Archiwum z Czerwiec 2010

Opera Bałtycka w Warszawie

środa, 16 Czerwiec 2010

Występ w Warszawie nie jest jakimś wyczynem nadzwyczajnym. Prawie wszystko da się dzisiaj za odpowiednią cenę kupić. Każdy teatr chce pokazać swój spektakl w stolicy, bo tam są media, krytycy, fachowcy i moce opiniotwórcze. Jeśli się pragnie zaistnieć w skali ogólnokrajowej, to trzeba zaistnieć w Warszawie. A więc sęk w tym, żeby nie tylko tam wystąpić, ale też odnieść sukces, a tego już się kupić nie da. Można też przeliczyć się z siłami, porwać się na Warszawę i ponieść tam klęskę. Wtedy biada, bo klęska roznosi się większym echem niż sukces. Byliśmy świadomi tego ryzyka i długo przygotowywaliśmy się, by zaprezentować nową Operę Bałtycką w jak najlepszym świetle. Okazją do tego stał się jubileusz 60lecia naszej instytucji i przekonanie, że mamy w repertuarze kilka spektakli na najwyższym krajowym poziomie, których nie powstydziłaby się i Opera Narodowa. Ponieważ jej scena jest zbyt duża, jak na wymiary naszych produkcji, zaproponowaliśmy Ministrowi Kultury i Sztuki Panu Bogdanowi Zdrojewskiemu, który objął patronat nad obchodami naszego jubileuszu, że pokażemy nasze dwa najlepsze spektakle w Teatrze Narodowym. Ponieważ dyrektor Englert, jak i większość środowiska warszawskiego od pewnego czasu z zaciekawieniem i życzliwością śledził nasze poczynania w Gdańsku, Teatr Narodowy przyjął nas nie na zasadach komercyjnych, jak to się przeważnie odbywa z okazji gościnnych występów, lecz na zasadzie przyjacielskiej wizyty, która nie zrujnowała naszego skromnego budżetu. Wielkie należą się za to dyrekcji Narodowego podziękowania. Tym bardziej czuliśmy się zobowiązani do tego, by wypaść zgodnie ze skalą zaufania, jakie nam okazano.

Pierwszego dnia pokazaliśmy obsypany nagrodami balet Izadory Weiss „Romeo i Julia”. Ta współczesna wersja szekspirowskiego mitu przeniesionego przez choreografkę w dzisiejsze warunki okupowanego Iraku stała się już kultowym spektaklem naszego Bałtyckiego Teatru Tańca, w którego formułę przekształcił się dawny zespół baletowy opery.  Trzydziestomiesięczny okres ciężkiej pracy naszych tancerzy zaowocował powstaniem znakomitego zespołu tańca współczesnego wyspecjalizowanego w budowaniu pełnospektaklowych form teatralnych ze starannie dobieraną muzyką. BTT jest u progu wielkiej podróży po świecie i liczne zaproszenia, które do nas zaczynają napływać, wróżą, że ta ciężka praca nie pójdzie na marne. Warszawa była pierwszym miastem, gdzie pokazaliśmy dorobek tej nowej formacji artystycznej, z której, jak mamy nadzieję, już niebawem Gdańsk będzie mógł być dumny. Było dla nas bardzo ważne, jak nasi tancerze zostaną przyjęci przez inną niż entuzjastycznie nastawiona widownia Trójmiasta. Rezultat przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Wypełniona do ostatniego miejsca widownia Teatru Narodowego zgotowała spektaklowi stojącą owację, a nasza para głównych bohaterów Frania Kierc i Michał Łabuś razem z Izadorą Weiss byli witani na scenie powszechnym okrzykiem radości. Obecni na widowni Marszałek Województwa Pan Mieczysław Struk i Prezydent Gdańska Pan Paweł Adamowicz, którzy razem z Panem Ministrem Bogdanem Zdrojewskim patronowali całemu przedsięwzięciu dziękując zespołowi po spektaklu powiedzieli coś, co dostarczyło najwięcej radości mojemu dyrektorskiemu sercu, że dla takiego zespołu warto budować nową siedzibę i że czas rozpocząć poważne rozmowy o lokalizacji i projekcie Nowej Opery Bałtyckiej.

