Najpierw muszę zastrzec, że całym swoim życiem i twórczością wspieram przekonanie, że sztuka jest wołaniem o wolność osoby ludzkiej wiecznie wplątywanej w sieć społecznych zakazów, konwenansów, religijnych bzdur i politycznych opresji. Wolność wypowiedzi artystycznej jest fundamentem jej powagi i prawdziwości. A więc zero cenzury i dydaktyki, zero narzucania artyście powszechnej moralności i gustów! Starałem się być wierny temu przekonaniu. Chociaż, jak każdy twórca, co i raz byłem ograniczany, przymuszany, czy wreszcie kuszony, żeby powiedzieć coś, z czym nie do końca się utożsamiałem, to jednak mam poczucie, że służyłem bogini wolności wytrwale i skutecznie, jako jedna z mrówek transformacji ustrojowej i obyczajowej. W tej drugiej należę podobno do ścisłej awangardy. Dopiero po tej deklaracji mogę zabrać głos w sprawie, która ostatnio budzi mój metafizyczny niepokój. Otóż obserwuję jak coraz częściej przedmiotem artystycznej ekspresji, centralnym punktem humanizmu współczesnego, obiektem badań i medytacji stają się poczciwe genitalia. Ich obraz, jakże komiczny przecież, pojawia się w ikonografii naszych czasów jako coś odważnego, poruszającego sumienia, symbolizującego kondycję człowieka i jego zmagania z losem. Rozumiałbym, gdyby ta problematyka fascynowała głównie dziewice i prawiczków, którzy z reguły przeceniają znaczenie genitaliów i ich wpływ na duszę ludzką. Ale widzę, że i twórcy bardziej obeznani z banałem anatomii i fizjologii popadają w uzależnienie od płciowego fundamentalizmu. Piętno, jakie wywiera powszechnie dostępna pornografia internetowa z pewnością nie jest tu bez znaczenia. Społeczna akceptacja niewierności małżeńskiej i nietrwałości rodziny też robi swoje. Ale te dramatyczne zjawiska nie są jeszcze powodem, by genitalia właśnie stały się ich głównymi bohaterami! W ramach powszechnej tolerancji uznajemy za rzecz normalną, to, co do niedawna było odstępstwem od normy, przyznajemy stopniowo równe prawa dla cnoty i niecnoty, czy prostytucji, która przecież ma tyle na swoje usprawiedliwienie, że wkrótce stanie się pracą jak każda inna i będzie domagała się związkowej ochrony i społecznego szacunku. Kult falliczny niektórych środowisk wywarł na sztukę istotny wpływ, ale jako żywo nie znaczy to, że fallus magicznie przeistoczy się w coś innego, niż jest. Eksponowanie jego wizerunku w nadziei, że to pomoże ludzkości wyzwolić się z okowów wstydu i cierpień, jakie złożyły się na mit grzechu pierworodnego jest złudzeniem zdemaskowanym już dawno w historii kultury. A tu wciąż nowe zastępy brawurowych artystów wyważają otwarte drzwi objawiając nowinę, że człowiek pragnie orgazmu ponad wszystko. Człowiek jako istota zwierzęca i genitalna pewnie tak, ale radosną nowiną godną głoszenia przez sztukę jest wciąż to, że człowiek z fascynujących powodów zapragnął przezwyciężyć zwierzę w sobie i nałożył gacie na genitalia, a ględzenie o nich i pokazywanie ich wszem i wobec uznał za niegodne. I nie jest tak, jak głosi podstępna reklama modnego filmu, że każda kobieta marzy o kurewskiej przygodzie, a każdy mężczyzna pragnie z takiej przygody skorzystać, by zaspokoić ciemne fantazje. Dla większości takie praktyki są żenujące nie z powodu hipokryzji czy zacofania, tylko przekonania, że prawdziwy orgazm przeżywamy w miłości. O tym są wielkie dzieła sztuki.
