Archiwum kategorii ‘Opera bałtycka’

Sztuka nawalona

czwartek, 12 Styczeń 2012

Umiarkowanie w jedzeniu i piciu dawno już przestało być cnotą i przeszło do pakietu spraw zdrowotnych. Kieliszeczek wina do obiadu jest w tym pakiecie wręcz zalecany, jeśli planuje się pożyć dłużej. Alkoholizm jawny, czy ukryty od dawna jest jedną z największych plag ludzkości, ale bicie na alarm w tej sprawie stało się anachronicznym maniactwem wobec problemów związanych z narkotykami i coraz bardziej wymyślnymi dopalaczami. Nietrzeźwość kierowców raczej wzrasta niż maleje mimo drakońskich kar i coraz skuteczniejszej wykrywalności. Gdyby jeszcze to wszystko dotyczyło dorosłych! Rzecz w tym, że ta fala oszołomień zatapia coraz więcej istot niedojrzałych i nieodpornych na frustracje. No cóż, sam nie jestem abstynentem, więc nie mam zamiaru nikogo obrzucać kamieniami. Przygnębia mnie jednak fakt, że powszechne nawalenie aż tak odbija się w sztuce. To prawda, że nigdy nie był to rezerwat trzeźwości i przytomności umysłu. Wiele wspaniałych dzieł w historii sztuki nie tylko opowiada o zaletach uśpienia rozumu, ale też dzięki temu uśpieniu powstało. Ale byłoby ryzykowne ulec przekonaniu, że bredzenie w malignie jest zjawiskiem artystycznym, a wyłożenie w sposób jasny i zrozumiały budującego przesłania nie ma ze sztuką nic wspólnego. Szczególnie niebezpieczne byłoby takie myślenie w operze i balecie, gdzie w zdrowym ciele zdrowy duch ma przygniatającą przewagę nad schorowanym duchem w ciele chwiejącym się na nogach. Dlatego powszechnie nam królująca sztuka nawalona stawiana przez opiniotwórczych znawców za wzór artystycznych osiągnięć w różnych dyscyplinach, nie ma wstępu na przykład do mojej Opery Bałtyckiej, gdzie każdy, kto nadużywa używek musi się w szybkim trybie żegnać z koleżeństwem i szukać innego źródła utrzymania kosztownych przyzwyczajeń. Powie ktoś, że to oczywista przesłanka wynikająca z kodeksu pracy. Inteligentny czytelnik domyśli się wszak, że chodzi mi o coś więcej. Od lat staram się walczyć z szamaństwem i wciskaniem odbiorcom ciemnoty. Od lat wierzę, że prawda o człowieku i jego problemach jest najwyższym przedmiotem artystycznej działalności. Zakładam, że głoszenie prawdy, nawet bolesnej i odsłaniającej mroczne strony natury ludzkiej wymaga precyzji i znakomitego warsztatu, żeby głosić rzeczywiście to, co się zamierzyło, a nie to, co wyjdzie przypadkiem. Dadaistyczny bełkot działa niekiedy odświeżająco w czasach uporczywego akademizmu, czyli fałszowania prawdy przy pomocy zwapniałych kanonów, jak to się dzieje na przykład w balecie klasycznym, ale po takiej szalonej kąpieli w oparach absurdu trzeba koniecznie odnaleźć znów sens przekazu. Tylko sens daje szansę właściwego porozumienia artysty z odbiorcą. Tylko przejmujący sens dzieła sztuki może doprowadzić odbiorcę do iluminacji i odpowiedzi na pytanie kim jest naprawdę i jakie jest jego miejsce w świecie. Sztuka nawalona takich odpowiedzi nie udzieli, bo i pytań żadnych nie jest w stanie postawić. Sztuka nawalona służy tylko pogłębieniu chaosu i nawalenia, które z wolna dominować zaczyna nasz czas wolny od pracy. Ja wiem, że świat staje się nieznośny i coraz trudniej w nim wytrzymać. Rozumiem, że rośnie ilość zagrożeń i samotność w sieci, ale nie dajmy się zwariować, że sztuka nawalona oddali od nas lęki i pozwoli zapomnieć jak kieliszek wina o kłopotach i obowiązkach. Sztuka nawalona nie działa jak alkohol. Nie rozluźnia i nie koi. Nawet doraźnie.

