<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Opera Blog</title>
	<atom:link href="http://www.operabaltycka.pl/blog/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.operabaltycka.pl/blog</link>
	<description>Opera Blog</description>
	<lastBuildDate>Sun, 05 Feb 2012 16:04:33 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.8.5</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Bałtycka w blokach</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/02/05/baltycka-w-blokach/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/02/05/baltycka-w-blokach/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 05 Feb 2012 16:04:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=224</guid>
		<description><![CDATA[Moja walka z żałosnym teatrem repertuarowym, gdzie każdego dnia gra się inny tytuł bez należnych prób, przygotowań, byle jak, aby się odbyło, przynosi miłe dla ucha i oka rezultaty. Granie blokami po kilka spektakli z odpowiednią wcześniej ilością prób, z przygotowaniami technicznymi, z jedną obsadą umówioną na wiele miesięcy wcześniej z najlepszymi do każdej roli [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Moja walka z żałosnym teatrem repertuarowym, gdzie każdego dnia gra się inny tytuł bez należnych prób, przygotowań, byle jak, aby się odbyło, przynosi miłe dla ucha i oka rezultaty. Granie blokami po kilka spektakli z odpowiednią wcześniej ilością prób, z przygotowaniami technicznymi, z jedną obsadą umówioną na wiele miesięcy wcześniej z najlepszymi do każdej roli solistami sprawia, że poziom artystyczny naszych spektakli jest stabilny i nie odbiega od premiery, a niekiedy wznosi się wyżej, bo każdy następny blok staramy się oczyszczać z wcześniejszych błędów. Nasza wdzięczna za taki stan rzeczy publiczność zaakceptowała nie tylko ten system, ale i utrudnienie, które polega na wcześniejszej rezerwacji biletów, jeśli się chce jakiś konkretny tytuł wysłuchać i zobaczyć. Dzięki temu tylko w Bałtyckiej jest możliwy taki luksus artystyczny, że gramy zawsze cztery, pięć spektakli pod rząd przy zadowalającej frekwencji, mimo, ze często są to tytuły z ambitnego, nie zawsze popularnego repertuaru. W innych miastach już na drugim spektaklu z rzędu grożą puchy. Kierownicy biur widowni bronią się tam jak mogą przed marzeniami dyektorów artystycznych. Moje apodyktyczne rządy zdławiły opozycję sprzedawców biletów i okazało się, że można grać seriami i ten mit, że tylko garstka lokalnych melomanów chodzi w każdej metropolii do opery okazał się mocno przesadzony. Nie gramy operetek i porannych chałtur dla dzieci, co spora część widowni ma nam za złe nie zdając sobie sprawy, że to jedna z gwarancji jakości naszej sztuki. Bierzemy się za tytuły, które w krzewicielach kultury wywołują zwykle jęk „a kto na to pójdzie?” Bo większość myśli, że inni są głupsi, mniej wrażliwi, mniej wyrobieni i zasługują wyłącznie na rozrywkową papkę. Upieram się, że takich jak ja jest mnóstwo i jeśli coś podoba się mnie i mnie wzrusza, to z pewnością nie jestem w tym odosobniony. Oczywiście, że nie mam szans zadowolić w Bałtyckiej wszystkich. Ale przecież nigdzie nie da się zadowolić wszystkich. Nie ma zresztą takiej potrzeby. Podaż kultury na Wybrzeżu kwitnie. Jest mnóstwo różnorodnych ofert. Ważne, żeby większość z nich była jak najlepszej jakości. W operze jedną z jej gwarancji są bloki. Ich sens zależy od zaufania widza, że warto kupić bilet z dużym wyprzedzeniem. I tak koło wzajemnych relacji się zamyka. W ich łańcuchu niebagatelnym ogniwem jest stabilny budżet, który pozwala planować również z dużym wyprzedzeniem. Po czterech latach budowania nowego wizerunku Bałtyckiej już tylko ta troska niezmiennie spędza mi sen z oczu o czwartej nad ranem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/02/05/baltycka-w-blokach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Szacunek dla klienta</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/02/01/szacunek-dla-klienta/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/02/01/szacunek-dla-klienta/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 01 Feb 2012 20:48:15 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=222</guid>
		<description><![CDATA[Fundamentem komunizmu i jego pochodnych była między innymi pogarda dla jednostki, dla samotnego obywatela stającego wobec potęgi państwa, partii, czy jakiejś instytucji szczycącej się hasłami służby dla ludzkości. Jednostka była zerem, więc jej sprawy i racje nie mogły stanowić żadnego argumentu wobec zadań ogólnych. Liberalizm i wolny rynek opierają się na własności prywatnej, czyli dobro [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Fundamentem komunizmu i jego pochodnych była między innymi pogarda dla jednostki, dla samotnego obywatela stającego wobec potęgi państwa, partii, czy jakiejś instytucji szczycącej się hasłami służby dla ludzkości. Jednostka była zerem, więc jej sprawy i racje nie mogły stanowić żadnego argumentu wobec zadań ogólnych. Liberalizm i wolny rynek opierają się na własności prywatnej, czyli dobro jednostki musi być podstawą wszelkiego działania wielkich struktur społecznych. Różnica prosta i oczywista. A jednak nie odczuwamy jej aż tak bardzo w naszym codziennym życiu. Przecież każdą ideę musi potem realizować pojedyncza osoba, grupa, czy skomplikowana