Opera Bałtycka jest w całości finansowana przez samorząd województwa Pomorskiego. Trąbimy o tym przy każdej okazji nie tylko z gorliwością wdzięcznych artystów, ale też z powagą świadomości jak wygląda struktura systemu kultury w naszym kraju. Demokracja i wolny rynek, które są naszą zdobyczą i umiłowaną rzeczywistością nie mogą nam przesłonić tej prostej i niezmiennej prawdy, że kosztowne instytucje artystyczne nie utrzymają się same i tak jak szkolnictwo, powszechna służba zdrowia, wojsko i policja oraz mnóstwo innych „organów” niezbędnych dla życia narodu dysponującego własnym państwem, muszą być utrzymywane z naszych podatków, sprawiedliwie dzielonych przez mądrych urzędników. Na pierwszy rzut oka opera może się wydać mniej potrzebna niż szpital, czy przedszkole, ale jeśli ktoś spojrzy na system społeczny jako całość i zrozumie jego hierarchiczną budowę o kształcie piramidy, to zgodzi się, że na jej wierzchołku nie może znaleźć się przedszkole ani szpital. To właśnie teatry, sale koncertowe, muzea i biblioteki tworzą to zwieńczenie inspirujące nieustanny ruch ku górze w każdej warstwie społeczeństwa. Opera jest zwieńczeniem gmachu kultury i jak na razie mimo warczenia głuchych na muzykę ignorantów nic nie wskazuje, by miały ją zastąpić festiwale projekcji multimedialnych, turnieje towarzyskiego tańca, czy łomoczących w kółko swoje cztery akordy zastępów szarpidrutów. Wciąż jest tak, że to w operze będziemy się spotykać w najbardziej uroczystym nastroju i tam doznawać największych wzruszeń. Nie dyskutujmy więc, czy nie dałoby się upchnąć tej kosztownej działalności pod skrzydła bliżej nieokreślonych darczyńców, którzy nigdy, powtarzam nigdy nie wezmą na siebie odpowiedzialności za stabilne życie tak skomplikowanej instytucji jaką jest opera. Oczywiście, że wsparcie finansowe ze strony możnych melomanów i firm doceniających splendor, jaki z tego dla nich płynie jest bezcenny. Niewielkie sumy jakie mogą przeznaczyć na takie wsparcie wystarczą na honorarium jednego wybitnego śpiewaka, ale dobre i to. Tu śpiewak, tam śpiewak i dzięki sponsorom możemy mieć nawet cały kwartet. Niech jednak nikt nie bredzi o tym, że takie wsparcie byłoby sposobem na utrzymanie gmachów, etatów, ubezpieczeń, produkcji dekoracji, promocji, elektryczności i setki innych wydatków, które codziennie ponosi teatr. Był kiedyś sponsor prywatny, który wydawał ogromne kwoty na operę z racji przyjaźni jaką darzył nie tyle Verdiego i Mozarta ile dyrektorów, którzy ich dzieła wystawiali. Nazywał się Jan Kulczyk. Zniechęcony do polskiego piekiełka przeniósł swoje inwestycje w daleki świat, a wraz z nimi hojne przyjaźnie. Inni sponsorzy tworzą skromna listę kilkunastu nazwisk, która nawet biorąc pod uwagę ubóstwo nizin między Bugiem i Odrą przynosi wstyd rzekomo kwitnącej nowej klasie burżuazji polskiej. Duże firmy, które nawet w swoich statutach mają wpisane wspieranie kultury, zawsze wolą zaliczyć do tej enigmatycznej dziedziny kopanie piłki, czy młóckę na ringu, bo tam każda wydana złotówka jest oglądana przez tysiące wdzięcznych kibiców, a nie tak jak w naszej Bałtyckiej przez cztery z połową setki osób. Nie zapomnę rozmowy podczas jednego z wielu proszalnych rajdów po gabinetach prezesów, w której mój rozmówca, nawet skłonny do jakiegoś datku na rzecz śpiewających artystów, dowiedziawszy się jaka jest wydajność naszej widowni wybuchnął śmiechem i na tym rozmowę zakończył. Jedyna potężna firma na Wybrzeżu, której wsparcie było dla budżetu Opery Bałtyckiej liczącą się częścią jest „Lotos”. Jego władze zostały jednak tak zniechęcone przez przeciwników przemian artystycznych w naszym teatrze, które zapoczątkowaliśmy dwa lata temu, że nawet telefonów od nas nie odbierają. Tak więc pewnie jeszcze długo na Wybrzeżu będzie istniała opera tylko dzięki mądrości i dalekowzroczności radnych, którzy rozumieją, że nowy szpital i przedszkole nie zastąpią ulotnych wzruszeń tej garstki społecznej, która nas odwiedza. Wspiera nas czasami Ministerstwo Kultury umieszczając na swojej gigantycznej krajowej liście potrzebujących niektóre nasze projekty, oraz miasto Gdańsk, którego Prezydent ma świadomość jaki jest nasz adres i jakie dla miasta płyną z tego korzyści. Ale to naprawdę kropla w morzu. Jesteśmy instytucją samorządu wojewódzkiego i nie narzekamy na to. Chcemy tylko, żeby to było wszystkim wiadome bez żadnych złudzeń.