Następnego dnia zaprezentowaliśmy moją inscenizację dzieła Ryszarda Straussa „Ariadna na Naxos” pod dyrekcją Jose Marii Florencia przygotowaną dla festiwalu „Mezzo” w Seged i transmitowaną kilka miesięcy temu do wielu krajów  przez ten najważniejszy telewizyjny kanał muzyczny na świecie. Dzieło jest niezwykle skomplikowane w swojej warstwie muzycznej i strukturze narracji a trudności wykonawcze są powodem bardzo rzadkich prób jego realizacji scenicznych. Wielu wielbicieli opery wybierało się w Warszawie na nasz spektakl w przekonaniu, że porwaliśmy się z motyką na słońce. Obawialiśmy się tego krytycznego nastawienia, więc z wielką tremą witałem gości w drzwiach Narodowego ciesząc się z jednej strony, że większość znawców stawiła się na nasz występ, a z drugiej strony martwiąc się, czy moi artyści sprostają temu wyzwaniu. I znów przeżyliśmy zaskoczenie, że jakość naszej pracy spotkała się z takim entuzjazmem. Znakomici soliści z Katarzyną Hołysz, Olą Buczek i Arianą Chris na czele, nasza wspaniała orkiestra i maestro Florencio zebrali zasłużone owacje i długie, serdeczne gratulacje po spektaklu, wśród których najcenniejsze były słowa Marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, mówiącego o tym, że przynosimy jego rodzinnemu miastu chlubę, oraz czołowego krytyka berlińskiego Clauspetera Koscielnego wychwalającego imponującą klasę artystyczna naszego teatru. Byłem szczęśliwy, że 60 lat Opery Bałtyckiej, zostało zwieńczone takim pięknym akordem, jaki zwykle wieńczy wielkie dzieła muzyczne.

Golasy

piątek, 11 Czerwiec 2010

Od Adama i Ewy trwa w kulturze spór o nagość. Stosunek moralistów i reszty społeczeństwa do nagiego ciała jest w zależności od epoki to mniej, to bardziej liberalny. Wydawać by się mogło, że dzisiaj to spór przebrzmiały i archaiczny, a jednak… Wokół naszej Opery Bałtyckiej rozgorzał w mikroskali na nowo, wraz z innymi gorącymi tematami. Od ataku na nasze plakaty (wszystkie są w jakimś sensie mojego autorstwa) eksponujące ciało ludzkie, jako „znak nad znaki” po wybrane sceny z naszych spektakli, gdzie nie przestrzegamy reguły, że teatr operowy powinien być bardziej nobliwy, bardziej staroświecki w obyczajności swojej i bardziej przez to odziany. Nie przestrzegamy dlatego, bo wierzymy uporczywie, że teatr operowy jest takim samym teatrem, jak każdy inny, tylko bogatszy o obecność wspaniałej muzyki. Opowiada o naszych sprawach, a nie o sprawach naszych pradziadków i naszym współczesnym językiem o nich musi mówić. A nasze sprawy uległy wielkim zmianom w stosunku do tego, co wiedzieli o sobie kompozytorzy większości granych przez nas arcydzieł. Muzyka nie starzeje się tak bardzo, jak obyczaje, mody, konwenanse. Świat teatralny Mozarta, Verdiego i Wagnera dzisiaj jest muzealnym zabytkiem podczas kiedy ich muzyka jest wciąż żywa i wzruszająca. Prawię truizmy, ale powtarzam je dla tych, którzy wciąż dopatrują się w nowoczesnym teatrze operowym jakiejś obrazy dobrych manier i moralności z dawnych lat. Proszę sobie wyobrazić jak zareagowałby kiedyś świat na romans Prezydenta ze stażystką i informacje o poplamionej sukni przechowywanej przez jej mamę po zabawach z cygarem. Czy Taki prezydent mógłby dalej kierować Stanami Zjednoczonymi i połową świata? Czy gdyby w prasie sto lat temu ukazały się zdjęcia kanclerza Niemiec z podwiniętą przez wiatr spódnicą ukazującą gacie, mógłby taki kanclerz rządzić dłużej niż chwilę? A pierwsza dama Francji i jej naga sesja? A sesja naszej pierwszej damy sprzed lat w sportowym dresie i intrygującym rozkroku?  Mówię tylko o zmianach na samym szczycie. A na samym dole miliony dzieci tkwiących przed ekranami komputerów w portalach internetowych, gdzie oglądają sceny pornograficzne, o jakich nie śniło się ich rodzicom? A filmy w poczciwej telewizji publicznej, gdzie przynajmniej raz dziennie obejrzeć można jakąś gwiazdkę kopulującą w mniej lub bardziej widoczny sposób? Nie mówię już o teatrze, gdzie bez nagości trudno mówić o sukcesie. Czy nagie piersi na kilometrach naszych plaż i sznurek w tyłku zamiast majtek to widoki, przed którymi dramatycznie chronimy nasze pociechy? To wszystko stało się chlebem powszednim. I chwała Bogu, że z powodu odsłoniętego ciała nie biją w nas pioruny, bo wielkim idiotyzmem przy naszej współczesnej wiedzy o człowieku byłoby chyba upieranie się, że nagość jest grzeszna i występna. Dość mamy prawdziwych grzechów i zła na świecie, by goły tyłek piętnować i ścigać jakby był tego zła ostoją.