Najpiękniejsze słowo

piątek, 6 Styczeń 2012

Kategoria „się” opisana przez Heideggera, której poświęciłem jeden z poprzednich felietoników, nie zajmuje tak powszechnej uwagi, jak pominięta przez filozofów, a zdumiewająco popularna ostatnio kategoria „naj”. Dziełem opisującym ją imponująco, ale też irytującym z powodu licznych idiotyzmów jest księga Guinessa. Odzwierciedla ona ludzką potrzebę wynajdywania w otaczającej rzeczywistości najróżniejszych rekordów wyznaczających granice świata i naszej w nim działalności. Koniecznie więc chcemy wiedzieć, co i kto jest w jakiejś dziedzinie „naj”. Ta wiedza daje nam przedziwną frajdę. Ulegam jej często bijąc dla własnej satysfakcji najróżniejsze rekordy i interesując się rekordami innych. Niemal codziennie biorę udział w tej niewinnej zabawie intelektualnej jaką jest zadawanie sobie pytania, co jest „naj”. Stąd radość jaką sprawiła mi propozycja wzięcia udziału w ankiecie pewnej gazety, żeby opisać najpiękniejsze dla mnie słowo. Może byłoby pożyteczne, żeby każdy takie pytanie sobie zadał i spróbował z wielu pięknych słów, jakie opisują wartości w jego życiu, wybrać to, które według niego jest „naj”. Moja odpowiedź była następująca.

Kiedy usłyszałem je po raz pierwszy, byłem daleki od rozumienia, co naprawdę oznacza. Słyszałem je potem wiele razy przez długie lata i stopniowo uczyłem się jego głębokiego sensu. Jeszcze na studiach polonistycznych rozpocząłem pracę w jego służbie pisząc zapowiedzi do radiowej Trójki. Stałem się specjalistą wydarzeń w świecie Stonesów, Creamów, i zespołów kalifornijskiej rewolucji. Ale wciąż byłem ignorantem bez elementarnego wtajemniczenia. Nawet granie na gitarze do wtóru koleżeńskich wykonań „House of the Rising Sun”, a więc brylowanie dzięki temu na prywatkach i przy ogniskach, nie odkryło przede mną związku tego słowa z tajemnicami natury i budową kosmosu. A przecież to, co ono oznacza, uczy nas harmonii świata i dlatego bywa dla niektórych dowodem na istnienie Boga. Praca w operze pozwoliła mi po wielu latach zrozumieć, że nic lepiej nie potrafi wyrazić komplikacji ludzkich uczuć, nic nie opowie trafniej o najwyższych wartościach takich jak miłość, przyjaźń, honor i wierność. Nic nie odda lepiej czym jest lęk metafizyczny i horror bezwzględności śmierci. Kiedy pokochałem taniec, odkryłem też, że nie ma na świecie nic piękniejszego, niż ciało ludzkie zespolone w jedną całość ze wszystkim, co to słowo kryje w swoim skarbcu. Ciało, które wyraża jego meandry i tajemnice. Bo przecież za pierwszą warstwą znaczenia łatwą do zdefiniowania i technicznego opisu, kryją się warstwy niewyrażalne i niepojęte. Życia nie starczy, żeby je zgłębić. Ale warto próbować, bo nawet delikatne zgłębianie daje wiele radości. Cała moja rodzina oddała się tej pracy, która podejmowana wspólnie zespala nas i wzmacnia, a ja mam poczucie, że dzięki niej nasze życie ma sens. Tak jak sens ma znaczenie tego najpiękniejszego słowa. Tym słowem jest muzyka.