organizacja. Wielkie firmy i korporacje wchodząc na rynek z reguły myślą o konkretnym odbiorcy i wykazują się dbałością o jego opinię. Każdy zadowolony odbiorca generuje innych odbiorców i tak ich ilość rośnie lawinowo aż do krytycznego momentu, w którym firma przynosi zyski bez względu na jakość swoich produktów. Wtedy część firm przestaje o tę jakość dbać i zajmuje się produkcją masową, czyli nikczemnie tandetną. Prędzej czy później dosięga je sprawiedliwy los i upadek, bo klient jest cierpliwy, ale do czasu. Mniejsza część firm zachowuje swój etos, jak na przykład pewien skandynawski koncern meblowy, i dba o odbiorców indywidualnych tak samo starannie, jak na początku działalności. Nasza wdzięczność sprawia wtedy, że właściciel takiej firmy staje na czele najbogatszych ludzi świata. Wszystkie te oczywiste prawdy obowiązują również teatry, a w tym Operę Bałtycką. Ze wszystkich sił staramy się w niej szanować klienta nie tylko w deklaracjach. Oznacza to codzienną walkę z pokusą kompromisu. Zawsze przecież można coś wykonać mniej starannie, łatwiej i taniej. Można zagrać byle co i byle jak bez większego ryzyka, że na ukłonach będzie cisza, albo buczenie. Nasza kochana publiczność jest bardzo łaskawa i pokorna. Wmówiono jej, że się nie zna i że sztuka ją przerasta. A przecież nawet niewyrobiony widz czuje wciskanie kitu. Przeważnie zdaje sobie sprawę, kiedy ma do czynienia z kompromisem jakościowym.  Bezkompromisowość artystyczna nie jest tylko fanaberią wąskiego grona maniaków, ale fundamentem rzetelnego porozumienia świata sztuki z jej odbiorcą. Bez niej wkraczamy na drogę oszustwa, z której nie ma odwrotu. To droga pogardy dla widza, pogardy dla pojedynczych klientów kupujących bilety w przekonaniu, że kupują sobie przepustkę do wzruszeń i ulgi, jaką daje oczyszczenie sumienia. To pogarda, jaką od pewnego czasu odczuwamy podróżując po Polsce koleją, załatwiając żywotne sprawy w ZUS-ie, czy oglądając publiczną telewizję. Zdarza mi się odczuć taką pogardę w niektórych teatrach. Wychodzę wtedy bez wahania nie czekając na przerwę. Mogę sobie na to pozwolić, bo z racji zawodu przeważnie korzystam z zaproszeń. Co jednak ma zrobić klient, który zapłacił za bilet? Nie kupi drugi raz? Nie pójdzie więcej do tego teatru? A może nie pójdzie już do żadnego, tylko wybierze kino? I tak gardząc klientem podcinamy gałąź na której siedzimy w przekonaniu, że nic nas nie ruszy, bo nikt nas nie zastąpi. My, artyści -  święte krowy społeczeństwa uważamy, że pogarda dla niewtajemniczonych prostaczków usprawiedliwia naszą indolencję i brak talentu. A sprawa ma się odwrotnie. Będziemy świętymi i czczonymi krowami pod warunkiem, że nie damy sobie żadnej taryfy ulgowej i będziemy traktować naszych klientów z najwyższym szacunkiem.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/02/01/szacunek-dla-klienta/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Jakość starzenia się</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/21/jakosc-starzenia-sie/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/21/jakosc-starzenia-sie/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 21 Jan 2012 11:28:22 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=220</guid>
		<description><![CDATA[Jakość starzenia się jest jednym z podstawowych składników wieńczących dorobek artystyczny wielkich twórców. To ona często decyduje, czy artysta przejdzie do potomności, czy zostanie w mrokach dziejów jako reprezentant doraźnego etapu w rozwoju sztuki. Jest skomplikowaną sumą wielu elementów. Składa się na nią zdrowie fizyczne i psychiczne, charakter, poziom życia, zasobność, doświadczenie, klimat i przyjaciele, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Jakość starzenia się jest jednym z podstawowych składników wieńczących dorobek artystyczny wielkich twórców. To ona często decyduje, czy artysta przejdzie do potomności, czy zostanie w mrokach dziejów jako reprezentant doraźnego etapu w rozwoju sztuki. Jest skomplikowaną sumą wielu elementów. Składa się na nią zdrowie fizyczne i psychiczne, charakter, poziom życia, zasobność, doświadczenie, klimat i przyjaciele, sytuacja polityczna i stabilizacja seksualna danego osobnika. Rzecz w tym, że każdy przechodzi inaczej ten przykry proces jakim jest powolna, ale nieubłagana degradacja energii i skuteczności. Większość stara się to ukryć i rozpacza w samotności, ale niektórzy, nie mogąc pogodzić się z kurczącymi się możliwościami, zamęczają otoczenie demonstrowaniem swej niezniszczalności. Zasadniczym składnikiem jest również prawidłowa samoocena. Jeśli rzeczywiście jest w miarę obiektywna, to osobnik ma szansę na funkcjonowanie w środowisku artystów, z którymi przecież musi jakoś współpracować, w harmonii i wzajemnym przyzwoleniu na dozę szaleństwa, bez której sztuka jest blada. Zadanie trudne, bo płynąć trzeba pod prąd naturalnych odruchów. Często starzejący się artysta nie docenia swojej roli, ale biada jeśli ją przecenia i ma wieczne pretensje, że się go nie dość szanuje. Wystawia się na pośmiewisko reagując agresywnie na lekceważenie i protekcjonalne uwagi wobec jego nadzwyczajnej, we własnym mniemaniu, osoby. Jakież to niebezpieczne! Powstaje przecież coś w rodzaju sprzężenia zwrotnego. Im bardziej taki weteran (czy weteranka) okazuje swój gniew z powodu braku uznania, tym bardziej go wszyscy