Archiwum z Maj 2010

Perfekcjonizm

czwartek, 27 Maj 2010

Jedni go kochają inni nienawidzą. Jedni nie mogą bez niego tworzyć i żyć, innym wydaje się przeszkodą na drodze do błogiego szczęścia w nieładzie. Kiedy mówimy o modelach aut, godzimy się z tym, że przepaść dzieląca BMW od Poloneza polega głównie na dokładności wykonania tysiąca elementów, których jakość mieści się w ułamkach milimetrów. Ale to, że doskonałość Filharmoników Berlińskich oparta jest w dużej mierze na dokładności wykonania przez nich partytury, nie jest już tak powszechnie rozumiane. Muzyka jest tą cudowną materią, w której perfekcjonizm sprawia, że żyje, a brak dokładności wykonania, że umiera. Muzyka uczy nas harmonii świata i dlatego powinna być od szkoły podstawowej przedmiotem obowiązkowym jak polski i matematyka. Kto tego nie rozumie, ten jest nie tylko głuchy, ale i beznadziejnie głupi. To muzyka rozwija w nas zamiłowanie do perfekcji, a ono prowadzi do nieustannego doskonalenia się i dyscypliny życia. Powie ktoś – „Wcale nie są to takie oczywiste wartości. Można budować życie na przyjemnościach niedbałych, chaotycznych działaniach i spontanicznym zaspokajaniu doraźnych zachcianek.” Można. Jest wiele światów, gdzie życie toczy się zupełnie inaczej i na opak, niż u nas, ale cóż one nas obchodzą. Tyle co nasze wartości obchodzą stado wieprzy. Jeśli jednak nasz świat ma być piękny i sensowny – muzyka i jej surowe wymagania muszą stanowić podstawę naszego sposobu myślenia o nim.

Takie myśli krążyły mi po głowie podczas dzisiejszej próby „Wesela Figara”, kiedy z zachwytem słuchałem, jak przez dwie i pół godziny Florencjo ze swoją batutą pilnował, żeby żadna nutka Mozarta nie wymknęła się ze skomplikowanego zbioru, jakim jest jego mistrzowska partytura. Słuchałem mojej wspanialej orkiestry, która jest coraz bliżej owej niebiańskiej doskonałości, o jakiej pisałem wyżej. Kiedy cieszyłem się, jak zespół solistów z całej Polski, pracujących z ogromnym wysiłkiem po raz kolejny nad przygotowaniem piątego już bloku spektakli tej opery w naszym teatrze, dojrzewa do światowego poziomu wykonania tej arcytrudnej pozycji. Zapowiadani niegdyś na tym blogu bracia Gierlachowie spotkali się wreszcie w tej realizacji i jutro zaprezentują się Gdańszczanom, a może też i licznie nas odwiedzającym Sopocianom i nielicznym Gdyńszczanom. Będzie też kilka osób z zagranicy i dwie z samej Warszawy. Wiem, że będą owacje i zdumienie, .że tu, daleko od Metropolitan I La Scali można posłuchać tak perfekcyjnego wykonania. Byłem wdzięczny Florencjowi za to, że kiedy w jakimś takcie coś zabrzmiało nierówno, dostał szału i walił w pulpit z rozpaczą, że kryształowa tafla perfekcyjnej muzyki została zarysowana. Dzięki temu wiem, że jutro się to nie zdarzy. Bo dopiero wtedy, kiedy taka rysa sprawia prawdziwy ból, możliwy jest najwyższy wysiłek, by do niej nie dopuścić.

Myślałem też o naszej ostatniej premierze baletowej „Out”, która wprawiła w osłupienie i podzieliła publiczność i recenzentów na dwa obozy. Pierwszy utyskiwał, że trudne, niepojęte i pozbawione klarownej opowieści „Romea i Julii”, że monotonnie rozwijający się prolog z muzyką Góreckiego prowadzi do rozwiązania, które wymaga intelektualnej analizy, rzadko przecież używanej w sztuce tańca. Drugi obóz był zachwycony pięknem połączenia niezwykłej muzyki z przejmującym tańcem utalentowanych osobowości. Ludzie odkrywali głębokie przesłanie choreografa, który wierzy, że prawdziwe wartości w dzisiejszym świecie zostały wyautowane z ogłupionego ideologiami i modami społeczeństwa wyznającego jedyną prawdziwą religię gapienia się w telewizor. Największe jednak zachwyty budziła nowa jakość naszego Bałtyckiego Teatru Tańca czyli perfekcjonizm związania ruchu z muzyką. I myśląc o tym poczułem kolejny raz wdzięczność wobec losu, że mogę pracować z Izadorą i Florencjem, bo bez nich nie dokonałbym tego wszystkiego, co udało się dokonać w ostatnich dwóch latach w Operze Bałtyckiej.

