Archiwum z Lipiec 2010

Zdumiewające

wtorek, 20 Lipiec 2010

Jako uzupełnienie w sprawie Polańskiego proponuję refleksję nad wiadomością o obozach szkoleniowych dla młodzieży organizowanych przez geje i lesbijki. Okazuje się, że w wielu miejscach naszego pięknego kraju powstały takie obozy letnie, gdzie wypoczywa młodzież nastoletnia niepewna swej orientacji seksualnej. Podobno wymagana jest na taki pobyt zgoda rodziców. Widzę oczami duszy te gromady światłych mam i ojców, które gwarantują swoim pozwoleniem swobodę indoktrynacji seksualnych na takich obozach. Jako uczestnik wielu bardzo różnych obozów w bardzo dawnych czasach wiem, że lato pod gwiezdnym niebem jest właśnie okresem różnych indoktrynacji, inicjacji, przygód, radości i tragedii, ale pierwszy raz słyszę, że takie zgrupowania wakacyjne mają oficjalnie i fachowo służyć problematyce genitalnej. Przy całym wysiłku z mojej strony i zapewne ze strony większości rozsądnych ludzi, żeby dorównać kroku wszechwładnie nam panującej liberalizacji obyczajów i tolerancji wobec każdego odlotowego widzimisię, są chwilę, kiedy pasuję i przysiadłszy na marginesie postępowej ludzkości patrzę w osłupieniu na eskalację szaleństwa. Jak to? To starego reżysera aresztują za indoktrynowanie w wannie 30 lat temu pewnej nastolatki, która wielce prawdopodobnie miała na to szkolenie zgodę mamy, a jednocześnie przeprowadza się publicznie pod słońcem demokracji wywiady ze szkoleniowcami, którzy tu i teraz nakłaniają młodocianych, by przestali się ślamazarnie wahać co do swoich preferencji? Z tymi, co namawiają zielonych hormonalnie małolatów, by w poczuciu przynależności do europejskich elit zdecydowali się na postępowe uprawianie homoseksu wyzbytego z zabobonu, że kopulacja służy w swej fundamentalnej warstwie staroświeckiemu rozmnażaniu? Skoro tak, to przychodzi mi do głowy myśl, że może ktoś pragnący nadążyć za radosną paradą wolności zorganizuje w przyszłym roku obóz, a może nawet kilka, dla nastolatek, które za zgodą rodziców, rzecz jasna, będą przygotowywane do podjęcia decyzji o spółkowaniu jednak z płcią męską. Znajdzie się tam dla nich tak wiele wspaniałych argumentów za przyjęciem takiego rozwiązania, że organizatorzy mogliby z czasem dostać jakiś order za przysporzenie Ojczyźnie wielu nowych obywateli, których według statystyk zaczyna drastycznie brakować. Bądźcie czujne małolaty! Castingi wojewódzkie ogłoszą lada dzień!

Fenomen Polańskiego

wtorek, 13 Lipiec 2010

Opera Bałtycka odpoczywa. Ma przerwę urlopową. Jest chwila czasu na jakiś wakacyjny temat. Ale uprzedzam, że to nie będzie o Bałtyku i wylegiwaniu się na plaży. Zbyt jestem rozgoryczony tendencją przekształcania plaż Trójmiasta, a więc skarbu narodowego klasy Mariackiego kościoła, w jarmark zapchany budami z piwem, rzeźbami z piachu, namiotami dla chałturzących muzykantów i wszelkimi innymi uciechami dla gawiedzi, która nudzi się chwilą ciszy i okazją do autorefleksji. Wrzaskliwe imprezy, stosy puszek, butelek i postępujące z roku na rok ograniczanie powierzchni plaż zdatnych do rozłożenia prywatnego kocyka – wszystko to powoduje, że mieszkając o krok od jednego z najpiękniejszych w Europie brzegów morza unikam jego przygnębiającego widoku. Najgorsze w tym jest poczucie, że większość uzna mnie za dziwaka, który nie umie włączyć się do wspólnej zabawy. Zdecydowanie nie po drodze mi z większością. Nie podzielam też uczuć czcicieli futbolu i ubolewam, że telewizja w pogoni za oglądalnością wciska gdzie się da informacje o tym, co przydarza się piłkarzom, co powiedzieli, za ile się sprzedali do kolejnego klubu, z kim się rozwiedli i w jakim lokalu zabawiali się po strzeleniu gola. Ostatnio osłupiałem, gdy w moim ulubionym programie Monika Olejnik i jej szanowany powszechnie rozmówca zostali pomniejszeni do podrzędnego okienka, a w większym puszczono równolegle przejazd na żywo drużyny Hiszpanów przez ulice Madrytu wypełnione fanatycznym tłumem. Ważniejszy od znakomitej dziennikarki i fascynującej rozmowy o istotnych dla Polski sprawach okazał się jakiś kibic, który aktualnie siedział w reżyserce emitującej program na antenę. I znów większość mnie potępi, ale spróbuję się tym nie martwić.

