Od Adama i Ewy trwa w kulturze spór o nagość. Stosunek moralistów i reszty społeczeństwa do nagiego ciała jest w zależności od epoki to mniej, to bardziej liberalny. Wydawać by się mogło, że dzisiaj to spór przebrzmiały i archaiczny, a jednak… Wokół naszej Opery Bałtyckiej rozgorzał w mikroskali na nowo, wraz z innymi gorącymi tematami. Od ataku na nasze plakaty (wszystkie są w jakimś sensie mojego autorstwa) eksponujące ciało ludzkie, jako „znak nad znaki” po wybrane sceny z naszych spektakli, gdzie nie przestrzegamy reguły, że teatr operowy powinien być bardziej nobliwy, bardziej staroświecki w obyczajności swojej i bardziej przez to odziany. Nie przestrzegamy dlatego, bo wierzymy uporczywie, że teatr operowy jest takim samym teatrem, jak każdy inny, tylko bogatszy o obecność wspaniałej muzyki. Opowiada o naszych sprawach, a nie o sprawach naszych pradziadków i naszym współczesnym językiem o nich musi mówić. A nasze sprawy uległy wielkim zmianom w stosunku do tego, co wiedzieli o sobie kompozytorzy większości granych przez nas arcydzieł. Muzyka nie starzeje się tak bardzo, jak obyczaje, mody, konwenanse. Świat teatralny Mozarta, Verdiego i Wagnera dzisiaj jest muzealnym zabytkiem podczas kiedy ich muzyka jest wciąż żywa i wzruszająca. Prawię truizmy, ale powtarzam je dla tych, którzy wciąż dopatrują się w nowoczesnym teatrze operowym jakiejś obrazy dobrych manier i moralności z dawnych lat. Proszę sobie wyobrazić jak zareagowałby kiedyś świat na romans Prezydenta ze stażystką i informacje o poplamionej sukni przechowywanej przez jej mamę po zabawach z cygarem. Czy Taki prezydent mógłby dalej kierować Stanami Zjednoczonymi i połową świata? Czy gdyby w prasie sto lat temu ukazały się zdjęcia kanclerza Niemiec z podwiniętą przez wiatr spódnicą ukazującą gacie, mógłby taki kanclerz rządzić dłużej niż chwilę? A pierwsza dama Francji i jej naga sesja? A sesja naszej pierwszej damy sprzed lat w sportowym dresie i intrygującym rozkroku? Mówię tylko o zmianach na samym szczycie. A na samym dole miliony dzieci tkwiących przed ekranami komputerów w portalach internetowych, gdzie oglądają sceny pornograficzne, o jakich nie śniło się ich rodzicom? A filmy w poczciwej telewizji publicznej, gdzie przynajmniej raz dziennie obejrzeć można jakąś gwiazdkę kopulującą w mniej lub bardziej widoczny sposób? Nie mówię już o teatrze, gdzie bez nagości trudno mówić o sukcesie. Czy nagie piersi na kilometrach naszych plaż i sznurek w tyłku zamiast majtek to widoki, przed którymi dramatycznie chronimy nasze pociechy? To wszystko stało się chlebem powszednim. I chwała Bogu, że z powodu odsłoniętego ciała nie biją w nas pioruny, bo wielkim idiotyzmem przy naszej współczesnej wiedzy o człowieku byłoby chyba upieranie się, że nagość jest grzeszna i występna. Dość mamy prawdziwych grzechów i zła na świecie, by goły tyłek piętnować i ścigać jakby był tego zła ostoją.