Ten wpis został opublikowany wtorek, 18 Maj 2010 o 11:02 i jest zaszufladkowany do kategorii
Nieśmiało chciałam się odezwać w imieniu tych gorszych, to jest palących. Doprawdy, nie zależy mi na tym, by palić przy samych drzwiach wejściowych i narażać innych melomanów na kłęby dymu. Oznakowanie zakazu na całym terenie nie ma sensu – nawet jeśli osoby zmierzające do opery będą go przestrzegać, obok przechodzą też tłumy, zmierzające do multikina. Palenie na patio to teoria – przecież najczęściej wyjście jest tam zamknięte, a gdy kiedyś było otwarte, dym wpychał sie na widownię, co raczej jest bez sensu. Nie mogę mówić za innych, ale mogę zdeklarować, że jeśli w jakiejś rozsądnej odległości od wejścia znajdzie się popielniczka, pójdę tam z przyjemnością. Na dzień dzisiejszy, przy wejściu stoi jedyny w okolicy kosz na śmieci (przynajmniej jakiś czas temu tak było, ostatnio nie sprawdzałam) a ja mam jakiś taki dziwny kaprys, że rzucanie petów na ziemię (zwłaszcza w okolicy tak szacownej instytucji) wydaje mi się nie stosowne. Oczywiście, najlepiej byłoby rzucić palenie – ale jak pan Dyrektor zauważył, to nie jest takie proste. Choć oczywiście możliwe (ale raczej nie uda mi się już w tym sezonie).
Sam rzuciłem palenie kilka lat temu po długim życiu z papierosem przyklejonym do mnie non stop. Nawet na próbach asystent nosił za mną wiadro z wodą, żebym mógł wrzucać pety. Teraz namawiam każdego, żeby się tego świństwa pozbył. Popieram wszystkie zakazy z tym związane. Jednak wiem jakie to trudne i jak nieszczęśliwi są ci, co palić muszą. Wydaje mi się chwilowo niemożliwe oznakowanie takiego obszaru poza budynkiem teatru, gdzie również nie można by palić. Zakaz łatwo postawić. Gorzej z jego egzekwowaniem. Proszę popatrzeć, jak to jest na plaży. Proponuje więc wziąć głęboki oddech i przejść szybko przez tłum palący przed wejściem do naszego foyer, gdzie za czystość powietrza odpowiadam głową.
Panie Dyrektorze! Piszę nie na temat, ale z przekonaniem, że Pan to przeczyta i zadziała skutecznie.
Czy można wyeliminować palaczy sprzed wejścia do Opery? Za każdym razem, gdy udaję się na spektakl, muszę przedrzeć się przez tłumek z papierosami oraz chmurę nikotynowego dymu. Jest to nieprzyjemne dla niepalących widzów, do których się zaliczam, jak i okrutnie nieestetyczne w przypadku obiektu wysokiej kultury.
We foyer Opery znajduje się wprawdzie informacja o tym, że palić wolno tylko na patio, ale nie ma żadnej informującej o zakazie palenia wokół budynku. Może należałoby taki zakaz wprowadzić, przynajmniej przy wejściu?