Archiwum z Kwiecień 2010

Obrońcom księżniczek

czwartek, 29 Kwiecień 2010

Ku mojemu zdumieniu po ostatnim wpisie zostałem zaatakowany nie przez obrońców czci naszych zmarłych, lecz przez miłośników księżnej Diany. Szanując poglądy jednych i drugich i wszystkich innych śpieszę wyjaśnić, że użycie określenia „człowiek wątpliwej jakości”  oznacza, że mam wątpliwości co do jakościowych cech danej osoby. A więc nie jestem pewien, jak mianowicie te cechy plasują się na skali wartości jaką wyznaję. Nie oceniam osoby negatywnie będąc pewnym jej niedostatków i wad. Ja tylko ujawniam swoje zwątpienie co do możliwości jednoznacznie pozytywnej oceny. Działalność charytatywna wpisana w zakres obowiązków pewnych wysokich urzędów i dostojników pełniących tam funkcje reprezentacyjne nigdy nie była dla mnie wystarczającym argumentem dla uznania ich wielkoduszności. Tylko osobista hojność niewymuszona żadnymi okolicznościami zasługuje według mnie na szacunek. Nie zawsze można ją odróżnić od hojności profesjonalnej, ale warto się o to pokusić. Po drugie – osoba, która decyduje się na zajęcie w społeczeństwie eksponowanej pozycji związanej z możliwością rozwinięcia się jej kultu i powszechnej miłości bierze na siebie ogromną odpowiedzialność i ciężki obowiązek, który niekiedy dźwigać trzeba do końca życia, bez względu na okoliczności. Wymaga to oczywiście charakteru i wielkiej klasy, ale przecież od tego mamy naszych „świętych”, żeby można było na nich polegać i ufać, że są lepsi od nas. Lamentowanie w czasie pełnienia tych zaszczytów, że jest się nieszczęśliwym, nie ma się swojej słodkiej prywatności i nie można sobie umilić życia drobnymi przyjemnościami, w jakich pławi się większość, świadczy moim zdaniem o małostkowości, egoizmie i pieszczeniu się ze swoją osobą, co chyba może wyżej wspomniane wątpliwości wywoływać. Znamy z historii wiele postaci królewskich matek, które wycierpiały niejedno w imię zachowania godności swego tytułu. Publiczne westchnienia z powodu niepowodzeń w pożyciu małżeńskim wiele z nich odebrałoby jako kuriozalne.

Może zbyt serio traktuję poczucie obowiązku w służbie publicznej, ale wolę to niż czułostkowe hołdy wobec księżniczek wszelkiej maści tylko dlatego, że są wcieleniem naszych dziecięcych marzeń.

Przymus szacunku

niedziela, 25 Kwiecień 2010

Nie ma miłości bez wolności. Nie można kochać pod przymusem. Ileż niezliczonych dramatów w historii naszego gatunku z tego powodu! Zmuszanie do miłości przez imperatorów i ich oprawców począwszy, poprzez zazdrosnych bogów i ich kapłanów, poprzez toksycznych rodziców, którzy budzą raczej nienawiść, poprzez  małżonków pewnych swej własności i wielu, wielu innych aż do Ojczyzny, która budzi różne uczucia, a wymaga tylko jednego. Libretta operowe i baletowe pełne są właśnie dramatów związanych z tym trudnym paradoksem losu ludzkiego, że dano nam wolną wolę, byśmy mogli kochać lub nie, a w wielu przypadkach powszechną presją i groźbą potępienia tej wolności nam się odmawia. Podobnie jest chyba z szacunkiem. Może bez tego emocjonalnego natężenia, ale też mamy takie poczucie, że prawdziwy szacunek wynika jedynie z naszej nieprzymuszonej woli. Jeśli zaś szacunek zostaje nakazany i egzekwowany przy pomocy rozmaitych kar, zastraszania, piętnowania i oburzenia z powodu jego braku, to wartość tego szacunku i jego prawdziwość staje się bardzo wątpliwa.