Dwa lata temu po premierze Rigoletta dostałem list od zbulwersowanej nauczycielki, że demoralizuję młodzież. Dwie striptizerki w pierwszej scenie wywoływały większe oburzenie, niż wszyscy pedofile razem wzięci. Myślałem, że ten grajdoł czas zasypie i powoli dojrzejemy jako społeczeństwo do pasjonowania się prawdziwymi problemami. Ale gdzie tam! Przy każdym wznowieniu Rigoletta sprawa wraca jak bumerang. Na nic wyroki sądów w sprawach o obrazę moralności przez artystów, że obrazy nie ma. Na nic filmy, wystawy, powieści i spektakle. Wciąż kołtun nasz widzi zło w widocznym znaku ludzkiego obnażonego ciała, a nie widzi zła w podłych czynach, które to ciało sprawia bez względu na to, czy obnażone jest, czy zapięte pod szyję. „Rigoletto” nie jest apoteozą rozpusty, której wycinek pokazuje. Wręcz odwrotnie. Co pewien czas dociera do mnie jakiś urażony głos, że epatuję erotyką w moich spektaklach. A przecież, jak mówi mój kolega reżyser „opera jest sexy i trendy”. W kółko śpiewamy w niej o miłości, namiętnościach, zdradach i diabelskich pokusach. „Czarodziejski Flet” nie jest bajką o muzykowaniu na tym instrumencie tylko o komplikacjach związków erotycznych. Kto nie chce tego tam odczytać – nie musi. Ale to tam jest. A ja w moich spektaklach realizuję właśnie to, co jest w dziele operowym. I nie myślę o wychowywaniu młodzieży w cnocie i powściągliwości, bo opera nie należy do resortu edukacji, tylko kultury i sztuki. Myślę więc o wychowaniu młodzieży w prawdzie.