Życzenia na ostatni rok Magicznego Tuzina

niedziela, 1 Styczeń 2012

W zasadzie jestem wrogiem zabobonu i metafizycznego szantażu wobec naszych nieporadnych umysłów, wciąż nie mogących sobie poradzić z komplikacją świata. Czepiamy się rozpaczliwie przeróżnych znaków i symboli, które rzekomo pomagają nam zrozumieć zagadki bytu. Uważam, że to pułapki dla głupców nie mogących pogodzić się z niewyobrażalnie wielką sumą przypadkowych zdarzeń z jakich składa się los materii kosmicznej. A jednak sam wpadłem w taką pułapkę i uległem magii cyfr jak miliony bratnich istot. Nowy Rok i nadzieje z nim wiązane od niepamiętnych czasów sprzyjają takim słabostkom intelektu. Teraz pozostaje się tym podzielić, abyście i Wy poczuli dreszcz ciemnego lęku. Dawno temu urzekła mnie data 01.01.01. Zrobiliśmy sobie z żoną zdjęcie na spacerze w mroźny słoneczny dzień na poznańskiej Malcie. Następna magiczna data 02.02.02 i zdjęcie w innych okolicznościach z żoną na miesiąc przed urodzeniem córeczki. Po roku znów zdjęcie z maleńką Weroniką na kolanach mamy i datą 03.03.03. I tak konsekwentnie przez następne lata, coraz starsi, z coraz większym dzieckiem pomiędzy nami. W grudniu przyszłego roku zrobimy to po raz ostatni, bo 12.12.12. jest datą graniczną w tej zabawie. Nie ma trzynastego miesiąca. Koniec magii. To było szczęśliwe naście lat. Prywatnie dla mojej rodziny, dla mojego życia teatralnego zwieńczonego sukcesami Opery Bałtyckiej, dla mojego nowego gniazda jakim stało się cudowne Trójmiasto, dla mojej Ojczyzny kwitnącej w dobrobycie i pokoju mimo drobnych perturbacji z garstką notorycznych awanturników, wreszcie dla całego Globu, który wciąż raczej sprzyja życiu, niż je unicestwia. Ale przecież to nie potrwa wiecznie. Na żadnym z tych pól. Muszą nadejść lata chude, żeby nie powiedzieć katastrofalne i straszliwe dla naszego wątłego gatunku. Jednak w tej mojej chwilowej głupocie numerologicznej wierzę gorąco, że ten 2012 rok będzie z pewnością przepiękny. Nawet jeśli ma to być ostatni z Magicznego Tuzina tłustych i bezpiecznych lat, to przeżyjmy go w radości i braterstwie. Wiadomo, że nadciąga fala barbarzyństwa i bezwzględnej walki o dobra doczesne. Wiadomo, że umierają ideały, autorytety, piękno i honor. Niech jeszcze ten ostatni rok im sprzyja. Nacieszmy się nimi i nadzieją, że nie wszystko być może stracone. Nawet jeśli seks zastąpi nieśmiałą miłość, łomot zdławi harmonię Mozarta, obłąkane bazgroły wepchną się na miejsce obrazów, wampiry i transformersy na miejsce szlachetnych filmowych amantów i kowboi, a dopalacze i drinki zajmą na stołach miejsce „herbatki we dwoje”. Być może sztuka upiększania świata przejdzie do lamusa poczciwych pamiątek, a wierność zasadom i ludziom, których kochamy staną się cechami wstydliwymi i ukrywanymi bardziej niż nietypowe orientacje. Być może awanturnicy zawładną Ojczyzną, a Glob stanie się obozem zagłady. Nawet jeśli tak się stanie, to jeszcze nie w tym cudownym, nadchodzącym roku, który zakończymy zdjęciem z datą 12.12.12. A może Apokalipsy nie będzie? Może obawa przed jakąś totalną katastrofą, towarzysząca ludzkości od zarania dziejów, jest tylko cząstką instynktu samozachowawczego i pomaga nam gromadzić środki zaradcze? Może te wszystkie magiczne daty to tylko garść bzdur i Świat potrwa dalej, coraz piękniejszy i bardziej ludzki aż do wypalenia się słońca za miliony lat? Może ten wspaniały Nowy Rok ma szansę powtórzyć się jeszcze tyle razy, że nacieszą się tym nasze dzieci? Tego życzę Wam wszystkim z całego serca.

Być Pierwszą Damą

sobota, 17 Grudzień 2011

Rzadko należę do jakiejś większości, ale jedną z nich jest wielomilionowa rzesza wielbicieli Danuty Wałęsy. Od lat jest idolem mojej rodziny, a we mnie obok szacunku jakim ją darzę, tli się nieśmiało uznanie dla jej urody i ekscytującej kobiecości. I nagle dostaję do ręki jej wstrząsającą książkę, w której z bolesną prawdomównością nie tylko opisuje swoje niesamowite życie, ale też staje przed nami obnażona jako istota ludzka – niedoskonała, wzruszająco bezradna i imponująco dzielna w zmaganiach z losem i własnymi słabościami. Czyta się ją jednym tchem nie tylko jako spowiedź wspaniałej kobiety, ale i jako dokument naszych czasów i świadectwo skomplikowanej natury losów naszej Ojczyzny. Polecam tę książkę każdemu, a szczególnie wszystkim kobietom, które poświęciły życie wychowywaniu dzieci. Zainicjowałem nawet taką akcję wśród swoich znajomych, żeby ten tom dawać w prezencie pod choinkę swoim mamom. Jestem pewien, że jego lektura da siłę i zadośćuczynienie za trudy i poświęcenie, którego życie każdej matki jest fundamentem. Brzmi to wyznanie, jak część wielkiej promocji wydawnictwa, ale nie dbam o to i wszelkie podejrzenia o interesowność mam gdzieś. Tak jak Pani Danuta zlekceważyła wszystkie konsekwencje, jakie można było przewidzieć po ujawnieniu wielu delikatnych informacji z tak rozbrajającą szczerością. Wierzę, że Pan Prezydent mógł być zaskoczony brakiem dyskrecji w sprawach domowych, ale musi przecież zdawać sobie sprawę, że wyznania jego żony nie są banalnym upublicznianiem prywatnego życia, czego mamy nadmiar w kolorowych pisemkach i podobnych im programach telewizyjnych, tylko aktem wielkiej odwagi i protestem przeciwko traktowaniu kobiety jako istoty drugorzędnej, podległej i przeznaczonej tradycyjnie do obsługi prokreacyjnych potrzeb gatunku. Uważam, że w Polsce ten tradycyjny wizerunek żony jako własności męża jest wciąż kultywowany i umacniany podstępnie, a może nieświadomie, przez katolickie wychowanie. Obie nasze Byłe Pierwsze Damy stoją w pierwszym szeregu walki o rzetelną emancypację, ale na tle działalności Jolanty Kwaśniewskiej uwikłanej w salony, mody, pretensjonalne sesje zdjęciowe i reklamy głos Danuty Wałęsy odezwał się ze szczególną powagą i szlachetnością. Nie mówiąc o wymiarze jakże odmiennego losu i zasług, by prawdomówność osobista, jako jedna z najwyższych cnót, stała się udziałem narodu i Ojczyzny, a nie tylko elitarnego klubu. Bycie partnerką Głowy Państwa nigdzie i nigdy nie było łatwe. Niejedna księżniczka zagubiła się w tych obowiązkach i nie poradziła sobie z odpowiedzialnością za wyniesienie na szczyt, jakie przypadło jej w udziale. Przykład Danuty Wałęsy, prostej, wiejskiej dziewczyny imponuje i zachwyca jakością charakteru i uczciwością, z jaką zawsze traktowała ludzi i siebie. Piszę o tym wszystkim, bo po premierze „Madame Curie” jestem wyczulony na to, kto może być prawdziwym bohaterem opery, której widownia ma się wzruszać i krzepić, że człowiek – to brzmi dumnie. Maria Skłodowska – Curie stała się taką bohaterką i widziałem wśród naszych widzów wielu wzruszonych i pokrzepionych. Mam nadzieję, że, niezależnie od wyczekiwanego filmu Andrzeja Wajdy, ktoś kiedyś napisze piękne dzieło o Pani Danucie. Jest tego warta.