Każdy z nas miał okazję przeanalizować to zjawisko w niedalekiej przeszłości. Każdy z nas miał również okazję przemyśleć swój prawdziwy stosunek do śmierci. Czy rzeczywiście w tak bezwzględny sposób narzuca ona zmianę relacji pomiędzy nami a osobą, której czas dobiegł końca? Powszechne przekonanie, że zmarłym należy się absolutna cześć niepokoi mnie i budzi sprzeciw już od dawna, chociaż rozumiem, że w naszym wyjątkowo doświadczanym przez historię kraju kult zmarłych jest może bardziej naturalną częścią społecznej kultury niż gdzie indziej. A jednak to, co obserwowaliśmy na przykład po śmierci osoby wątpliwej jakości, jaką była księżna Diana, spowodowało, że każdej takiej zbiorowej histerii przyglądam się podejrzliwie. Jak to się dziwnie układa w naszych sumieniach, że śmierć ludzi znanych przemienia ich momentalnie w znanych i kochanych, a wielokrotnie liczniejsze tragiczne zgony osób anonimowych nie zmienią o jotę naszej wobec nich obojętności? Czy nie jest tak, że niepostrzeżenie pogodziliśmy się z pół-boskością ludzi pokazywanych codziennie na naszym domowym ekranie? Czy ich stała obecność w naszym życiu i płynące stąd złudzenie, że są jego częścią jak najbliższa rodzina i przyjaciele nie ogranicza racjonalnego do nich stosunku i właściwej ich oceny zarówno przed, jak i po śmierci? A właściwie czemuż to śmierć miałaby nobilitować kogokolwiek? Tylko godziwe życie i szlachetne czyny mogą być powodem nobilitacji i prawdziwego szacunku. A śmierć? Przecież czeka nas wszystkich. Czy z tego powodu wszyscy zasługujemy na szacunek?

Sztuka w rupieciarni.

poniedziałek, 5 Kwiecień 2010

W łaskawych recenzjach z „Czarodziejskiego Fletu” pojawiły się oceny intonacji i brzmienia naszej znakomitej orkiestry. Przy zgodnej opinii na temat jej imponującego rozwoju i poprawy jakości przewijają się ubolewania, że tu i ówdzie wysłyszeć można „wpadki intonacyjne” i nieczystości brzmienia, szczególnie w sekcji dętej. Wyznając zasadę, że w sprawach jakości muzycznej nie ma dyskusji i usprawiedliwień, czynię jednak wyjątek i spieszę z wytłumaczeniem, przez wzgląd na krzywdzące podejrzenia, że być może winni niedoskonałością są znakomici muzycy Opery Bałtyckiej. Otóż różnice w brzmieniu, na przykład uwertury, pomiędzy wycyzelowanymi przez dźwiękowców nagraniami z najwyższej półki, jakie w swej pamięci mają osłuchani recenzenci, a naszymi spektaklami biorą się głównie stąd, że tam mamy do czynienia z prawdziwymi instrumentami najwyższej klasy, a w naszym kanale tu i ówdzie odzywa się zwykły rzęch, który już dawno powinien się znaleźć w rupieciarni.  Staramy się sukcesywnie odnawiać nasze instrumentarium, ale zaniedbania w tej dziedzinie są porównywalne do tych, jakie paraliżują polskie drogi, czy kolej żelazną. Należałoby właściwie wymienić gruntownie całość, ale przecież na to nas nie stać. Łatamy więc dziury, gdzie się da. Piszemy co roku do Ministerstwa Kultury prośby o wsparcie w tej dziedzinie, bo nie ma szans inwestować w instrumenty z wiecznie dziurawego budżetu opery. O ile w zeszłym roku dostaliśmy na ten cel poważne środki i dokonaliśmy najpilniejszych zakupów, o tyle w tym Ministerstwo wydrenowane przez nienasyconą Operę Narodową odrzuciło większość wniosków tego typu z całej Polski, w tym i nasze wołanie o pomoc w sprawie rozsypujących się kotłów i dziurawych instrumentów dętych. Szukamy więc innych możnych, którzy zechcieliby wyłożyć gotówkę na „brzmienie”, ale w naszym opętanym przez sojusz kultury masowej i sportu kraju takie poszukiwania są równie skuteczne jak te przysłowiowe w stogu siana. Nie dajemy jednak za wygraną i zapewniamy, że każda nadarzająca się okazja, by wymieniać rupiecie na prawdziwe instrumenty będzie wykorzystana. Pragnę o tym zapewnić przede wszystkim naszych muzyków, którzy niewidoczni w kanale dokonują cudów, by wydobyć ze swojej rupieciarni czyste i piękne dźwięki. Za to należą się im czyste i piękne podziękowania.