lekceważą i tak nakręca się spirala nieporozumień, która już niejednego wykończyła mistrza. Wiadomo, że do starości zwykle nam daleko, ale czy starzenie nie rozpoczyna  się wcześniej, niż nam się zdaje? Czy jego jakość nie jest uwarunkowana postawą jaką zajmiemy wobec pierwszych, bardzo wczesnych objawów? Dla jednego będzie to lekkie spowolnienie wypowiedzi, dla innego słabe widzenie po zmroku. Dla kobiety może być utrata pewności, że krótka spódniczka i szpilki są właściwym przebraniem na wypad z domu. Dla mężczyzny typu macho niepokój związany z zachwianiem proporcji pomiędzy kobietami ulegającymi i odmawiającymi. Bolesne zwiększanie się ilości tych drugich jest nie lada wyzwaniem dla intelektu i charakteru takiego osobnika. Dla innego konieczne staje się inwestowanie w barwiczki i tupeciki. Takich objawów można wymieniać setki. Są sygnałem, że trzeba zacząć uważać, czy w decyzjach artystycznych nie grozi nam utrata krytycyzmu. Im mniej pewności w życiu osobistym, tym większa apodyktyczność w sztuce. Iluż to starych mistrzów uległo pokusie nieomylności! A przecież nikt nie jest nieomylny. Nawet Domniemany Stwórca musi mieć świadomość licznych błędów, a co dopiero papież, przywódcy narodów, prorocy, sędziowie i mędrcy. Dlaczegóż by więc skromny artysta miał być nieomylny? Istotą sztuki są raczej zwątpienie i stawianie pytań, niż nieomylność i ferowanie wyroków. Dlatego śmieszą nas zacietrzewione autorytety, które nijak nie mogą się pogodzić, że różnorodność świata wymaga tolerancji i zaciekawienia, dlaczego ktoś tam myśli inaczej o oczywistych oczywistościach. Nawet jeśli to zaciekawienie czasami prowadzi na manowce, to i tak więcej dobrego przyniesie, niż wymuszanie wszelkimi sposobami „jedynie słusznego” sposobu myślenia.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/21/jakosc-starzenia-sie/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sztuka nawalona</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/12/sztuka-nawalona/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/12/sztuka-nawalona/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 12 Jan 2012 16:45:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=217</guid>
		<description><![CDATA[Umiarkowanie w jedzeniu i piciu dawno już przestało być cnotą i przeszło do pakietu spraw zdrowotnych. Kieliszeczek wina do obiadu jest w tym pakiecie wręcz zalecany, jeśli planuje się pożyć dłużej. Alkoholizm jawny, czy ukryty od dawna jest jedną z największych plag ludzkości, ale bicie na alarm w tej sprawie stało się anachronicznym maniactwem wobec [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Umiarkowanie w jedzeniu i piciu dawno już przestało być cnotą i przeszło do pakietu spraw zdrowotnych. Kieliszeczek wina do obiadu jest w tym pakiecie wręcz zalecany, jeśli planuje się pożyć dłużej. Alkoholizm jawny, czy ukryty od dawna jest jedną z największych plag ludzkości, ale bicie na alarm w tej sprawie stało się anachronicznym maniactwem wobec problemów związanych z narkotykami i coraz bardziej wymyślnymi dopalaczami. Nietrzeźwość kierowców raczej wzrasta niż maleje mimo drakońskich kar i coraz skuteczniejszej wykrywalności. Gdyby jeszcze to wszystko dotyczyło dorosłych! Rzecz w tym, że ta fala oszołomień zatapia coraz więcej istot niedojrzałych i nieodpornych na frustracje. No cóż, sam nie jestem abstynentem, więc nie mam zamiaru nikogo obrzucać kamieniami. Przygnębia mnie jednak fakt, że powszechne nawalenie aż tak odbija się w sztuce. To prawda, że nigdy nie był to rezerwat trzeźwości i przytomności umysłu. Wiele wspaniałych dzieł w historii sztuki nie tylko opowiada o zaletach uśpienia rozumu, ale też dzięki temu uśpieniu powstało. Ale byłoby ryzykowne ulec przekonaniu, że bredzenie w malignie jest zjawiskiem artystycznym, a wyłożenie w sposób jasny i zrozumiały budującego przesłania nie ma ze sztuką nic wspólnego. Szczególnie niebezpieczne byłoby takie myślenie w operze i balecie, gdzie w zdrowym ciele zdrowy duch ma przygniatającą przewagę nad schorowanym duchem w ciele chwiejącym się na nogach. Dlatego powszechnie nam królująca sztuka nawalona stawiana przez opiniotwórczych znawców za wzór artystycznych osiągnięć w różnych dyscyplinach, nie ma wstępu na przykład do mojej Opery Bałtyckiej, gdzie każdy, kto nadużywa używek musi się w szybkim trybie żegnać z koleżeństwem i szukać innego źródła utrzymania kosztownych przyzwyczajeń. Powie ktoś, że to oczywista przesłanka wynikająca z kodeksu pracy. Inteligentny czytelnik domyśli się wszak, że chodzi mi o coś więcej. Od lat staram się walczyć z szamaństwem i wciskaniem odbiorcom ciemnoty. Od lat wierzę, że prawda o człowieku i jego problemach jest najwyższym przedmiotem artystycznej działalności. Zakładam, że głoszenie prawdy, nawet bolesnej i odsłaniającej mroczne strony natury ludzkiej wymaga precyzji i znakomitego warsztatu, żeby głosić rzeczywiście to, co się zamierzyło, a nie to, co wyjdzie przypadkiem. Dadaistyczny bełkot działa niekiedy odświeżająco w czasach uporczywego akademizmu, czyli fałszowania prawdy przy pomocy zwapniałych kanonów, jak to się dzieje na przykład w balecie klasycznym, ale po takiej szalonej kąpieli w oparach absurdu trzeba koniecznie odnaleźć znów sens przekazu. Tylko sens daje szansę właściwego porozumienia artysty z odbiorcą. Tylko przejmujący