Dwa lata temu po premierze Rigoletta dostałem list od zbulwersowanej nauczycielki, że demoralizuję młodzież. Dwie striptizerki w pierwszej scenie wywoływały większe oburzenie, niż wszyscy pedofile razem wzięci. Myślałem, że ten grajdoł czas zasypie i powoli dojrzejemy jako społeczeństwo do pasjonowania się prawdziwymi problemami. Ale gdzie tam! Przy każdym wznowieniu Rigoletta sprawa wraca jak bumerang. Na nic wyroki sądów w sprawach o obrazę moralności przez artystów, że obrazy nie ma. Na nic filmy, wystawy, powieści i spektakle. Wciąż kołtun nasz widzi zło w widocznym znaku ludzkiego obnażonego ciała, a nie widzi zła w podłych czynach, które to ciało sprawia bez względu na to, czy obnażone jest, czy zapięte pod szyję. „Rigoletto” nie jest apoteozą rozpusty, której wycinek pokazuje. Wręcz odwrotnie. Co pewien czas dociera do mnie jakiś urażony głos, że epatuję erotyką w moich spektaklach. A przecież, jak mówi mój kolega reżyser „opera jest sexy i trendy”. W kółko śpiewamy w niej o miłości, namiętnościach, zdradach i diabelskich pokusach. „Czarodziejski Flet” nie jest bajką o muzykowaniu na tym instrumencie tylko o komplikacjach związków erotycznych. Kto nie chce tego tam odczytać – nie musi. Ale to tam jest. A ja w moich spektaklach realizuję właśnie to, co jest w dziele operowym. I nie myślę o wychowywaniu młodzieży w cnocie i powściągliwości, bo opera nie należy do resortu edukacji, tylko kultury i sztuki. Myślę więc o wychowaniu młodzieży w prawdzie.


Ten wpis został opublikowany piątek, 11 Czerwiec 2010 o 20:36 i jest zaszufladkowany do kategorii
esppb…
gizusbctk kelue cxtlffl oxds gevhxondwjichtp…
… [Trackback] …
[...] Informations on that Topic: operabaltycka.pl/blog/2010/06/11/golasy/ [...] …
Sądzę, że podstawową kwestią jest to jak rozumiemy rolę teatru: jeśli ma on być wiernym odbiciem rzeczywistości to jak najbardziej, niech się tam pojawia golizny ile wlezie. Z drugiej strony jest wielu takich odbiorców, którzy w operze chcieliby się nieco “odchamić”, a nie być zmuszonym do oglądania nierzadko obscenicznych scen, których dosyć mamy w codziennym życiu. Dodam jeszcze, że nagość można różnie przedstawić, nawet scena gwałtu może być zrobiona ze smakiem (i szczerze mówiąc wolę tę z “Gwałtu na Lukrecji” od zbiorowej sceny z “Ariadny”).
Szanowny Panie Dyrektorze!
Niezupełnie na temat, ale chciałam się pożalić całemu światu: Pan Dyrektor Weiss zrobił mi krzywdę! I jestem mu za to wdzięczna! Zabrzmiało dwuznacznie? Nie, nie miałam jak dotąd zaszczytu poznać Pana Dyrektora osobiście. W temacie nagości i tego, że opera jest sexy wolę to napisać jednoznacznie! A na czym polega ta krzywda? Już wyjaśniam:
Operą interesuję się od 12 -go roku życia, na spektakle do Opery Bałtyckiej zaczęłam chodzić w miarę regularnie od 1976r.; przez te 34 lata była jedna produkcja operowa, której nie udało mi się zobaczyć. Oczywiście, gdy byłam dzieckiem, absolutnie wszystko mi się podobało! Zresztą, były to lata, gdy gwiazdą była Stefania Toczyska, a Florian Skulski był chyba w swojej najlepszej formie, nie mam powodu, by wstydzić się swoich ówczesnych zachwytów i sympatii. Z racji liczby obejrzanych spektakli i ich stylu, niewątpliwie byłam przyzwyczajona do bardzo tradycyjnych inscenizacji, wydawało mi się, że właśnie tak musi być – choć nigdy nie uważałam, że nie można inaczej! W