Dark room Internetu

poniedziałek, 24 Maj 2010

Wtajemniczeni rozumieją tytuł. Pozostałych odsyłam, by poszukali sami wyjaśnienia jego genezy, bo szkoda mi miejsca. Pragnę się tylko podzielić tutaj moim przekonaniem, że do dobrych obyczajów internetowych powinna przenikać coraz mocniej powszechna niegdyś pogarda wobec anonimowych opluwaczy i donosicieli. Z jednej strony jest jakaś upojna radość, że w Internecie można się swobodnie wypowiadać na wszystkie tematy. Bez cenzury oraz przykrych konsekwencji manifestować najbardziej nawet drastyczne poglądy i opinie osobiście, jak w sławetnym Hyde Parku będącym zwieńczeniem i chlubą anglosaskiej demokracji. Z drugiej strony jednak całkowita i wieczna anonimowość hulających w internetowych ciemnościach głosów wyzwala w nich niebywałą agresję i skłonność do wyzwisk, co chyba nie wpływa korzystnie na kształtowanie się ich światopoglądu i charakteru. Może więc w ich własnym interesie byłoby wskazane, żeby się przedstawili, zanim swoje mniemanie upublicznią. Nie da się tego wymusić przepisami i sankcjami, bo większość z nas jest za wolnością w sieci i to jest słuszne. Słuszne jest jednak także propagowanie dobrych obyczajów. Nikt nie musi się do nich stosować. Ale czy nie jest miłe i budujące, że w naszym upodlonym przez komunę kraju powraca wraz z wolnością społeczna akceptacja dla dobrych manier, grzecznych form obcowania i usiłowań, żeby wzajemnie wobec siebie nastawiać się bardziej przyjacielsko, niż to fundują proste prawa dżungli? Kulturalna Europa nie jest li tylko czczym wymysłem pięknoduchów. To realna kraina ścieląca się raczej ku Zachodowi, gdzie człowiek człowiekowi niekoniecznie musi być wilkiem.

Ten blog jest między innymi po to, bym mógł się spotkać raz na jakiś czas z zainteresowanymi Operą Bałtycka internautami i jako Marek Weiss odpowiedzieć na różne wątpliwości oraz podzielić się poglądami na aktualne sprawy teatru. Namawiam zawsze do dyskusji i mam wielki szacunek dla tych, którzy wpisują się ze swoimi komentarzami uchylając rąbka anonimowości, nawet jeśli są moimi pracownikami. Nigdy żadna z tych osób nie spotkała się z mojej strony z jakimś niegodnym rewanżem w pracy. Rozumiem ludzi, którzy myślą, czują i kochają inaczej. Lubię spory i dyskusje. Tworząc bardzo osobisty rodzaj teatru jestem od lat do tych sporów przyzwyczajony. Natomiast wobec tych, którzy opluwają mnie w ciemności i lżą z zasłoniętą twarzą mam stosunek obojętny i nigdy nie wdaję się z nimi w anonimowe polemiki wychodząc z założenia, że ich głos jest na starcie spalony jako fałszerstwo. Anonim nigdy nie był wiarygodny. Owszem jest przez wielu zarządzających ludzkimi losami ludzi wykorzystywany jako źródło informacji i możliwości rozprawienia się z kimś niewygodnym, ale pogarda, jaka towarzyszy zawsze czytaniu emocjonalnie zajadłych anonimów, osłabia ich wiarygodność i sens. Obejmując Operę Bałtycką i reformując ją przez dwa lata odebrałem pracę, często wieloletnią, około trzydziestu osobom. Przynajmniej połowa z nich ma prawo darzyć mnie szczerą nienawiścią. Głosy tej grupy przewijają się w internetowych napaściach regularnie. Do tego dochodzą ludzie emocjonalnie związani z inną estetyką, innym światopoglądem i inną ideologią. Mają prawo atakować mnie z całego serca. Ale, czy nie czuli by się godniej i skuteczniej, gdyby podnieśli przyłbice i wystąpili w swoich sprawach z własną twarzą? Jestem pewien, że tak. Proszę spróbować. Nie ma się przecież czego bać. Ja zwalczam w pracy tylko leni i niedołęgi artystyczne, które według mnie obniżają loty wspaniałego zespołu Opery Bałtyckiej.