sens dzieła sztuki może doprowadzić odbiorcę do iluminacji i odpowiedzi na pytanie kim jest naprawdę i jakie jest jego miejsce w świecie. Sztuka nawalona takich odpowiedzi nie udzieli, bo i pytań żadnych nie jest w stanie postawić. Sztuka nawalona służy tylko pogłębieniu chaosu i nawalenia, które z wolna dominować zaczyna nasz czas wolny od pracy. Ja wiem, że świat staje się nieznośny i coraz trudniej w nim wytrzymać. Rozumiem, że rośnie ilość zagrożeń i samotność w sieci, ale nie dajmy się zwariować, że sztuka nawalona oddali od nas lęki i pozwoli zapomnieć jak kieliszek wina o kłopotach i obowiązkach. Sztuka nawalona nie działa jak alkohol. Nie rozluźnia i nie koi. Nawet doraźnie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/12/sztuka-nawalona/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Najpiękniejsze słowo</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/06/najpiekniejsze-slowo/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/06/najpiekniejsze-slowo/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 06 Jan 2012 12:21:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=215</guid>
		<description><![CDATA[Kategoria „się” opisana przez Heideggera, której poświęciłem jeden z poprzednich felietoników, nie zajmuje tak powszechnej uwagi, jak pominięta przez filozofów, a zdumiewająco popularna ostatnio kategoria „naj”. Dziełem opisującym ją imponująco, ale też irytującym z powodu licznych idiotyzmów jest księga Guinessa. Odzwierciedla ona ludzką potrzebę wynajdywania w otaczającej rzeczywistości najróżniejszych rekordów wyznaczających granice świata i naszej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal"><span style="font-size: medium;">Kategoria „się” opisana przez Heideggera, której poświęciłem jeden z poprzednich felietoników, nie zajmuje tak powszechnej uwagi, jak pominięta przez filozofów, a zdumiewająco popularna ostatnio kategoria „naj”. Dziełem opisującym ją imponująco, ale też irytującym z powodu licznych idiotyzmów jest księga Guinessa. Odzwierciedla ona ludzką potrzebę wynajdywania w otaczającej rzeczywistości najróżniejszych rekordów wyznaczających granice świata i naszej w nim działalności. Koniecznie więc chcemy wiedzieć, co i kto jest w jakiejś dziedzinie „naj”. Ta wiedza daje nam przedziwną frajdę. Ulegam jej często bijąc dla własnej satysfakcji najróżniejsze rekordy i interesując się rekordami innych. Niemal codziennie biorę udział w tej niewinnej zabawie intelektualnej jaką jest zadawanie sobie pytania, co jest „naj”. Stąd radość jaką sprawiła mi propozycja wzięcia udziału w ankiecie pewnej gazety, żeby opisać najpiękniejsze dla mnie słowo. Może byłoby pożyteczne, żeby każdy takie pytanie sobie zadał i spróbował z wielu pięknych słów, jakie opisują wartości w jego życiu, wybrać to, które według niego jest „naj”. Moja odpowiedź była następująca. </span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm"><span style="font-size: medium;">Kiedy usłyszałem je po raz pierwszy, byłem daleki od rozumienia, co naprawdę oznacza. Słyszałem je potem wiele razy przez długie lata i stopniowo uczyłem się jego głębokiego sensu. Jeszcze na studiach polonistycznych rozpocząłem pracę w jego służbie pisząc zapowiedzi do radiowej Trójki. Stałem się specjalistą wydarzeń w świecie Stonesów, Creamów, i zespołów kalifornijskiej rewolucji.  Ale wciąż byłem ignorantem bez elementarnego wtajemniczenia. Nawet granie na gitarze do wtóru koleżeńskich wykonań „House of the Rising Sun”, a więc brylowanie dzięki temu na prywatkach i przy ogniskach, nie odkryło przede mną związku tego słowa z tajemnicami natury i budową kosmosu. A przecież to, co ono oznacza, uczy nas harmonii świata i dlatego bywa dla niektórych dowodem na istnienie Boga. Praca w operze pozwoliła mi po wielu latach zrozumieć, że nic lepiej nie potrafi wyrazić komplikacji ludzkich uczuć, nic nie opowie trafniej o najwyższych wartościach takich jak miłość, przyjaźń, honor i wierność. Nic nie odda lepiej czym jest lęk metafizyczny i horror bezwzględności śmierci. Kiedy pokochałem taniec, odkryłem też, że nie ma na świecie nic piękniejszego, niż ciało ludzkie zespolone w jedną całość ze wszystkim, co to słowo kryje w swoim skarbcu. Ciało, które wyraża jego meandry i tajemnice. Bo przecież za pierwszą warstwą znaczenia łatwą do zdefiniowania i technicznego opisu, kryją się warstwy niewyrażalne i niepojęte. Życia nie starczy, żeby je zgłębić. Ale warto próbować, bo nawet delikatne zgłębianie daje wiele radości. Cała moja rodzina oddała się tej pracy, która podejmowana wspólnie zespala nas i wzmacnia, a ja mam poczucie, że dzięki niej nasze życie ma sens. Tak jak sens ma znaczenie tego najpiękniejszego słowa. Tym słowem jest muzyka. </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/06/najpiekniejsze-slowo/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Życzenia na ostatni rok Magicznego Tuzina</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/01/zyczenia-na-ostatni-rok-magicznego-tuzina/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/01/zyczenia-na-ostatni-rok-magicznego-tuzina/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 01 Jan 2012 13:18:42 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=212</guid>
