Dzisiaj odprawiliśmy z kwitkiem kolejną artystkę, która pracowała z nami przez jakiś czas na próbach i okazała się zbyt słaba, żeby sprostać naszym wymaganiom i poziomowi wykonawstwa w Operze Bałtyckiej, który stale, uporczywie windujemy w górę. Polubiliśmy ją i z uznaniem obserwowaliśmy jej wysiłki, żeby dorównać pracującym u nas śpiewakom. Nie dała rady i nie ma w tym jej winy. Taka eliminacja jest zabiegiem często bolesnym nie tylko dla osoby, która odpadła, straciła szansę spełnienia ambicji wystąpienia w naszym coraz bardziej znaczącym teatrze i niebagatelne pieniądze, ale i dla nas. Co innego, kiedy ktoś nie przechodzi przez sito castingu, a co innego, kiedy się udało, ale nie starcza sił na codzienną wspinaczkę wciąż wyżej i wyżej. Noc przed taką decyzją jest zwykle bezsenna, bo mam świadomość, że wpłynie ona być może dramatycznie na los zależnego ode mnie człowieka. Często mam odruch, żeby tak jak większość moich kolegów pójść na kompromis i dać słabszemu szansę, bo przecież świat się chyba nie zawali, jeśli ktoś zaśpiewa, czy zagra, czy zatańczy trochę gorzej od innych.
A jednak się zawali. Skłonność do artystycznych kompromisów jest jak podstępny wirus febry, który przyczajony drzemie w jakimś naszym zakończeniu nerwowym. Wystarczy chwila osłabienia organizmu, uśpienie jego czujności, zagapienie się mechanizmów obronnych, a już ten uśpiony wróg atakuje bez pardonu i rozprzestrzenia się szybciej, niż się ktokolwiek spodziewa. W wymaganiach wobec siebie i innych wystarczy jedno ustępstwo, żeby ta szczelina zaczęła się dzień w dzień rozrastać i kruszyć fundament, na jakim wszystko budujemy. Jeśli ktoś może raz bezkarnie sfałszować, uprościć swoje zadanie, oszukać w wysiłku, to dlaczego inny obok niego nie miałby zrobić tego samego? A następny tym bardziej, jeśli wpadka się powtórzyła. I w jakim momencie powstrzymać teraz lawinę wpadek, uproszczeń, lenistwa i braku umiejętności, jeśli nie zrobiło się tego natychmiast przy pierwszej okazji? Jak wytłumaczyć ludziom, że tego, czy tamtego zrobić nie wolno, skoro wczoraj i przedwczoraj przymknęliśmy na to oczy, bo przecież trzeba być „ludzkim” i „świat się nie zawali”. Ludzie bezkompromisowi są męczący i nie lubiani, bo „nie dają żyć”. „Wyluzuj, koleś!” – to jedno z najpopularniejszych powiedzonek w naszym luzackim kraju. Popatrzcie jak pełno wokół nas bylejakości, nieudolności i rozgrzeszania powszechnego z drobnych błędów, grzeszków, wykroczeń i świństw. Wszyscy na to narzekamy. Ubolewamy, że żyjemy w kraju, gdzie „żaby na aby – aby, a rak byle jak” Ale przecież każdy z nas swoim codziennym wyluzowaniem i ludzkim traktowaniem bliźniego swego buduje gmach naszej bylejakości.
Być może są dziedziny sztuki, w których wyluzowanie jest bardziej wartościowe i kreacyjne niż dyscyplina i bezkompromisowość, ale z pewnością opera do nich nie należy. Matematyczna ścisłość partytur i reguł ich realizacji wyklucza bylejakość i luz. Bez ciężkiej, niekończącej się pracy nad sobą nie ma możliwości brania udziału w tej skomplikowanej pracy zespołowej, jakim jest tworzenie spektakli operowych. Każdy kompromis w tej dziedzinie pociąga za sobą następny i następny i końca tego łańcucha nie widać jeśli się go radykalnie nie przerwie. Dlatego tak zabójcze są w naszej branży wszelkie chałtury i ulgowe spektakle dla spędzonej w czasie lekcji młodzieży. Dlatego każdy artysta w zespole musi dawać z siebie wszystko, na co go stać. Ale żeby to dawanie miało sens, musi go być stać na bardzo wiele. A naszym psim obowiązkiem jest oceniać, czy to „wiele” już wystarczy, czy jest go wciąż za mało. Osobiście mam często momenty słabości i odchylam się od pionu w kierunku „ludzkiego luzu”, ale na szczęście mam przy boku dwie bezkompromisowe bestie artystyczne, które mnie pilnują i nie pozwolą mi na najmniejsze odstępstwo od zasad, jakie przyjęliśmy. Mówię o Izadorze i Florencio. Ich wymagania wobec samych siebie są imponujące i budzą szacunek, nawet w tych, którzy chętnie woleliby odpocząć, niż wciąż się doskonalić pod ich bacznym okiem. Mamy już na sumieniu sporą grupę artystów, którym powiedzieliśmy – nie. Dopóki jednak wierzymy, że nasza pasja wychodzi na zdrowie Operze Bałtyckiej i jej publiczności, będziemy to sumienie dalej obciążać.


Zaszufladkowany do