Pomorska Nagroda Artystyczna

czwartek, 3 Czerwiec 2010

Moja wdzięczność wobec losu, o której pisałem, spotkała się z jego łaskawą reakcją w formie deszczu nagród dla Opery Bałtyckiej na zakończenie sezonu. Frania Kierc dostała nagrodę teatralną Prezydenta Gdańska za rolę Julii w balecie „Romeo i Julia” Izadory Weiss, która otrzymała również nagrodę Pana Prezydenta za choreografię do tego spektaklu. Moja i Florencja „Ariadna na Naxos” została uznana przez Gdańsk za najlepszy spektakl roku 2009. Na konkursie im. Moniuszki w Operze Narodowej pierwsze miejsce zdobyła Eliza Kruszczyńska, która debiutowała właśnie u nas w „Czarodziejskim Flecie”, a drugie miejsce Adam Palka, który debiutował także w Operze Bałtyckiej, a obecnie jest jednym z naszych czołowych solistów. Nagrodę im. Jana Kiepury dla najlepszego śpiewaka w Polsce zdobył Mikołaj Zalasiński – główny baryton i filar artystyczny naszego zespołu, a Frania Kierc – nasza niekwestionowana wreszcie gwiazda – nagrodę tegoż Kiepury dla najlepszej tancerki. Zwieńczeniem tej puli stała się Pomorska Nagroda Artystyczna Pana Marszałka Województwa dla Marka Weissa i Izadory Weiss za stworzenie nowego wizerunku Opery Bałtyckiej oraz za nowoczesne realizacje spektakli operowych i baletowych. Ta ostatnia nagroda sprawiła mi najwięcej radości z tego oczywistego powodu, że jest na Wybrzeżu ogromnie prestiżowym dowodem powszechnego uznania, bo decyduje o jej przyznaniu ponad stuosobowa kapituła wybrana spośród najznakomitszych obywateli Trójmiasta. Znaczy to, że po pierwsze jest ono otwarte dla przybyszów z zewnątrz, a nie jak wieść gminna niesie – niechętne obcym. Po drugie, że jednak nie jest prawdą, że ludzie pragną jedynie lekkiej, łatwej i przyjemnej tandety dla rozerwania się po pracy, skoro zaakceptowali nasz ambitny i niełatwy w odbiorze repertuar oczyszczony ze szmiry, podlizywania się gustom powszechnym i z konwencjonalnych gatunków obraźliwych dla ludzi myślących i wrażliwych. Po trzecie, że maglowanie mnie zarzutem lansowania żony i nepotyzmu ustąpiło przed zrozumieniem, że pracujemy z Izadorą od lat nad wspólna wizją teatru, tak jak liczne  pary wspanialszych od nas artystów, których nazwiska wpisały się w historię polskiego teatru. Stało się tak mimo tej natrętnej podejrzliwości, że skoro mąż pracuje z żoną, to powodem musi być jakaś podła motywacja, a nie wspólna pasja artystyczna, której małżeństwo jakże często bywa pięknym zwieńczeniem. Nie doznają takiego maglowania konkubinaty, ani tym bardziej związki homoseksualne. Nie przeszkadza lansowanie swego ukochanego, czy swojej ukochanej pod warunkiem, że taka para nie połączy się legalnie i nie stworzy rodziny. Dziwne to, ale prawdziwe. Staraliśmy się nie zwracać na to z Izadorą uwagi i robić swoje z wiarą, że przekonamy naszą publiczność swoimi spektaklami. Dzisiaj mamy prawo sądzić, że ogromna część naszej widowni uwierzyła, że wspólna praca państwa Weissów ma na Wybrzeżu sens. I te kilka lat spędzonych tutaj przyniesie w efekcie dorobek, którego Opera Bałtycka nie będzie się musiała wstydzić. Czujemy, że coraz lepiej są rozumiane nasze wspólne ideały i zdecydowana postawa w sprawie wartości. Dzieje się tak i wewnątrz teatru, gdzie związani z nami ludzie widzą nas na co dzień przy pracy i na zewnątrz, gdzie zarówno aplauz widowni jak i dyskusje prasowe, internetowe, środowiskowe podchwytują myśli, które staramy się przekazać. Oczywiście, że zawsze będzie część niezadowolonych i niechętnych, ale czy jest ktoś, kto potrafi zadowolić wszystkich? Nawet jasne słońce nie ma stuprocentowego poparcia. Taki jest nasz ludzki świat, gdzie każdy bez przymusu kocha kogo chce i kogo chce nienawidzi.