Archiwum z Styczeń 2010

Uroki prawdy

niedziela, 24 Styczeń 2010

Cieszy mnie rozgrzewająca się na moim blogu dyskusja o sprawach Opery Bałtyckiej. Mam nadzieję, że będą w niej brali udział nie tylko poszkodowani w naszych decyzjach obsadowych artyści jak „Aria”, ale i wszyscy ci, którym leży na sercu prestiż i poziom opery w Trójmieście. A może dołączą się nawet tacy, co myślą z miłością o operze w ogóle?

 Nie uchylam się przed odpowiedzialnością za to, co w moim teatrze się dzieje i nie obrażam się na atakujących. Byłoby jednak lepiej, gdyby łączyło nas wspólne zamiłowanie do faktów i w miarę obiektywnej ich oceny. W tym kontekście pogardliwe określenie, że Florencjo dobrze „macha” uniemożliwia mi poważną dyskusję, a wyssane z palca insynuacje, że wiele teatrów i filharmonii zamknęło przed nim drzwi lokuje moją oponentkę poza kręgiem osób, z którymi mógłbym o czymkolwiek rozmawiać. Jej podjudzanie, żeby wnieść sprawę o mobbing jest nieodpowiedzialnym wykorzystywaniem innych do załatwiania jej własnych porachunków z naszym krewkim, ale sprawiedliwym mistrzem batuty.

Zarobki są zawsze tematem bolesnym, bo nikt nie zarabia wystarczająco. Obiecywałem znaczącą poprawę w tej materii wszystkim swoim pracownikom i uważam, że się z tych obietnic, w miarę możliwości budżetu, wywiązuję. Od pierwszego spotkania z załogą powtarzam jak mantrę, że im więcej będziemy grali spektakli na odpowiednim poziomie, tym więcej będzie co miesiąc na koncie naszych artystów. A więc nie podwyżki pensji, których w tym roku nie uświadczy się w naszym kraju nigdzie, lecz nadgrania za spektakle. To jest system, w który wierzę i który dla teatru jest szansą wyjścia z biedy. Co miesiąc leży przede mną wykaz zarobionych przez moich pracowników pieniędzy. Nie ogranicza się on do podstawowych pensji, lecz do całej sumy, jaka z teatru została przelana na konta pracowników w ciągu miesiąca. Bardzo łatwo da się na niej sprawdzić, czy ludzie zarabiają więcej, czy mniej. Otóż zarabiają znacznie więcej. Taka jest prawda cyfr. A to, że muzyk tutti ma pensję podstawową niewiele większą niż sprzątaczka, jest skandalem jaki otrzymałem w spadku nie tyle po moim poprzedniku, co po całej epoce w tym kraju, gdzie artysta, nauczyciel, lekarz, czy inny „mądrala” nie był więcej wart, niż reszta „klasy pracującej”. Nie mamy możliwości, żeby radykalnie zmienić podstawę pensji, ale zmieniamy jej pochodne. A te są takie, że to, co pani zarobiła, Pani Magdo, za styczeń, jest trzykrotnie większą sumą niż to, co otrzymała sprzątaczka. Moim zdaniem to wciąż za mało. Ale sprzątaczka, którą codziennie widzę jak przemierza teatralne korytarze, pokoje i garderoby też jest wynagradzana skandalicznie nisko. I tak dalej i tak dalej – aż do śmiesznej pensji premiera, jeśli ją porównamy do odpraw kilku cwanych prezesów. Nie obiecywałem nigdy, że wszyscy w teatrze będą szczęśliwi w dniu wypłaty, ale dotrzymałem słowa, że pieniędzy będzie systematycznie coraz więcej.

A teraz kilka obiecanych faktów w związku z mitem, że odeszło „wielu ciekawych tancerzy”, a przyjęliśmy amatorów. W zespole baletowym mamy 22 nowe osoby, z czego  trójka nie ma dyplomu. Dwóch z tej trójki to jedni z najlepszych tancerzy w zespole, a trzecia – dziewczyna już wkrótce przegoni wiele koleżanek z dyplomami. Ten fakt akurat nie zmienia mojego poglądu, że w dzisiejszych czasach sam dyplom szkoły baletowej nie daje gwarancji profesjonalizmu w tańcu, a jego brak ten profesjonalizm wyklucza. Tak się dzieje we wszystkich artystycznych zawodach i biadolenie na temat ekspansji amatorów wynika z całkowitej ignorancji w dziedzinie sztuki współczesnej. Przed rozpoczęciem mojej pracy w Bałtyckiej odeszła z zespołu baletowego para tancerzy białoruskich skuszona propozycjami Teatru Wielkiego w Poznaniu i para państwa Jędrychów skuszona możliwościami wyższych zarobków w Teatrze Wielkim w Warszawie. Kiedy rozpoczęliśmy pracę i radykalnie cięższe próby, wykruszać się zaczęli najsłabsi i ci, którzy przestali być obsadzani. Nie widzę wśród tych ośmiu osób ani jednej „ciekawej” cokolwiek to słowo mogłoby oznaczać. Wszyscy wartościowi artyści jak Irek Stencel, Filip Michalak, Ola Michalak, Leszek Alabrudziński, Ela Czajkowska, Sylwia Kowalska – Borowy, Piotr Borowy, Karolina Jastrzębska, Agnieszka Krajewska, Magda Kotlarz i Michał Wylot zostali i tańczyli by wspaniale wszyscy do dzisiaj, gdyby nie tragiczne zadawnione kontuzje ostatniej pary, zmuszonej przez swoje stawy do zmiany zawodu. Brakuje też największej gwiazdy poprzedniego zespołu Małgosi Insadowskiej i „ciekawej” Żanety Borówki, które przeszły na emeryturę. Przy okazji warto nadmienić, że 22 nowoprzyjęte osoby w ciągu tych dwóch lat, to więcej, niż pojawiło się w Bałtyckiej przez poprzednie dziesięć. I to są właśnie obiektywne fakty udokumentowane w kadrach, a nie jakieś moje propagandowe gadki. Jestem dumny z naszego nowego zespołu baletowego i patrząc na pełne widownie jego spektakli czuję, że nie jestem w tym osamotniony.