Hanuszkiewicz

poniedziałek, 5 Grudzień 2011

Wczoraj mieliśmy w BTT premierę „Kopciuszka” po wodzą włoskiej ekipy realizatorów. Brawurowy występ moich fenomenalnych tancerzy przesłoniła, niestety, śmierć Adama Hanuszkiewicza. Wiedzieliśmy od długiego czasu, że jest bardzo chory i powoli gaśnie. Wiedzieliśmy od dawna, że odebranie mu teatru i zmuszenie do bezczynności zabije go szybciej niż najcięższa praca. Co innego jednak spodziewać się śmierci, a co innego w końcu ją spotkać. Byłem wstrząśnięty wiadomością, którą usłyszałem na godzinę przed premierą. W rozpaczy wyszedłem przed kurtynę i nie kryjąc łez powiedziałem mniej więcej tak:

Odszedł od nas jeden z największych ludzi teatru. Był moim nauczycielem, wychowawcą, protektorem i z czasem przyjacielem. Dzięki niemu nauczyłem się warsztatu reżyserskiego i poczucia autonomii mojego zawodu, w którym wolność artystyczna jest równie ważna, jak w malarstwie, pisarstwie, czy komponowaniu. Uczył nie tylko teatru, ale też odważnego życia pełnego fantazji i nienasyconej ciekawości świata. Byłem jego asystentem przez trzy lata. W tym czasie przekonałem się setki razy, że jest nie tylko fenomenalnie uzdolnionym reżyserem, ale i delikatnym, wrażliwym człowiekiem. Mimo pychy pięknego dryblasa, miał ojcowską czułość dla podległych mu ludzi i nigdy nie widziałem, żeby kogoś świadomie, celowo skrzywdził. Spotkania z nim, jego tyrady, manifesty, pomysły interpretacyjne są warte osobnej książki. Może powstanie kiedyś ze wspomnień ludzi z nim współpracujących. Budził w bliskich gwałtowne emocje od miłości do nienawiści. Budził skrajne emocje we wszystkich, którzy zasiadali na widowni jego wspaniałych spektakli. Był legendą i epoką polskiego teatru, kimś na podobieństwo Gombrowicza, którego wielbił go i naśladował w swoich intelektualnych potyczkach z rozmówcami. Życie Adama to pasjonujący scenariusz. Od debiutu w roli Wacława w „Zemście”, gdzie Papkina grał Kazimierz Dejmek, poprzez wątpliwy tryumf nad swoim kolegą, kiedy obejmował Teatr Narodowy w 68, odwet Dejmka jako ministra kultury, aż po haniebne odebranie staremu, ale wciąż gwałtownie poszukującemu nowych rozwiązań artystycznych, mistrzowi Teatru Nowego i przekazanie go efektowniejszej, modnej ekipie. Bujne, jak jego spektakle , życie prywatne, talent celebryty i niespożyta energia uczestniczenia do ostatnich sił w życiu publicznym imponowały zniewieściałym pokoleniom następców i niejednokrotnie były tematem zjadliwych plotek. Nie przejmował się tym. Nie zapomnę jak pobłażliwie traktował ataki krytyków. Kiedyś na moje pytanie, czy rzeczywiście się nimi nie przejmuje wyciągnął starą francuską gazetę z relacją o przyjeździe jego teatru na gościnne występy i przeczytał mi z niej jedno zdanie – Przyjechał najprzystojniejszy reżyser Europy! I dodał – jak ja się mam po czymś takim przejmować recenzjami? Innym razem powiedział – Kiedy umrę, nie płaczcie po mnie i nie stójcie w męczącej ciszy ku czci, tylko zagrajcie dla mnie jakieś piękne przedstawienie. Więc teraz, drodzy Państwo, zamiast stać i milczeć zagramy dla Adama naszą premierę „Kopciuszka”.