Archiwum z Luty 2012
Sztuka genitalna
czwartek, 23 Luty 2012O sponsorach raz jeszcze
sobota, 11 Luty 2012W związku z licznymi pytaniami o sponsorów i źródła finansowania powtarzam jeszcze raz swoje tezy sprzed roku w tej sprawie. Opera Bałtycka jest w całości finansowana przez Samorząd Województwa Pomorskiego. Trąbimy o tym przy każdej okazji, nie tylko z gorliwością wdzięcznych artystów, ale też z powagą świadomości jak wygląda struktura systemu kultury w naszym kraju. Demokracja i wolny rynek, które są naszą zdobyczą i umiłowaną rzeczywistością nie mogą nam przesłonić tej prostej i niezmiennej prawdy, że kosztowne instytucje artystyczne nie utrzymają się same i tak jak szkolnictwo, powszechna służba zdrowia, wojsko i policja oraz mnóstwo innych „organów” niezbędnych dla życia narodu w jego własnym państwie, muszą być utrzymywane z naszych podatków, sprawiedliwie dzielonych przez mądrych urzędników. Na pierwszy rzut oka opera może się wydać mniej potrzebna niż szpital, czy przedszkole, ale jeśli ktoś spojrzy na system społeczny jako całość i zrozumie jego hierarchiczną budowę o kształcie piramidy, to zgodzi się, że na jej wierzchołku nie może znaleźć się przedszkole ani szpital. To właśnie teatry, sale koncertowe, muzea i biblioteki tworzą to zwieńczenie inspirujące nieustanny ruch ku górze w każdej warstwie społeczeństwa. Opera jest zwieńczeniem gmachu kultury i jak na razie mimo warczenia głuchych na muzykę ignorantów nic nie wskazuje, by miały ją zastąpić festiwale projekcji multimedialnych, turnieje towarzyskiego tańca, czy łomoczących w kółko te same akordy zastępów szarpidrutów. Wciąż jest tak, że to w operze będziemy się spotykać w najbardziej uroczystym nastroju i tam doznawać największych wzruszeń. Nie dyskutujmy więc, czy nie dałoby się upchnąć tej kosztownej działalności pod skrzydła bliżej nieokreślonych darczyńców, którzy nigdy, powtarzam nigdy nie wezmą na siebie odpowiedzialności za stabilne życie tak skomplikowanej instytucji jaką jest opera.
Oczywiście, że wsparcie finansowe ze strony możnych melomanów i firm doceniających splendor, jaki z tego dla nich płynie jest bezcenny. Niewielkie sumy jakie mogą przeznaczyć na takie wsparcie wystarczą na honorarium jednego wybitnego śpiewaka, ale dobre i to. Tu śpiewak, tam śpiewak i dzięki sponsorom możemy mieć nawet cały kwartet. Niech jednak nikt nie bredzi o tym, że takie wsparcie byłoby sposobem na utrzymanie gmachów, etatów, ubezpieczeń, produkcji dekoracji, promocji, elektryczności i setki innych wydatków, które codziennie ponosi teatr. Duże firmy, które nawet w swoich statutach mają wpisane wspieranie kultury, zawsze wolą zaliczyć do tej enigmatycznej dziedziny kopanie piłki, czy młóckę na ringu, bo tam każda wydana złotówka jest oglądana przez tysiące wdzięcznych kibiców, a nie tak jak w naszej Bałtyckiej przez cztery i pół setki osób.
Tak więc pewnie jeszcze długo na Wybrzeżu będzie istniała opera tylko dzięki mądrości i dalekowzroczności radnych, którzy rozumieją, że nowy szpital i przedszkole nie zastąpią ulotnych wzruszeń tej garstki społecznej, która nas odwiedza. Wspiera nas czasami Ministerstwo Kultury umieszczając na swojej gigantycznej krajowej liście potrzebujących niektóre nasze projekty, oraz miasto Gdańsk, którego Prezydent ma świadomość jaki jest nasz adres i jakie dla miasta płyną z tego korzyści. Ale to naprawdę kropla w morzu. Jesteśmy instytucją samorządu wojewódzkiego i nie narzekamy na to. Chcemy tylko, żeby to było wszystkim wiadome bez żadnych złudzeń.