Sponsorzy

wtorek, 18 Maj 2010

Opera Bałtycka jest w całości finansowana przez samorząd województwa Pomorskiego. Trąbimy o tym przy każdej okazji nie tylko z gorliwością wdzięcznych artystów, ale też z powagą świadomości jak wygląda struktura systemu kultury w naszym kraju. Demokracja i wolny rynek, które są naszą zdobyczą i umiłowaną rzeczywistością nie mogą nam przesłonić tej prostej i niezmiennej prawdy, że kosztowne instytucje artystyczne nie utrzymają się same i tak jak szkolnictwo, powszechna służba zdrowia, wojsko i policja oraz mnóstwo innych „organów” niezbędnych dla życia narodu dysponującego własnym państwem, muszą być utrzymywane z naszych podatków,  sprawiedliwie dzielonych przez mądrych urzędników. Na pierwszy rzut oka opera może się wydać mniej potrzebna niż szpital, czy przedszkole, ale jeśli ktoś spojrzy na system społeczny jako całość i zrozumie jego hierarchiczną budowę o kształcie piramidy, to zgodzi się, że na jej wierzchołku nie może znaleźć się przedszkole ani szpital. To właśnie teatry, sale koncertowe, muzea i biblioteki tworzą to zwieńczenie inspirujące nieustanny ruch ku górze w każdej warstwie społeczeństwa. Opera jest zwieńczeniem gmachu kultury i jak na razie mimo warczenia głuchych na muzykę ignorantów nic nie wskazuje, by miały ją zastąpić festiwale projekcji multimedialnych,  turnieje towarzyskiego tańca, czy łomoczących w kółko swoje cztery akordy zastępów szarpidrutów. Wciąż jest tak, że to w operze będziemy się spotykać w najbardziej uroczystym nastroju i tam doznawać największych wzruszeń. Nie dyskutujmy więc, czy nie dałoby się upchnąć tej kosztownej działalności pod skrzydła bliżej nieokreślonych darczyńców, którzy nigdy, powtarzam nigdy nie wezmą na siebie odpowiedzialności za stabilne życie tak skomplikowanej instytucji jaką jest opera. Oczywiście, że wsparcie finansowe ze strony możnych melomanów i firm doceniających splendor, jaki z tego dla nich płynie jest bezcenny. Niewielkie sumy jakie mogą przeznaczyć na takie wsparcie wystarczą na honorarium jednego wybitnego śpiewaka, ale dobre i to. Tu śpiewak, tam śpiewak i dzięki sponsorom możemy mieć nawet cały kwartet. Niech jednak nikt nie bredzi o tym, że takie wsparcie byłoby sposobem na utrzymanie gmachów, etatów, ubezpieczeń, produkcji dekoracji, promocji, elektryczności i setki innych wydatków, które codziennie ponosi teatr. Był kiedyś sponsor prywatny, który wydawał ogromne kwoty na operę z racji przyjaźni jaką darzył nie tyle Verdiego i Mozarta ile dyrektorów, którzy ich dzieła wystawiali. Nazywał się Jan Kulczyk. Zniechęcony do polskiego piekiełka przeniósł swoje inwestycje w daleki świat, a wraz z nimi hojne przyjaźnie. Inni sponsorzy tworzą skromna listę kilkunastu nazwisk, która nawet biorąc pod uwagę ubóstwo nizin między Bugiem i Odrą przynosi wstyd rzekomo kwitnącej nowej klasie burżuazji polskiej. Duże firmy, które nawet w swoich statutach mają wpisane wspieranie kultury, zawsze wolą zaliczyć do tej enigmatycznej dziedziny kopanie piłki, czy młóckę na ringu, bo tam każda wydana złotówka jest oglądana przez tysiące wdzięcznych kibiców, a nie tak jak w naszej Bałtyckiej przez cztery z połową setki osób. Nie zapomnę rozmowy podczas jednego z wielu proszalnych rajdów po gabinetach prezesów, w której mój rozmówca, nawet skłonny do jakiegoś datku na rzecz śpiewających artystów, dowiedziawszy się jaka jest wydajność naszej widowni wybuchnął śmiechem i na tym rozmowę zakończył. Jedyna potężna firma na Wybrzeżu, której wsparcie było dla budżetu Opery Bałtyckiej liczącą się częścią jest „Lotos”. Jego władze zostały jednak tak zniechęcone przez przeciwników przemian artystycznych w naszym teatrze, które zapoczątkowaliśmy dwa lata temu, że nawet telefonów od nas nie odbierają. Tak więc pewnie jeszcze długo na Wybrzeżu będzie istniała opera tylko dzięki mądrości i dalekowzroczności radnych, którzy rozumieją, że nowy szpital i przedszkole nie zastąpią ulotnych wzruszeń tej garstki społecznej, która nas odwiedza. Wspiera nas czasami Ministerstwo Kultury umieszczając na swojej gigantycznej krajowej liście potrzebujących niektóre nasze projekty, oraz miasto Gdańsk, którego Prezydent ma świadomość jaki jest nasz adres i jakie dla miasta płyną z tego korzyści. Ale to naprawdę kropla w morzu. Jesteśmy instytucją samorządu wojewódzkiego i nie narzekamy na to. Chcemy tylko, żeby to było wszystkim wiadome bez żadnych złudzeń.

