schludnych babć nad niechlujnymi dziadami sprawia, że wychodzimy z zacofania i przyłączamy się do Europy nie tylko prezydując, ale naprawiając drogi, malując płoty i utrzymując czyste kible na stacjach benzynowych i innych zajazdach. Zwracajcie uwagę wybierając się do jednej z kilku oper polskich, gdzie króluje zadbanie, a gdzie byle co. Widać to na plakatach, na foyer, na widowni i w szatniach, ale przede wszystkim słychać w czasie spektaklu, czy fis to fis, czy pauza ósemkowa jest ósemkowa i czy smyczki w tym samym momencie idą do góry. A ci, którzy mają radość w słuchaniu płyt i odróżnianiu np. Halki od Strasznego Dworu dostrzegą być może różnice pomiędzy solistą, który śpiewa to, co jest zapisane w partyturze od tego solisty, co powtarza tylko zasłyszane z nagrań melodie. Miliony szczegółów i niuansów do delektowania się dla starannie i pracowicie przygotowanych słuchaczy. Skłonność do dziadostwa wyklucza te radości po obu stronach rampy. Walczmy z tą skłonnością, a świat może będzie piękniejszy.
Majtki na Pegazie
24 Czerwiec 2011Ostatni blok naszych spektakli w tym sezonie poprowadził wybitny dyrygent Jan Latham- Koenig, który w październiku będzie również „Traviatą” dyrygował w londyńskiej Covent Garden. Nie mamy tu w Gdańsku tak wybitnych solistów jak Netrebko, która tam występuje w partii Violetty, ale maestro z uznaniem wyrażał się o ich jakości i przygotowaniu, a chór i orkiestrę ocenił bardzo wysoko deklarując chęć powrotu do nas przy okazji każdego bloku „Traviaty”. Umówił się również na realizację w charakterze kierownika muzycznego jednej z naszych najbliższych premier. To dla nas znakomita okazja do współpracy z europejskiej klasy fachowcem, który pokazał w arcydziele Verdiego wiele nowych blasków i podbił naszą wymagającą orkiestrę nie tylko swoim artyzmem, ale i ogromna kulturą kierowania ludźmi. Jakież było moje zdumienie, kiedy w mediach nie znalazłem na temat tego wydarzenia żadnej profesjonalnej oceny. Ani słowa o subtelnościach interpretacyjnych, znajomości włoskiego stylu, specyficznych tempach i pokrewieństwie z rosyjską szkołą dyrygentury. Rozumiem, ze nie ma zbyt licznej grupy czytelników, która czeka na takie relacje, ale wierzę, że w Trójmieście mamy wystarczającą ilość melomanów, dla których warto pisać fachowo i zajmować się tym, co w pracy maestro Koeniga jest istotne. Zamiast tego powtórzyło się zainteresowanie rodzinnymi powiązaniami naszego dyrygenta z Gdańskiem. Rok temu, kiedy prowadził w Trójmieście koncert wagnerowski prasa słusznie podkreślała fakt, że matka artysty była rodowitą Gdańszczanką. Już wtedy zaniepokoiło mnie, że więcej miejsca poświęca się domniemanemu romansowi tej zacnej kobiety z samym Witkacym, niż wartościom muzycznym jej syna. Tym razem jednak promocja naszego gościa poszybowała w rejony gdzie w oparach absurdu pełne wigoru życie wiodą jedynie tabloidy. Głównym motywem tej promocji było domniemanie, że babka Koeniga stała na pewnym bankiecie tak blisko samego Henryka Sienkiewicza, że prawdopodobieństwo romansu stało się kusząco wysokie. I teraz wyobraźcie sobie państwo taką ewentualność – oto za pulpitem dyrygenckim staje w jednej osobie wnuk noblisty i syn największego nowatora literatury polskiej! Jakież znaczenie ma wtedy dyrygowanie i muzyka Verdiego?
Przed laty ekipa pod wodzą Pietrasa objęła Teatr Wielki zwany gmachem „pod Pegazem” przez wzgląd na monumentalnego skrzydlatego rumaka na dachu. Kilka pierwszych premier należało do najambitniejszych i najbardziej udanych przedsięwzięć w życiu artystycznym Jose Marii Florencia i niżej podpisanego. Ale media poznańskie niechętne obcym lakonicznie kwitowały nasze wyczyny. I nagle stał się cud. Pisali o nas wszyscy. Czy doceniono naszą sztukę? Bynajmniej. To młodzież okoliczna uprawiała tam niebezpieczny sport polegający na nocnej wyprawie na sam szczyt i odbyciu stosunku płciowego na grzbiecie Pegaza. Pewnego poranka śpieszący na ranną zmianę Poznaniacy dojrzeli na łbie monumentu czerwone majtki pozostawione w nocy przez jakąś zwycięską parkę. Do południa zebrał się już niezły tłumek podziwiający zastęp strażaków usiłujących ten gadżet z Pegaza ściągnąć. Nigdy w życiu nie udzieliłem tylu wywiadów jednego dnia. Nawet dyrektor Pietras pobił w tej materii swój życiowy rekord. Wreszcie staliśmy się sławni!


Zaszufladkowany do