Verdi na Kaszubach
wtorek, 7 Luty 2012Pierwsze trzy lata poświęciliśmy na wprowadzenie do repertuaru tryptyku Mozarta, jako fundamentu teatru operowego. W tym sezonie pozostał z tego tylko „Czarodziejski Flet”, czyli realizacja najbardziej dopracowana muzycznie, śpiewana przez znakomitą obsadę i najciekawiej pokazana jako teatr współczesny. Ale zalet całego tryptyku nie sposób przecenić. Ukształtował się dzięki niemu stały zespół solistów współpracujących z nami kosztem zajęć w swoich macierzystych teatrach. Ustaliła się renoma artystyczna naszej sceny i przekonanie, że do nas warto przyjeżdżać śpiewać, bo tu każdy spektakl jest jak premiera. Ukształtowała się również dzięki Mozartowi nasza publiczność rozmiłowana w pięknej muzyce i wrażliwa na teatralną prawdę. Dzięki temu mogliśmy potem realizować dla niej Brittena,Straussa, Czajkowskiego i Sikorę. Ale przede wszystkim dzięki Mozartowi stało się możliwe zaprezentowanie oper króla Verdiego, który grany i wystawiany byle jak może łatwo stać się parodystą gatunku i straszyć każdego w miarę wrażliwego odbiorcę. Kiedy jednak gramy go mając w pamięci Mozarta, Brittena i Straussa, a wystawiamy wierni teatrowi współczesnemu, dzieła Verdiego, jak nikogo innego, potrafią nas wzruszyć i wstrząsnąć naszymi sumieniami dzięki jego osobistej prawości i ufności w wielkość człowieka, a przede wszystkim dzięki muzyce, która jest samą esencją operowego gatunku. Nasz tryptyk jego dzieł cieszy się niezmienną popularnością. Staramy się zapraszać do wykonania jego oper najlepszych dyrygentów i solistów, na jakich nas stać. Niedawno prowadził „Traviatę” wspaniały maestro Guidarini, a dzisiaj po raz kolejny staje przy pulpicie z partyturą „Makbeta” jeden z asów polskiej dyrygentury Tadeusz Wojciechowski. Na dwóch poprzednich spektaklach można było zaobserwować wielkie skupienie widowni i napięcie, by nie uronić żadnego dźwięku. „Nie klaszczą po ariach” dziwił się jeden z gwiazdorów. „ To nieufna i powściągliwa publiczność. Ale wyżej cenią teatr i ciągłość jego dramaturgii, niż idiotyczny snobizm wielkich sal operowych, gdzie preferuje się wokalnych cyrkowców zamiast aktorów – uspokoiłem go w przerwie – nagrodzą ci to przy końcowych ukłonach” I tak się stało. „Piękna jest Szwajcaria Kaszubska i piękny jest Kaszubski Verdi” powiedział szczęśliwy gwiazdor po spektaklu, a dla mnie był to jeden z najwspanialszych komplementów dla naszej Opery Bałtyckiej, bo przecież mimo, że jest biednym teatrem operowym nad zimnymi, północnymi wodami, to dumę i serce ma tak gorące, że Verdi grany tutaj odzyskuje swoją królewską godność.
Bałtycka w blokach
niedziela, 5 Luty 2012Moja walka z żałosnym teatrem repertuarowym, gdzie każdego dnia gra się inny tytuł bez należnych prób, przygotowań, byle jak, aby się odbyło, przynosi miłe dla ucha i oka rezultaty. Granie blokami po kilka spektakli z odpowiednią wcześniej ilością prób, z przygotowaniami technicznymi, z jedną obsadą umówioną na wiele miesięcy wcześniej z najlepszymi do każdej roli solistami sprawia, że poziom artystyczny naszych spektakli jest stabilny i nie odbiega od premiery, a niekiedy wznosi się wyżej, bo każdy następny blok staramy się oczyszczać z wcześniejszych błędów. Nasza wdzięczna za taki stan rzeczy publiczność zaakceptowała nie tylko ten system, ale i utrudnienie, które polega na wcześniejszej rezerwacji biletów, jeśli się chce jakiś konkretny tytuł wysłuchać i zobaczyć. Dzięki temu tylko w Bałtyckiej jest możliwy taki luksus artystyczny, że gramy zawsze cztery, pięć spektakli pod rząd przy zadowalającej frekwencji, mimo, ze często są to tytuły z ambitnego, nie zawsze popularnego repertuaru. W innych miastach już na drugim spektaklu z rzędu grożą puchy. Kierownicy biur widowni bronią się tam jak mogą przed marzeniami dyektorów artystycznych. Moje apodyktyczne rządy zdławiły opozycję sprzedawców biletów i okazało się, że można grać seriami i ten mit, że tylko garstka lokalnych melomanów chodzi w każdej metropolii do opery okazał się mocno przesadzony. Nie gramy operetek i porannych chałtur dla dzieci, co spora część widowni ma nam za złe nie zdając sobie sprawy, że to jedna z gwarancji jakości naszej sztuki. Bierzemy się za tytuły, które w krzewicielach kultury wywołują zwykle jęk „a kto na to pójdzie?” Bo większość myśli, że inni są głupsi, mniej wrażliwi, mniej wyrobieni i zasługują wyłącznie na rozrywkową papkę. Upieram się, że takich jak ja jest mnóstwo i jeśli coś podoba się mnie i mnie wzrusza, to z pewnością nie jestem w tym odosobniony. Oczywiście, że nie mam szans zadowolić w Bałtyckiej wszystkich. Ale przecież nigdzie nie da się zadowolić wszystkich. Nie ma zresztą takiej potrzeby. Podaż kultury na Wybrzeżu kwitnie. Jest mnóstwo różnorodnych ofert. Ważne, żeby większość z nich była jak najlepszej jakości. W operze jedną z jej gwarancji są bloki. Ich sens zależy od zaufania widza, że warto kupić bilet z dużym wyprzedzeniem. I tak koło wzajemnych relacji się zamyka. W ich łańcuchu niebagatelnym ogniwem jest stabilny budżet, który pozwala planować również z dużym wyprzedzeniem. Po czterech latach budowania nowego wizerunku Bałtyckiej już tylko ta troska niezmiennie spędza mi sen z oczu o czwartej nad ranem.