Festiwal w Bydgoszczy

niedziela, 9 Maj 2010

Moje spektakle goszczą tam od początku. Od wielu lat jeżdżę do Bydgoszczy z Operą Narodową, Teatrem Wielkim w Poznaniu, Teatrem Wielkim w Łodzi, a ostatnio z moją Operą Bałtycką. Z podziwem kibicuję wysiłkom Macieja Figasa, którego determinacja i talent organizacyjny doprowadziły do tego, że jedyny w Polsce poważny festiwal operowy odbywa się w najwspanialszym gmachu teatru jaki ostatnio powstał w naszym biednym kraju, czyli w Bydgoskiej Opera Nova. Pamiętam początki, kiedy graliśmy na żywym betonie w pyle i budowlanym chaosie dla widzów siedzących na drewnianych ławkach. W tym roku podziwiałem mądrze zaprojektowany, przepięknie i elegancko wykończony przybytek operowych sztuk, gdzie bydgoska widownia wychowana od kilkunastu lat na najlepszych w Polsce spektaklach z dumą i znawstwem przyjmowała naszego „Oniegina” ocenionego przez krytykę jako najmocniejszy punkt festiwalu. Byliśmy dumni, że dwa lata intensywnej pracy w Gdańsku dały nam prawo do ubiegania się o palmę pierwszeństwa i zyskały aprobatę tak wymagającego odbiorcy. Ale osobiście wypiłem jeszcze w tym roku kielich goryczy związany z inną moją produkcją sprzed kilku lat.

Razem ze scenografem Pawłem Dobrzyckim i moim wiernym choreografem Izadorą Weiss przygotowaliśmy w Łodzi za dyrekcji Kazimierza Kowalskiego monumentalną Aidę, której inscenizacja polegała na płynnych i muzycznych przejściach ze sceny w scenę. Technika Teatru Wielkiego pozwalała na takie rozwiązania dzięki licznym zapadniom, wózkom i obrotówce. Skomplikowane wyreżyserowanie kilkudziesięcioosobowego zespołu było potem chwalone i wydawało się zrozumiałe z jego przesłaniem, estetyką i koncepcją przeniesienia akcji w epokę światowej wystawy paryskiej, której partytura „Aidy” była rówieśniczką. Nagle dowiedziałem się, że Maciej Figas zaprosił ten podstarzały gigantyczny spektakl na swoją o wiele mniejszą i skromniej wyposażoną scenę w Bydgoszczy. Protestowałem u dyrektora Marka Szyjki w Łodzi, który odniósł się do tego ze zrozumieniem i zgodził się nie jechać z „Aidą” tylko zawieźć do Bydgoszczy coś mniejszego. Jednak Maciej Figas upierał się przy swoim tłumacząc, że program jest już zapięty logistycznie i finansowo. Umówiłem się z nim, że zagra to w takim razie bez naszych nazwisk, skoro nie mieliśmy jako realizatorzy najmniejszego wpływu na adaptację, próby i przebieg festiwalowego występu. Po długich sporach umowa dżentelmeńska została ustnie zawarta i w Bydgoszczy miało się odbyć coś w rodzaju koncertowego wykonania w dekoracjach zaadaptowanych przez Dobrzyckiego. Jakież było moje zdumienie, kiedy przeczytałem w bydgoskiej gazecie recenzję regularnie zjeżdżającą występ Łódzkiej opery z analizą mojej reżyserii. Jakże osłupiałem, kiedy zobaczyłem  swoje nazwisko w programie festiwalu i najmniejszej wzmianki o moim proteście, wycofaniu się i usunięciu nazwiska z tej „chałtury”. A więc nie ma dżentelmeńskich umów, nie ma praw autorskich, nie ma odpowiedzialności za to, co stworzyło się przed laty w jakimś miejscu. Skandaliczne praktyki dyrektorów teatrów poczynających sobie z dorobkiem realizatorów wedle własnych pozaartystycznych potrzeb są w naszych operach plagą od dawna. Można się oczywiście sądzić w takich sprawach, bo tylko sądy wymierzają sprawiedliwość. Ale przecież nie będę się sądził z Figasem, którego uważałem za przyjaciela, ani z Szyjką, którego uważam za znakomitego menadżera. W ogóle nie mam odruchu sądzić się z kimkolwiek, zwłaszcza w sprawach artystycznych. Mogę więc tylko apelować do bydgoskiego recenzenta, żeby sprostował informację o moim rzekomym udziale w nieszczęsnej „Aidzie” oraz złożyć deklarację, że w Operze Bałtyckiej rzecz taka wydarzyć się nie może, bo wychodzimy z założenia, że spektakl jest dziełem sztuki, za które odpowiadają realizatorzy i ich prawa autorskie są święte mimo braku odpowiednich ustaw w naszym pół-dzikim kraju.