Bałtycka z Marią w Paryżu

piątek, 25 Listopad 2011

Walcząc od jakiegoś czasu z plagą kultu celebrytów w naszym kraju sam stałem się beneficjentem tego nowego wyznania, a wraz ze mną moja ambitna i szlachetna Opera Bałtycka. Od dawna planowaliśmy z Elą Sikorą wystawienie opery o wielkiej Polce, którą oboje darzymy szczerym uczuciem i szacunkiem. Uważam, że Maria Skłodowska – Curie zasługuje na jedno z najwyższych miejsc w Panteonie historii świata, a nie tylko w lokalnym, Polskim, czy nawet Francuskim. Ten rok poświęcony jej osobie przybliży ją wszystkim, którzy wiedzą o niej za mało i sprawi radość tym, którzy wiedzą o niej wiele. Uroczyste obchody jej roku zbiegły się z naszą prezydencją w Unii. Unesco zaprosiło w związku z tym Operę Bałtycką z premierą dzieła Sikory do Paryża, żeby pokazać spektakl w galowej sali tej jednej z najpiękniejszych instytucji w historii świata. Był to dla nas wielki zaszczyt i okazja do popularyzacji naszego teatru na forum międzynarodowym. Ale jednocześnie zrodził się we mnie niepokój, że mimo niezwykłego dzieła, jakie prezentujemy, szlachetnego celu, ogromnej pracy, jaką włożyliśmy w ten projekt, wysokiego poziomu muzycznego i znakomitej jakości wykonania swoich partii przez solistów z rewelacyjną Anną Mikołajczyk na czele, Wielki Celebryta Paryż zdominował nasze przedsięwzięcie. Doceniam rangę tego wyjazdu i cieszę się, że skromna Opera Bałtycka dała prapremierę światową w tym pięknym mieście. Ale nie to jest najważniejsze w projekcie “Madame Curie”. To miłe, że publiczność paryska i tamtejsi recenzenci docenili spektakl, ale wolę, jak dziennikarze z Francji, czy innych krajów przyjeżdżają do Gdańska i tu wpadają w zachwyt. Zawsze imponowało mi w teatrze Gardzienice nie to, że jeździli po całym świecie, bo są różne sposoby, żeby nawet mierne teatry wywozić na festiwale, ale imponowało mi to, że we wsi Gardzienice widywałem ludzi z różnych stron świata, którzy zadawali sobie wiele trudu, by dotrzeć tam na spektakl. Zawsze miałem podejrzliwy stosunek do organizowania różnych koprodukcji przez kolegów dyrektorów, żeby tylko zagrać coś za granicą i splendor płynący z tego faktu wykorzystywać tu, u nas na prowincji, gdzie ludziska wciąż patrzą z niepojętym respektem na coś ze świata. Upierałem się, że taka strategia prowadzi na teren niezliczonych kompromisów i w rezultacie źle służy sprawie artystycznej teatru. I oto sam uległem skomplikowanej serii zbiegów okoliczności i korzystam z dobrodziejstw sukcesu zagranicznego. Łaskawe media i wielkie zainteresowanie widzów, sprzedane bilety i zadowolenie władz – wszystko to są skarby nie do pogardzenia, ale jakże gorzko jest myśleć, że gdybyśmy to samo zagrali po prostu w Gdańsku, jak tyle pięknych premier do tej pory, nie byłoby wokół nas takiego hałasu. Może się wydać to, co piszę dziwacznym marudzeniem w sytuacji, kiedy powinienem pękać z dumy i radości, ale, kto ma rozum i serce domyśli się, że chodzi mi o fundamentalny problem kultury polskiej, która od czasów rozbiorów boryka się z kompleksem prowincji. Mam poczucie, że wychodzimy z tego w ostatnich latach, ale zanim te zmiany utrwalą się w mentalności zbiorowej, każdy, kto przyjeżdża z Paryża, czy Nowego Jorku skutecznie kreuje się na artystę światowego. Dlatego zachwyciła mnie kiedyś Krysia Janda, która po ewidentnym sukcesie zagranicznym na pytanie, jak się czuje robiąc karierę światową, odpowiedziała ze śmiechem, że jedynym, kto ją naprawdę zrobił jest Karol Wojtyła.