Szacunek dla klienta
środa, 1 Luty 2012Fundamentem komunizmu i jego pochodnych była między innymi pogarda dla jednostki, dla samotnego obywatela stającego wobec potęgi państwa, partii, czy jakiejś instytucji szczycącej się hasłami służby dla ludzkości. Jednostka była zerem, więc jej sprawy i racje nie mogły stanowić żadnego argumentu wobec zadań ogólnych. Liberalizm i wolny rynek opierają się na własności prywatnej, czyli dobro jednostki musi być podstawą wszelkiego działania wielkich struktur społecznych. Różnica prosta i oczywista. A jednak nie odczuwamy jej aż tak bardzo w naszym codziennym życiu. Przecież każdą ideę musi potem realizować pojedyncza osoba, grupa, czy skomplikowana organizacja. Wielkie firmy i korporacje wchodząc na rynek z reguły myślą o konkretnym odbiorcy i wykazują się dbałością o jego opinię. Każdy zadowolony odbiorca generuje innych odbiorców i tak ich ilość rośnie lawinowo aż do krytycznego momentu, w którym firma przynosi zyski bez względu na jakość swoich produktów. Wtedy część firm przestaje o tę jakość dbać i zajmuje się produkcją masową, czyli nikczemnie tandetną. Prędzej czy później dosięga je sprawiedliwy los i upadek, bo klient jest cierpliwy, ale do czasu. Mniejsza część firm zachowuje swój etos, jak na przykład pewien skandynawski koncern meblowy, i dba o odbiorców indywidualnych tak samo starannie, jak na początku działalności. Nasza wdzięczność sprawia wtedy, że właściciel takiej firmy staje na czele najbogatszych ludzi świata. Wszystkie te oczywiste prawdy obowiązują również teatry, a w tym Operę Bałtycką. Ze wszystkich sił staramy się w niej szanować klienta nie tylko w deklaracjach. Oznacza to codzienną walkę z pokusą kompromisu. Zawsze przecież można coś wykonać mniej starannie, łatwiej i taniej. Można zagrać byle co i byle jak bez większego ryzyka, że na ukłonach będzie cisza, albo buczenie. Nasza kochana publiczność jest bardzo łaskawa i pokorna. Wmówiono jej, że się nie zna i że sztuka ją przerasta. A przecież nawet niewyrobiony widz czuje wciskanie kitu. Przeważnie zdaje sobie sprawę, kiedy ma do czynienia z kompromisem jakościowym. Bezkompromisowość artystyczna nie jest tylko fanaberią wąskiego grona maniaków, ale fundamentem rzetelnego porozumienia świata sztuki z jej odbiorcą. Bez niej wkraczamy na drogę oszustwa, z której nie ma odwrotu. To droga pogardy dla widza, pogardy dla pojedynczych klientów kupujących bilety w przekonaniu, że kupują sobie przepustkę do wzruszeń i ulgi, jaką daje oczyszczenie sumienia. To pogarda, jaką od pewnego czasu odczuwamy podróżując po Polsce koleją, załatwiając żywotne sprawy w ZUS-ie, czy oglądając publiczną telewizję. Zdarza mi się odczuć taką pogardę w niektórych teatrach. Wychodzę wtedy bez wahania nie czekając na przerwę. Mogę sobie na to pozwolić, bo z racji zawodu przeważnie korzystam z zaproszeń. Co jednak ma zrobić klient, który zapłacił za bilet? Nie kupi drugi raz? Nie pójdzie więcej do tego teatru? A może nie pójdzie już do żadnego, tylko wybierze kino? I tak gardząc klientem podcinamy gałąź na której siedzimy w przekonaniu, że nic nas nie ruszy, bo nikt nas nie zastąpi. My, artyści - święte krowy społeczeństwa uważamy, że pogarda dla niewtajemniczonych prostaczków usprawiedliwia naszą indolencję i brak talentu. A sprawa ma się odwrotnie. Będziemy świętymi i czczonymi krowami pod warunkiem, że nie damy sobie żadnej taryfy ulgowej i będziemy traktować naszych klientów z najwyższym szacunkiem.


Zaszufladkowany do