ciągu ostatnich dwóch lat również udało mi się zobaczyć wszyskie wystawione spektakle operowe (z baletami nie nadążyłam, ale mam nadzieję, że w przyszłym sezonie się uda). Nie będę twierdzić, że wszystko, co widziałam, bardzo mi się podobało – wiem, że niektóre z tych spektakli będę chciała zobaczyć jeszcze raz, bo być może nie odebrałam z nich wszystkiego, co było do odebrania. Jeszcze raz – nie wszystko mi się podobało, ale jedno jest pewne: nie nudziłam się ani przez chwilę!!! I tu się właśnie zaczyna moja krzywda: ostatnio miałam możliwości obejrzenia kilku spektakli operowych w telewizji i przez chwilę nie mogłam się połapać co się dzieje: na przykład, oglądam Turandot, jedną z moich ulubionych oper, wystawionej bogato i kolorowo w scenerii Zakazanego Miasta w Pekinie. Śpiewana też była przyzwoicie, nawet bardzo, a ja złapałam się na tym, że oglądałam z coraz mniejszym zainteresowaniem, by w końcu w chwili, gdy soliści śpiewający miłosny duet finałow stali w sporej odległości od siebie stwierdzić, że to jest po prostu nudne! To samo stwierdziłam oglądając ostatnio Simona Boccanegrę z La Scali – owszem, niektóre kostiumy były bardzo efektowne i wyglądały bogato (pomijam szczegół, że Placido Domingo w roli barytonowej, to jak dla mnie, nieporozumienie). Dobrze wiem, że jeszcze jakieś trzy lata temu te i inne spektakle, pokazywane w telewizji, naprawdę by mi się podobały, a teraz wydały mi się nudne! Śpiewane były dobrze, ale nagle stwierdziłam, że to nie wystarczy. Panie Dyrektorze, to wszystko przez Pana!
Jeszcze słówko w temacie artykułu odnośnie nagości: pierwszą nagą dziewczynę za “moich” czasów w Operze Bałtyckiej pokazano w 1976r. w Fauscie, gdzie pod koniec baletowej nocy Walpurgi na scenę wprowadzano dziewczynę w pelerynie, następnie pelerynę zdejmowano, okazywało sie, że dziewczyna jest naga. Zaznaczam, że dziewczyna znajdowała się z tyłu sceny, nie tak, jak te panienki w Rigoletto. Pamiętam, że w którejś z recenzji napisano wówczas mniej więcej tyle, że dziewczyna jest ładna, ale pokazanie jej nagości niczego do sceny nie wnosi. Jeśli dobrze pamiętam spektakt sprzed tylu lat, to chyba naprawdę tak było. Tego nie można powiedzieć o Rigoletto – te rozebrane panienki naprawdę pasują do atmosfery dworu księcia, choć mogę powiedzieć, że akurat te, które ja widziałam, nie wydały mi się specjalnie ładne, raczej wręcz przeciwnie – ale jako kobieta zapewne się na tym nie znam. Zastanawiałam się tylko, czy obecność tych pań w pobliżu solisty śpiewającego swoją pierwszą arię stanowi dla niego motywację, czy też są to utrudnione warunki pracy. Zważywszy, że solista sobie z tym problemem radzi, mi jako słuchaczce jest dokładnie obojętne, ile nagich panienek przytuli śpiewając Questa e quella, ich obecność jest jak najbardziej zasadna w chwili, gdy on deklaruje, że jest mu wszystko jedno, czy ta, czy inna. Mam nadzieję, że w następnym sezonie będzie można jeszcze zobaczyć Rigoletta, bo mam nadzieję przyprowadzić do Opery kilkoro znajomych, którzy nigdy jeszcze spektaklu operowego nie widzieli. Namówiłam ich twierdząc, że jest to po prostu kawałek naprawdę dobrego i interesującego teatru, w którym przy okazji jeszcze zupełnie nieźle śpiewają. Spektakli, o których da się powiedzieć co najmniej tyle dobrego, życzę na przyszły sezon zarówno Operze Bałtyckiej, jak i sobie.