Sztuka Wysoka

poniedziałek, 31 Październik 2011

Jak się ma to popularne określenie do praw demokracji? Skoro jest sztuka wysoka, domniemywać należy, że jest również niska. Tego terminu raczej się nie spotyka i nikt poprawny politycznie nie używa go w ocenie jakiegoś dzieła, czy występu. A przecież ten wartościujący podział ma swój sens i odnosi się do konkretnych zjawisk. Może nie ma się co krępować i należy utrwalać odróżnianie sztuki znakomicie dopracowanej, ambitnej i warsztatowo perfekcyjnej od chały byle jakiej rosnącej wszędzie jak psie grzyby po deszczu? Ale kto miałby to utrwalać? Artyści pytlują w tej sprawie na każdym prywatnym spotkaniu, ale publicznie nikt się nie wychyli, żeby kogoś napiętnować jako „niskiego”, bo przecież nie będzie się pysznił i wywyższał, a poza tym wszyscy się jakoś kolegujemy. Więc może krytycy? Nie jest im łatwo, bo rynek rządzi się swoimi prawami i jeśli coś jest modne, nagłośnione i ulepione z kitu, to wciska się go bez specjalnych kłopotów do czasu, kiedy łatwowierny odbiorca straci cierpliwość i wreszcie kit wypluje. Krytyk może ostrzegać i wartościować, ale większość z nich też podlega poprawnościom politycznym wszechwładnej demokracji i kolegowaniu się. W dodatku rozróżnienie dotyczy poszczególnych dzieł, prezentacji, artystów, a nie gatunków. Nie da się już z góry zawyrokować, że jeśli ktoś wali w bęben, to uprawia sztukę niską, a jeśli dmucha w obój – to wysoką. Podział na muzykę poważną i niepoważną tak sztywny w czasach mojej młodości, jest dzisiaj nie do obrony. W gatunkach ludycznych zdarzają się arcydzieła, a na akademiach sztuki niejednokrotnie hula i cuchnie sztuka najniższa. Nikt nie ma monopolu na prawdziwą sztukę. I potrzeba cierpliwego wysiłku, by wciąż odnajdywać arcydzieła i wielkich mistrzów na wszystkich gałęziach drzewa sztuki. Nobliwe sale koncertowe i nocne kluby, uznane galerie i jarmarki pacykarzy, dostojne biblioteki i kioski bukinistów, wielkie sceny i offowe budy – wszędzie można odnaleźć wstrząsające przeżycia, które odmienią nasze dusze i wyleczą je z nędzy moralnej. A jednak zasadnicza różnica polega na tym, że aby móc posłuchać Filharmoników Berlińskich w ich siedzibie trzeba wydać niewyobrażalne pieniądze na utrzymanie wielu pokoleń muzyków i całego zaplecza z nimi związanego, na gmach tradycji i mistrzowskich umiejętności kształtowanych przez stulecia. Tymczasem na wzruszenia serwowane przez genialnego mima na dywaniku rozłożonym za rogiem ulicy wydajemy grosze. Może więc sztuka wysoka to sztuka kosztowna? Może to ta, która nie przeżyje bez hojnego i stałego finansowania? A może zbyt kosztowna? Skoro każdy może być artystą znanym i lubianym, to po co utrzymywać elitarne instytucje? Takie pytanie, o zgrozo, zadaje sobie niejeden decydent budżetowy i czasem wpada na pomysł, jak ów legendarny wojewoda na południu kraju, że skoro orkiestra tyle kosztuje, to niech grają opery z fortepianem. A inny za chwilę odkryje, że w ogóle nie trzeba grać oper, bo przecież w multikinach transmitują spektakle z La Scali, którym w żadnym województwie nikt nie dorówna. A zamiast wyrzucać pieniądze na produkcję filmów, lepiej podwoić sieć wypożyczalni wideo, zamiast budować teatry lepiej wznosić supermarkety, bo ludzie tam chętniej chodzą, jeśli zbadamy statystycznego obywatela. A gdzie słynny 1% na kulturę? Po prostu wybudujemy muzeum wojny, potem muzeum powstań, zebrań, wyborów i wreszcie muzeum upadku zadufanej Sztuki Wysokiej.