		<description><![CDATA[W zasadzie jestem wrogiem zabobonu i metafizycznego szantażu wobec naszych nieporadnych umysłów, wciąż nie mogących sobie poradzić z komplikacją świata. Czepiamy się rozpaczliwie przeróżnych znaków i symboli, które rzekomo pomagają nam zrozumieć zagadki bytu. Uważam, że to pułapki dla głupców nie mogących pogodzić się z niewyobrażalnie wielką sumą przypadkowych zdarzeń z jakich składa się los [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal"><span style="font-size: medium;">W zasadzie jestem wrogiem zabobonu i metafizycznego szantażu wobec naszych nieporadnych umysłów, wciąż nie mogących sobie poradzić z komplikacją świata. Czepiamy się rozpaczliwie przeróżnych znaków i symboli, które rzekomo pomagają nam zrozumieć zagadki bytu. Uważam, że to pułapki dla głupców nie mogących pogodzić się z niewyobrażalnie wielką sumą przypadkowych zdarzeń z jakich składa się los materii kosmicznej. A jednak sam wpadłem w taką pułapkę i uległem magii cyfr jak miliony bratnich istot. Nowy Rok i nadzieje z nim wiązane od niepamiętnych czasów sprzyjają takim słabostkom intelektu. Teraz pozostaje się tym podzielić, abyście i Wy poczuli dreszcz ciemnego lęku. Dawno temu urzekła mnie data 01.01.01. Zrobiliśmy sobie z żoną zdjęcie na  spacerze w mroźny słoneczny dzień na poznańskiej Malcie. Następna magiczna data 02.02.02 i zdjęcie w innych okolicznościach z żoną na miesiąc przed urodzeniem córeczki. Po roku znów zdjęcie z maleńką Weroniką na kolanach mamy i datą 03.03.03. I tak konsekwentnie przez następne lata, coraz starsi, z coraz większym dzieckiem pomiędzy nami. W grudniu przyszłego roku zrobimy to po raz ostatni, bo 12.12.12. jest datą graniczną w tej zabawie. Nie ma trzynastego miesiąca. Koniec magii. To było szczęśliwe naście lat. Prywatnie dla mojej rodziny, dla mojego życia teatralnego zwieńczonego sukcesami Opery Bałtyckiej, dla mojego nowego gniazda jakim stało się cudowne Trójmiasto, dla mojej Ojczyzny kwitnącej w dobrobycie i pokoju mimo drobnych perturbacji z garstką notorycznych awanturników, wreszcie dla całego Globu, który wciąż raczej sprzyja życiu, niż je unicestwia. Ale przecież to nie potrwa wiecznie. Na żadnym z tych pól. Muszą nadejść lata chude, żeby nie powiedzieć katastrofalne i straszliwe dla naszego wątłego gatunku. Jednak w tej mojej chwilowej głupocie numerologicznej wierzę gorąco, że ten 2012 rok będzie z pewnością przepiękny. Nawet jeśli ma to być ostatni z Magicznego Tuzina tłustych i bezpiecznych lat, to przeżyjmy go w radości i braterstwie. Wiadomo, że nadciąga fala barbarzyństwa i bezwzględnej walki o dobra doczesne. Wiadomo, że umierają ideały, autorytety, piękno i honor. Niech jeszcze ten ostatni rok im sprzyja. Nacieszmy się nimi i nadzieją, że nie wszystko być może stracone. Nawet jeśli seks zastąpi nieśmiałą miłość, łomot zdławi harmonię Mozarta, obłąkane bazgroły wepchną się na miejsce obrazów, wampiry i transformersy na miejsce szlachetnych filmowych amantów i kowboi, a dopalacze i drinki zajmą na stołach miejsce „herbatki we dwoje”. Być może sztuka upiększania świata przejdzie do lamusa poczciwych pamiątek, a wierność zasadom i ludziom, których kochamy staną się cechami wstydliwymi i ukrywanymi bardziej niż nietypowe orientacje. Być może awanturnicy zawładną Ojczyzną, a Glob stanie się obozem zagłady. Nawet jeśli tak się stanie, to jeszcze nie w tym cudownym, nadchodzącym roku, który zakończymy zdjęciem z datą 12.12.12. A może Apokalipsy nie będzie? Może obawa przed jakąś totalną katastrofą, towarzysząca ludzkości od zarania dziejów, jest tylko cząstką instynktu samozachowawczego i pomaga nam gromadzić środki zaradcze? Może te wszystkie magiczne daty to tylko garść bzdur i Świat potrwa dalej, coraz piękniejszy i bardziej ludzki aż do wypalenia się słońca za miliony lat? Może ten wspaniały Nowy Rok ma szansę powtórzyć się jeszcze tyle razy, że nacieszą się tym nasze dzieci? Tego życzę Wam wszystkim z całego serca. </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2012/01/01/zyczenia-na-ostatni-rok-magicznego-tuzina/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Być Pierwszą Damą</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/12/17/byc-pierwsza-dama/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/12/17/byc-pierwsza-dama/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 17 Dec 2011 16:30:06 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=210</guid>
		<description><![CDATA[Rzadko należę do jakiejś większości, ale jedną z nich jest wielomilionowa rzesza wielbicieli Danuty Wałęsy. Od lat jest idolem mojej rodziny, a we mnie obok szacunku jakim ją darzę, tli się nieśmiało uznanie dla jej urody i ekscytującej kobiecości. I nagle dostaję do ręki jej wstrząsającą książkę, w której z bolesną prawdomównością nie tylko opisuje [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal"><span style="font-size: medium;">Rzadko należę do jakiejś większości, ale jedną z nich jest wielomilionowa rzesza wielbicieli Danuty Wałęsy. Od lat jest idolem mojej rodziny, a we mnie obok szacunku jakim ją darzę, tli się nieśmiało uznanie dla jej urody i ekscytującej kobiecości. I nagle dostaję do ręki jej wstrząsającą książkę, w której z bolesną prawdomównością nie tylko opisuje swoje niesamowite życie, ale też staje przed nami obnażona jako istota ludzka – niedoskonała, wzruszająco bezradna i imponująco dzielna w zmaganiach z losem i