Tego samego wakacyjnego dnia wiadomości krążyły wokół osoby mojego ukochanego reżysera i jednego z największych żyjących polskich artystów, jakim jest Roman Polański. Szwajcarzy postanowili, że jednak go nie wydadzą amerykańskiej nagonce, jaka została zmontowana w trakcie realizacji jego ostatniego filmu. Uznali, że nie ma sensu ściganie go w imię krzywdy kobiety, która już dawno mu wybaczyła i zapewne żałuje, że jej opiekunowie żądni odszkodowań pozbawili ją szansy kolegowania się z Romanem teraz, kiedy nie jest już taki groźny. Pedofil! – wrzasną na mnie oburzeni legaliści. Część z nich przymilała się wiele lat Polańskiemu i fotografowała się z nim z okazji jego przyjazdów do kraju. Wydawało mi się, że przez te lata opinia społeczna poszła za głosem poszkodowanej i uznała przedawnienie. Nikt nie rzucał się na Romana, by go skrępować i odprowadzić do amerykańskiego konsulatu. Podziwialiśmy go za wielkie filmy i daliśmy mu wcielić się w Papkina, co przecież wymagało licznych dni zdjęciowych w Polsce. Ostatni raz widziałem go w Sopocie gdy przyjechał z Faye Dunaway celebrować odsłonięcie pomnika „dwóch ludzi z szafą”. Szedłem obok niego otoczonego luminarzami polskiej kultury w kierunku sopockiego mola i przypominałem sobie jak poznałem go jako Mozarta grającego z Łomnickim w genialnej sztuce Shaffera. Był Mozartem światowego kina równie niesfornym i łamiącym kanony. Był piewcą wolności jak mało który artysta. Aresztowanie go na stare lata i groźba, że resztę życia spędzi w więzieniu wywoływała protesty na całym świecie. Nie miały one nic wspólnego z pochwałą pedofilii. Wywołane były poczuciem absurdu, jaki stał się jego udziałem. Ale jednocześnie to aresztowanie wyzwoliło nagle agresję i nienawiść do Romka drażniącego ludzi swoim libertynizmem, którego nie mogły wymazać ostatnie lata jego życia w charakterze przyzwoitego małżonka i ojca rodziny. Odezwały się liczne głosy potępienia i oburzenia również tych, którzy w sprawach nieporównywalnie cięższych przewinień ludzi ze świeczników wobec nieletnich trzymali języki za zębami. Słuchałem dzisiaj znawców rozprawiających po różnych kanałach na ten temat. Nikt, nawet Tomek Raczek, nie powiedział o co tak naprawdę chodziło z tym aresztowaniem. A przecież wystarczy uważnie obejrzeć ostatni, genialny film Polańskiego „Autor – widmo”, żeby dojść do wniosku, że istnieją w naszym świecie potężni wrogowie ukończenia tego filmu i dopuszczenia go na ekrany i że ich gorącym pragnieniem jest, by nasz mały staruszek Mozart, co ich tak bezwzględnie zdemaskował, zdechł za karę jak pies. Większość się ze mną nie zgodzi i może nawet wyśmieje, ale i tak jestem z większością na bakier w tylu sprawach, że się tym nie martwię.