Wieniawski bez Polaków

poniedziałek, 24 Październik 2011

Zakończył się wspaniały konkurs skrzypcowy, który jest jednym z nielicznych naszych powodów do dumy na forum światowym w dziedzinie muzyki. Wysoki poziom tegorocznej edycji, znakomicie przygotowane relacje telewizyjne, wreszcie niesamowity koncert finałowy zwieńczony wykonaniem muzyki Wieniawskiego przez jurorów i finalistów – to było prawdziwe święto sztuki w naszym kraju. Gorzką nutą w tych radosnych chwilach było pytanie stawiane przez komentatorów – dlaczego wśród zwycięzców zabrakło Polaków. Ponieważ wiem o kilku powodach, pozwolę sobie tą wiedzą się podzielić. Otóż świetne transmisje kanału Kultura, którego oglądalność jest niestety tak samo wysoka jak czytelnictwo w Polsce, chodzenie do teatru i ilość kupionych płyt na głowę mieszkańca, dotarły do garstki melomanów. Reszta narodu pogrążona była w ciemnych oparach serwowanych przez nasze najważniejsze dwa kanały obarczone rzekomo jakąś misją. Podczas ostatniego koncertu, który był jednym z największych wydarzeń muzycznych ostatnich lat, w „Jedynce” leciała trzecia woda po hicie „Indiana Jones”, a w „Dwójce” popisy amatorów oceniane przez pajaca, który epatuje siksy udając Belzebuba. A przecież to był tylko dalszy ciąg konsekwentnego popierania od lat chałtur, straszliwych koncertów plenerowych, łomotu i fałszywych dźwięków. To dalszy ciąg unikania jak ognia wszelkiej muzyki, która mogłaby się wydać ambitna, smutna czy poważna, bo przecież wtedy oglądalność musiałaby ucierpieć. Miałem nadzieję, że nowy Prezes TVP udźwignie konieczność uzdrowienia „misji”, ale cóż może poradzić jeden, nota bene zastraszony przez agresywnych internautów, czy kilku nawet sprawiedliwych – wobec tabunów telewizyjnych wyjadaczy, którzy niejedną reformę mają już szczęśliwie za sobą. Owszem, prawdziwą misję dźwiga odpowiedzialnie radiowa „Dwójka”, ale może właśnie dlatego jej życie wisiało na włosku. Na włosku wisi wciąż los studia im. Lutosławskiego, prawdziwej oazy w wyschniętym świecie polskiej muzyki. Próby zawłaszczenia go przez producentów operetek, kankanów i szemranych wodewili nie ustały i w każdej chwili mogą zakończyć się sukcesem. Inna oaza muzyki, jaką jest Warszawska Opera Kameralna została pozbawiona ćwierci swego budżetu i tylko heroizm Stefana Sutkowskiego uchronił ją przed gwałtownym rozpadem. To tylko nieliczne czubki gór lodowych. A podstawą jest wciąż kształcenie muzyki w szkołach, gdzie zabłysło wreszcie światełko w tunelu i jest szansa, że muzyka wróci do planu lekcji, jak w większości krajów cywilizowanego świata, ale zaległości i wieloletnie zaniedbania są tak dotkliwe, że tylko szkoły muzyczne sprawiły, że nasz naród zachował jakieś poważniejsze umiejętności muzykowania, niż wsadzenie do kontaktu wtyczki od sprzętu grającego. Ale i w tych szkołach dramatycznie brakuje pieniędzy i etatów dla profesorów muzyki, bo ważniejsze okazały się dodatkowe lekcje dydaktyczne, opieka psychologów i wreszcie absurdalne lekcje religii, których w klasach początkowych jest tyle ile lekcji gry na instrumencie. Więc o jakich Polakach chcecie mówić na światowym konkursie Wieniawskiego? Może ci którzy wyjechali na zarobek emigracyjny do Anglii, czy innego normalnego kraju, poślą dzieci na lekcje muzyki i wśród nich pojawi się jakiś wybitny talent, który za 15 lat wygra siedemnastą edycję konkursu? Nadzieja wciąż nie gaśnie.

Urna

piątek, 7 Październik 2011

Służy do tego, by spoczywały w niej nasze prochy, lub nasze głosy. Od nas zależy do czego ją użyjemy. Ten dualizm przeznaczenia urny widzę jako ostrzeżenie. Jakby to był symboliczny wybór między życiem i śmiercią. Jeśli złożymy w niej głosy – żyć będziemy. Jeśli uznamy, że funkcja urny jest tylko funebralna – pomrzemy. Ta patetyczna przesada w rozumieniu urny jako symbolu bierze się z rozpaczy, że co chwila ktoś mi znany i bliski powiada, że głosować nie pójdzie, bo nie ma na kogo, bo jest znudzony, zawiedziony, bo i tak nic od niego nie zależy i świat się nie zawali bez jego głosu. Jak to? – pytam – nie rozumiesz, że twoje głosowanie ma wymiar symboliczny? Przecież to jest akt, dzięki któremu stajesz się częścią narodu, potwierdzasz swoją tożsamość, jesteś kamieniem węgielnym społeczeństwa, które na tobie zostanie zbudowane. Dajesz sobie prawo na kilka lat wypowiadania swojej opinii na temat kraju w którym żyjesz ty i twoi bliscy. Jak śmiesz osądzać później ludzi i zdarzenia, skoro nie kiwnąłeś palcem by były takie a nie inne? Nie oddając głosu do urny odbierasz sobie prawo do wydawania głosu w każdej sprawie szerszej niż okolice własnego pępka. Będziesz to respektował? Zamilkniesz, gdy inni będą dyskutować o polityce, gospodarce, ideologiach i budowaniu przyszłości? Nie! Będziesz pyskował tak jak inni. A my wtedy zapytamy – A gdzie byłeś, kiedy w dniu głosowania podejmowaliśmy wspólnie decyzję, że właśnie tak będzie a nie inaczej? Nie chciało się ruszyć tyłka kilka ulic dalej, bo i tak jacyś inni tam będą i obsłużą twoją urnę? To teraz milcz i słuchaj się tych, którzy się tam pofatygowali. Ojczyzna to obowiązek. Często niemiły i niewesoły. Nic się w tej definicji nie zmieniło. Wciąż nic jeszcze tej Ojczyzny skutecznie nie zastąpiło. Jest taka jaka jest. Taka jaką stwarzamy codziennie. Taka, jaką programujemy raz na cztery lata. Nie ma innej. Nie można przed nią uciec. Żadne wyjazdy tego nie zmienią. Tylko dokładają punktów wyborczych po całym świecie. Więc jak już jesteś tu na miejscu, to nie leń się i nie szukaj wymówek. Wstań i idź! Głosuj sobie na kogo chcesz, ale weź za ten głos odpowiedzialność. Postaraj się przewidzieć wszystkie jego konsekwencje. Nawet jeśli dla wygłupu zagłosujesz znów na Lady Gagę, to postaraj się zrozumieć na jaką Polskę w tym momencie zagłosowałeś, bo będzie to kraj, w którym przyjdzie ci żyć.