własnymi słabościami. Czyta się ją jednym tchem nie tylko jako spowiedź wspaniałej kobiety, ale i jako dokument naszych czasów i świadectwo skomplikowanej natury losów naszej Ojczyzny. Polecam tę książkę każdemu, a szczególnie wszystkim kobietom, które poświęciły życie wychowywaniu dzieci. Zainicjowałem nawet taką akcję wśród swoich znajomych, żeby ten tom dawać w prezencie pod choinkę swoim mamom. Jestem pewien, że jego lektura da siłę i zadośćuczynienie za trudy i poświęcenie, którego życie każdej matki jest fundamentem. Brzmi to wyznanie, jak część wielkiej promocji wydawnictwa, ale nie dbam o to i wszelkie podejrzenia o interesowność mam gdzieś. Tak jak Pani Danuta zlekceważyła wszystkie konsekwencje, jakie można było przewidzieć po ujawnieniu wielu delikatnych informacji z tak rozbrajającą szczerością. Wierzę, że Pan Prezydent mógł być zaskoczony brakiem dyskrecji w sprawach domowych, ale musi przecież zdawać sobie sprawę, że wyznania jego żony nie są banalnym upublicznianiem prywatnego życia, czego mamy nadmiar w kolorowych pisemkach i podobnych im programach telewizyjnych, tylko aktem wielkiej odwagi i protestem przeciwko traktowaniu kobiety jako istoty drugorzędnej, podległej i przeznaczonej tradycyjnie do obsługi prokreacyjnych potrzeb gatunku. Uważam, że w Polsce ten tradycyjny wizerunek żony jako własności męża jest wciąż kultywowany i umacniany podstępnie, a może nieświadomie, przez katolickie wychowanie. Obie nasze Byłe Pierwsze Damy stoją w pierwszym szeregu walki o rzetelną emancypację, ale na tle działalności Jolanty Kwaśniewskiej uwikłanej w salony, mody, pretensjonalne sesje zdjęciowe i reklamy głos Danuty Wałęsy odezwał się ze szczególną powagą i szlachetnością. Nie mówiąc o wymiarze jakże odmiennego losu i zasług, by prawdomówność osobista, jako jedna z najwyższych cnót, stała się udziałem narodu i Ojczyzny, a nie tylko elitarnego klubu. Bycie partnerką Głowy Państwa nigdzie i nigdy nie było łatwe. Niejedna księżniczka zagubiła się w tych obowiązkach i nie poradziła sobie z odpowiedzialnością za wyniesienie na szczyt, jakie przypadło jej w udziale. Przykład Danuty Wałęsy, prostej, wiejskiej dziewczyny imponuje i zachwyca jakością charakteru i uczciwością, z jaką zawsze traktowała ludzi i siebie. Piszę o tym wszystkim, bo po premierze „Madame Curie” jestem wyczulony na to, kto może być prawdziwym bohaterem opery, której widownia ma się wzruszać i krzepić, że człowiek – to brzmi dumnie. Maria Skłodowska – Curie stała się taką bohaterką i widziałem wśród naszych widzów wielu wzruszonych i pokrzepionych.  Mam nadzieję, że, niezależnie od wyczekiwanego filmu Andrzeja Wajdy, ktoś kiedyś napisze piękne dzieło o Pani Danucie. Jest tego warta. </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/12/17/byc-pierwsza-dama/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>2</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Hanuszkiewicz</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/12/05/hanuszkiewicz/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/12/05/hanuszkiewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 05 Dec 2011 17:31:38 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=206</guid>
		<description><![CDATA[Wczoraj mieliśmy w BTT premierę „Kopciuszka” po wodzą włoskiej ekipy realizatorów. Brawurowy występ moich fenomenalnych tancerzy  przesłoniła, niestety, śmierć Adama Hanuszkiewicza. Wiedzieliśmy od długiego czasu, że jest bardzo chory i powoli gaśnie. Wiedzieliśmy od dawna, że odebranie mu teatru i zmuszenie do bezczynności zabije go szybciej niż najcięższa praca. Co innego jednak spodziewać się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm" lang="pl-PL"><span style="font-size: medium;">Wczoraj mieliśmy w BTT premierę „Kopciuszka” po wodzą włoskiej ekipy realizatorów. Brawurowy występ moich fenomenalnych tancerzy  przesłoniła, niestety, śmierć Adama Hanuszkiewicza. Wiedzieliśmy od długiego czasu, że jest bardzo chory i powoli gaśnie. Wiedzieliśmy od dawna, że odebranie mu teatru i zmuszenie do bezczynności zabije go szybciej niż najcięższa praca. Co innego jednak spodziewać się śmierci, a co innego w końcu ją spotkać. Byłem wstrząśnięty wiadomością, którą usłyszałem na godzinę przed premierą. W rozpaczy wyszedłem przed kurtynę i nie kryjąc łez powiedziałem mniej więcej tak:</span></p>
<p style="margin-bottom: 0cm" lang="pl-PL">
<p style="margin-bottom: 0cm" lang="pl-PL"><span style="font-size: medium;">Odszedł od nas jeden z największych ludzi teatru. Był moim nauczycielem, wychowawcą, protektorem i z czasem przyjacielem.  Dzięki niemu nauczyłem się warsztatu reżyserskiego i poczucia autonomii mojego zawodu, w którym wolność artystyczna jest równie ważna, jak w malarstwie, pisarstwie, czy komponowaniu. Uczył nie tylko teatru, ale też odważnego życia pełnego fantazji i nienasyconej ciekawości świata.  Byłem jego asystentem przez trzy lata. W tym czasie przekonałem się setki razy, że jest nie tylko fenomenalnie uzdolnionym reżyserem, ale i delikatnym, wrażliwym człowiekiem. Mimo pychy pięknego dryblasa, miał ojcowską czułość dla podległych mu ludzi i nigdy nie widziałem, żeby kogoś świadomie, celowo skrzywdził. Spotkania z nim, jego tyrady, manifesty, pomysły interpretacyjne są warte osobnej książki. Może powstanie kiedyś ze wspomnień ludzi z nim współpracujących. Budził w bliskich gwałtowne emocje od miłości do nienawiści. Budził skrajne emocje we wszystkich, którzy zasiadali na widowni jego wspaniałych spektakli. Był legendą i epoką polskiego teatru, kimś na podobieństwo Gombrowicza, którego wielbił go i naśladował w swoich intelektualnych potyczkach z rozmówcami. Życie Adama to pasjonujący scenariusz. Od debiutu w roli Wacława w „Zemście”, gdzie Papkina grał Kazimierz Dejmek, poprzez wątpliwy tryumf nad swoim kolegą, kiedy obejmował Teatr Narodowy w 68, odwet Dejmka jako ministra kultury, aż po haniebne odebranie staremu, ale wciąż gwałtownie poszukującemu nowych rozwiązań artystycznych, mistrzowi Teatru Nowego i przekazanie go efektowniejszej, modnej ekipie. Bujne, jak jego spektakle , życie prywatne, talent celebryty i niespożyta energia uczestniczenia do ostatnich sił  w życiu publicznym imponowały zniewieściałym pokoleniom następców i niejednokrotnie były tematem zjadliwych plotek. Nie przejmował się tym. Nie zapomnę jak pobłażliwie traktował ataki krytyków. Kiedyś na moje pytanie, czy rzeczywiście się nimi nie przejmuje wyciągnął starą francuską gazetę z relacją o przyjeździe jego teatru na gościnne występy i przeczytał mi z niej jedno zdanie – Przyjechał najprzystojniejszy reżyser Europy! I dodał – jak ja się mam po czymś takim przejmować recenzjami? Innym razem powiedział – Kiedy umrę, nie płaczcie po mnie i nie stójcie w męczącej ciszy ku czci, tylko zagrajcie dla mnie jakieś piękne przedstawienie. Więc teraz, drodzy Państwo, zamiast stać i milczeć zagramy dla Adama naszą premierę „Kopciuszka”. </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/12/05/hanuszkiewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Bałtycka z Marią w Paryżu</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/11/25/baltycka-z-maria-w-paryzu/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/11/25/baltycka-z-maria-w-paryzu/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 25 Nov 2011 18:26:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=204</guid>
		<description><![CDATA[Walcząc od jakiegoś czasu z plagą kultu celebrytów w naszym kraju sam stałem się  beneficjentem tego nowego wyznania, a wraz ze mną moja ambitna i szlachetna Opera Bałtycka. Od dawna planowaliśmy z Elą Sikorą wystawienie opery o wielkiej Polce, którą oboje darzymy szczerym uczuciem i szacunkiem. Uważam, że Maria Skłodowska – Curie zasługuje na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal"><span style="font-size: medium;">Walcząc od jakiegoś czasu z plagą kultu celebrytów w naszym kraju sam stałem się  beneficjentem tego nowego wyznania, a wraz ze mną moja ambitna i szlachetna Opera Bałtycka. Od dawna planowaliśmy z Elą Sikorą wystawienie opery o wielkiej Polce, którą oboje darzymy szczerym uczuciem i szacunkiem. Uważam, że Maria Skłodowska – Curie zasługuje na jedno z najwyższych miejsc w Panteonie historii świata, a nie tylko w lokalnym, Polskim, czy nawet Francuskim. Ten rok poświęcony jej osobie przybliży ją wszystkim, którzy wiedzą o niej za mało i sprawi radość tym, którzy wiedzą o niej wiele. Uroczyste obchody jej roku zbiegły się z naszą prezydencją w Unii. Unesco zaprosiło w związku z tym Operę Bałtycką z premierą dzieła Sikory do Paryża, żeby pokazać spektakl w galowej sali tej jednej z najpiękniejszych instytucji w historii świata. Był to dla nas wielki zaszczyt i okazja do popularyzacji naszego teatru na forum międzynarodowym. Ale jednocześnie zrodził się we mnie niepokój, że mimo niezwykłego dzieła, jakie prezentujemy, szlachetnego celu, ogromnej pracy, jaką włożyliśmy w ten projekt, wysokiego poziomu muzycznego i znakomitej jakości wykonania swoich partii przez solistów z rewelacyjną Anną Mikołajczyk na czele, Wielki Celebryta Paryż zdominował nasze przedsięwzięcie. Doceniam rangę tego wyjazdu i cieszę się, że skromna Opera Bałtycka dała prapremierę światową w tym pięknym mieście. Ale nie to jest najważniejsze w projekcie &#8220;Madame Curie&#8221;. To miłe, że publiczność paryska i tamtejsi recenzenci docenili spektakl, ale wolę, jak dziennikarze z Francji, czy innych krajów przyjeżdżają do Gdańska i tu wpadają w zachwyt. Zawsze imponowało mi w teatrze Gardzienice nie to, że jeździli po całym świecie, bo są różne sposoby, żeby nawet mierne teatry wywozić na festiwale, ale imponowało mi to, że we wsi Gardzienice widywałem ludzi z różnych stron świata, którzy zadawali sobie wiele trudu, by dotrzeć tam na spektakl. Zawsze miałem podejrzliwy stosunek do organizowania różnych koprodukcji przez kolegów dyrektorów, żeby tylko zagrać coś za granicą i splendor płynący z tego faktu wykorzystywać tu, u nas na prowincji, gdzie ludziska wciąż patrzą z niepojętym respektem na coś ze świata.  Upierałem się, że taka strategia prowadzi na teren niezliczonych kompromisów i w rezultacie źle służy sprawie artystycznej teatru. I oto sam uległem skomplikowanej serii zbiegów okoliczności i korzystam z dobrodziejstw sukcesu zagranicznego. Łaskawe media i wielkie zainteresowanie widzów, sprzedane bilety i zadowolenie władz – wszystko to są skarby nie do pogardzenia, ale jakże gorzko jest myśleć, że gdybyśmy to samo zagrali po prostu w Gdańsku, jak tyle pięknych premier do tej pory, nie byłoby wokół nas takiego hałasu.  Może się wydać to, co piszę dziwacznym marudzeniem w sytuacji, kiedy powinienem pękać z dumy i radości, ale, kto ma rozum i serce domyśli się, że chodzi mi o fundamentalny problem kultury polskiej, która od czasów rozbiorów boryka się z kompleksem prowincji. Mam poczucie, że wychodzimy z tego w ostatnich latach, ale zanim te zmiany utrwalą się w mentalności zbiorowej, każdy, kto przyjeżdża z Paryża, czy Nowego Jorku skutecznie kreuje się na artystę światowego. Dlatego zachwyciła mnie kiedyś Krysia Janda, która po ewidentnym sukcesie zagranicznym na pytanie, jak się czuje robiąc karierę światową, odpowiedziała ze śmiechem, że jedynym, kto ją naprawdę zrobił jest Karol Wojtyła. </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/11/25/baltycka-z-maria-w-paryzu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Sztuka Wysoka</title>