Kylian w BTT

czwartek, 15 Wrzesień 2011

Jeden z największych choreografów w światowej historii tańca odwiedził nasze skromne progi, by sprawdzić, czy spełniły się jego nadzieje pokładane w młodziutkiej adeptce sztuki choreograficznej Izadorze Weiss, którą przed laty zaprosił na swoje próby jako stażystkę. Skorzystał z okazji, że jego najnowsze dzieło „Last Touch First” zostało przez Bałtyckie Spotkania Teatrów Tańca umieszczone jako danie główne z możliwością zagrania tego spektaklu później w Teatrze Wielkim w Warszawie. Kylián ostatnio rzadko jeździ ze swoimi produkcjami w dalekie podróże, ponieważ nie korzysta w ogóle z samolotu, więc nie liczyliśmy na to, że przyjedzie do Gdańska leżącego w sensie komunikacyjnym na końcu świata. A jednak wynajął samochód i przemierzył pół Europy, żeby dopilnować wystawienia swojego spektaklu, wziąć udział w panelu dyskusyjnym o teatrze tańca i obejrzeć najnowszą premierę BTT. Mieliśmy wszyscy ogromna tremę i obawy, czy jego wymagające oko zadowoli się jakością wypracowaną w ciągu czterech lat przez nasz młody zespół. Widziałem, że i on denerwuje się, czy nie będzie rozczarowany i zmuszony do powiedzenia nam bolesnej prawdy, że jesteśmy jeszcze w lesie. Jakaż była ulga po obu stronach, kiedy w przerwie po „Czekając na…” szepnął, że bardzo mu się podoba, a po zakończeniu „Święta Wiosny” zachwycony zszedł do zespołu i sypał pochwałami dla Izadory i jej tancerzy. Gdybyśmy mieli jakiekolwiek wątpliwości, czy nie są to tylko kurtuazyjne wyrazy uznania, oświadczył, że chce z nami pracować i podaruje nam swoją choreografię do muzyki Mozarta, która wraz z nową choreografią Izadory stanie się częścią naszej premiery w maju 2012. Tym samym nasze wysiłki zostały uznane przez największy autorytet współczesnego tańca, a BTT staje się znaczącym miejscem na mapie teatrów nie tylko w Europie, ale i na świecie. Nasi cudowni tancerze wpadli w euforię, ale i w popłoch, że tak naprawdę dopiero teraz poczują, co znaczy maksymalny wysiłek, precyzja i odpowiedzialność. A dla mnie w tej całej radości kroplą goryczy stało się potwierdzenie, jak bardzo zmarginalizowana została wysoka sztuka. Nasza niezawodna „Gazeta Wyborcza” zadbała o uczczenie przyjazdu mistrza informacjami i wywiadem, ale jego skromne rozmiary przypomniały mi moje utyskiwania na zalew zdjęć i materiałów o bandycie norweskim. Niezawodna TVP Kultura przygotowała program, którego skromnym rozmiarem, jakością i zasięgiem jego twórcy byli lekko skonfundowani. A niektórzy decydenci w sprawach kultury Gdańskiej, nie tylko nie zwrócili uwagi na to, że ktoś tak znaczący dla sztuki światowej odwiedza nasze miasto i nobilituje Operę Bałtycką, ale okazali zainteresowanie tylko tym, czy BTT weźmie udział w fetowaniu wydarzeń futbolowych 2012. Nie mam o to żalu do nikogo, tylko do siebie samego, że widocznie przez te trzydzieści lat działalności na polu kultury nie dość skutecznie pracowałem na to, by przekonać wszystkich, że sztuka wysoka nie jest jakimś pokarmem dla snobów, tylko witaminą niezbędną do życia narodu. Nawet jeśli jego większość woli proste emocje stadionowe. Bo przecież bez teatru i muzyki te emocje przyniosą nam kiedyś zagładę. Tak uważam. Dlatego tacy ludzie jak Kylián ze swoją mądrością, magią i umiłowaniem wolności są jak niegdysiejsi święci stawiający opór zdziczeniu i skłonnościom do odpowiadania na wszystkie problemy siłą fizyczną. Szacunek dla nich i wsłuchiwanie się w to, co próbują nam przekazać może stać się lekarstwem na lęki i zło.