		<link>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/10/31/sztuka-wysoka/</link>
		<comments>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/10/31/sztuka-wysoka/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 31 Oct 2011 16:54:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Marek Weiss</dc:creator>
				<category><![CDATA[Opera bałtycka]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.operabaltycka.pl/blog/?p=202</guid>
		<description><![CDATA[Jak się ma to popularne określenie do praw demokracji? Skoro jest sztuka wysoka, domniemywać należy, że jest również niska. Tego terminu raczej się nie spotyka i nikt poprawny politycznie nie używa go w ocenie jakiegoś dzieła, czy występu. A przecież ten wartościujący podział ma swój sens i odnosi się do konkretnych zjawisk. Może nie ma [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="margin-bottom: 0cm; font-weight: normal;"><span style="font-size: medium;">Jak się ma to popularne określenie do praw demokracji? Skoro jest sztuka wysoka, domniemywać należy, że jest również niska. Tego terminu raczej się nie spotyka i nikt poprawny politycznie nie używa go w ocenie jakiegoś dzieła, czy występu. A przecież ten wartościujący podział ma swój sens i odnosi się do konkretnych zjawisk. Może nie ma się co krępować i należy utrwalać odróżnianie sztuki znakomicie dopracowanej, ambitnej i warsztatowo perfekcyjnej od chały byle jakiej rosnącej wszędzie jak psie grzyby po deszczu?  Ale kto miałby to utrwalać? Artyści pytlują w tej sprawie na każdym prywatnym spotkaniu, ale publicznie nikt się nie wychyli, żeby kogoś napiętnować jako „niskiego”, bo przecież nie będzie się pysznił i wywyższał, a poza tym wszyscy się jakoś kolegujemy. Więc może krytycy? Nie jest im łatwo, bo rynek rządzi się swoimi prawami i jeśli coś jest modne, nagłośnione i ulepione z kitu, to wciska się go bez specjalnych kłopotów do czasu, kiedy łatwowierny odbiorca straci cierpliwość i wreszcie kit wypluje. Krytyk może ostrzegać i wartościować, ale większość z nich też podlega poprawnościom politycznym wszechwładnej demokracji i kolegowaniu się. W dodatku rozróżnienie dotyczy poszczególnych dzieł, prezentacji, artystów, a nie gatunków. Nie da się już z góry zawyrokować, że jeśli ktoś wali w bęben, to uprawia sztukę niską, a jeśli dmucha w obój – to wysoką. Podział na muzykę poważną i niepoważną tak sztywny w czasach mojej młodości, jest dzisiaj nie do obrony. W gatunkach ludycznych zdarzają się arcydzieła, a na akademiach sztuki niejednokrotnie hula i cuchnie sztuka najniższa. Nikt nie ma monopolu na prawdziwą sztukę. I potrzeba cierpliwego wysiłku, by wciąż odnajdywać arcydzieła i wielkich mistrzów na wszystkich gałęziach drzewa sztuki. Nobliwe sale koncertowe i nocne kluby, uznane galerie i jarmarki pacykarzy, dostojne biblioteki i kioski bukinistów, wielkie sceny i offowe budy – wszędzie można odnaleźć wstrząsające przeżycia, które odmienią nasze dusze i wyleczą je z nędzy moralnej. A jednak zasadnicza różnica polega na tym, że aby móc posłuchać Filharmoników Berlińskich w ich siedzibie trzeba wydać niewyobrażalne pieniądze na utrzymanie wielu pokoleń muzyków i całego zaplecza z nimi związanego, na gmach tradycji i mistrzowskich umiejętności kształtowanych przez stulecia. Tymczasem na wzruszenia serwowane przez genialnego mima na dywaniku rozłożonym za rogiem ulicy wydajemy grosze. Może więc sztuka wysoka to sztuka kosztowna? Może to ta, która nie przeżyje bez hojnego i stałego finansowania? A może zbyt kosztowna? Skoro każdy może być artystą znanym i lubianym, to po co utrzymywać elitarne instytucje? Takie pytanie, o zgrozo, zadaje sobie niejeden decydent budżetowy i czasem wpada na pomysł, jak ów legendarny wojewoda na południu kraju, że skoro orkiestra tyle kosztuje, to niech grają opery z fortepianem. A inny za chwilę odkryje, że w ogóle nie trzeba grać oper, bo przecież w multikinach transmitują spektakle z La Scali, którym w żadnym województwie nikt nie dorówna. A zamiast wyrzucać pieniądze na produkcję filmów, lepiej podwoić sieć wypożyczalni wideo, zamiast budować teatry lepiej wznosić supermarkety, bo ludzie tam chętniej chodzą, jeśli zbadamy statystycznego obywatela. A gdzie słynny 1% na kulturę? Po prostu wybudujemy muzeum wojny, potem muzeum powstań, zebrań, wyborów i wreszcie muzeum upadku zadufanej Sztuki Wysokiej. </span></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.operabaltycka.pl/blog/2011/10/31/sztuka-wysoka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