Kto jest najlepszy?

sobota, 16 Styczeń 2010

Teraz kolej na Panią, która pisze, że jeszcze daleko do tego, by uznać, że u nas śpiewają najlepsi. Odpowiem szczerze, bez owijania w kokietującą skromność, jak zwykle.

 Mikołaj Zalasiński jest najlepszym barytonem w swojej klasie nie tylko w Polsce, ale i w zagranicznych teatrach, do których coraz częściej jest zapraszany. Wczoraj śpiewał w „Aidzie” w Norymberdze. Dzisiaj śpiewa w Operze Narodowej Nabucca. W tej partii jest bezkonkurencyjny. Jutro u nas Don Giovanniego, w którym jest lepszy od Mariusza Kwietnia, przy całym szacunku dla wspaniałej kariery solisty Metropolitan, który już podczas debiutu w moim „Weselu Figara” w Poznaniu był genialny i wiedzieliśmy, że ma przed sobą wspaniałą przyszłość. Ale jego Don Giovanni w Narodowej nie ma tej tragicznej siły i determinacji jaką prezentuje Zalasiński w scenie śmierci. Ania Wierzbicka jako Hrabina w „Weselu” i Tatiana w „Onieginie” nie ma sobie równych w naszym kraju, tak bogatym w urodziwe soprany. Co z tego, że jej skromność i trudny charakter nie pozwalają jej brylować na warszawskich salonach i zadbać o promocję wśród powierzchownych rankingów kolorowych pisemek. Przecież jej artystyczna moc liczy się na scenie, a nie w opiniach kręgów wzajemnej adoracji.

Katarzyna Hołysz jako Ariadna i za chwilę jako Halka jest najbardziej sensacyjną diwą operową w najlepszym znaczeniu tego staroświeckiego terminu. Dysponując rewelacyjną aparycją i ekspresją ma jeszcze tę zaletę, o której większość jej koleżanek może tylko pomarzyć, że jest wybitnie utalentowana muzycznie i śpiewa naprawdę te wszystkie nuty, które są w partyturach a nie cokolwiek i mniej więcej, jak to jest w zwyczaju w naszym przygłuchym kraju.

Paweł Skałuba i Adam Zdunikowski to dwaj najlepsi tenorzy polscy, którzy ustępują sławą Beczale, ale on jest w tej chwili numer jeden na świecie i może raz w roku zaśpiewać w Narodowej, a Operę Bałtycką będzie na niego stać, kiedy już przejdzie na emeryturę. Dotyczy to wielu innych śpiewaków z najwyższej półki, którzy w naszym teatrze nie zaśpiewają nigdy, chociażby z tego powodu, że nasza widownia jest zbyt mała, żeby udźwignąć honorarium powyżej 20 tysięcy euro. Ale nawet, gdybym miał te pieniądze, nie ściągał bym tu Anny Netrebko, czy Jose Cury, bo żeby zrobić porządny spektakl, potrzebujemy artysty na kilka tygodni prób, a nie na jedną, jaka zwykle jest możliwa z solistami tej rangi. Sławne nazwiska wypromowane przez bogate agencje dla wielu melomanów są w operze najważniejsze. Ten snobistyczny tok myślenia zmusza wielu maniaków na całym świecie do kosztownych pielgrzymek do kilku najważniejszych teatrów, gdzie kryteria mody i sukcesu tak dalece zdominowały wszystkie inne, że zdarzają się tam spektakle na granicy parodii tego skomplikowanego gatunku sztuki, jakim jest teatr operowy.

Nie tak dawno miałem zaszczyt gościć w moim wrocławskim „Weselu” fenomenalną Olę Kurzak. Przyjechała na kilka prób i momentalnie pokłóciliśmy się o drobiazgi interpretacyjne, bo nie było czasu, żeby o nich rzetelnie porozmawiać i nad nimi popracować. Światowej klasy Olga Pasiecznik, którą być może uda mi się namówić na występ w Bałtyckiej, ma na próby tak mało czasu, że może wejść tylko w przygotowaną wcześniej produkcję, pod warunkiem, że to przygotowanie będzie ściśle dostosowane do jej perfekcyjnych wymagań w każdym szczególe. Nie mam też żadnych wątpliwości, że nasze dwa basy Romuald Tesarowicz i Piotr Nowacki to też najlepsza para w tej kategorii. Za chwilę dołączy do nich gwiazda Covent Garden czyli Daniel Borowski. A za dwie chwile tę trójkę przeskoczy debiutujący u nas niedawno Adam Palka.

Ola Buczek jako Zerbinetta, Ania Mikołajczyk, która jest laureatką ubiegłorocznej nagrody za najlepszą płytę wokalistki klasycznej, jako Donna Anna, Julia Iwaszkiewicz jako Zuzanna, Galina Kuklina jako Butterfly, światowi Wojtek i Robert Gierlach i nasz, tutejszy Leszek Skrla, kontratenorzy Kuba Monowid i Karol Bartosiński – to wszystko wam mało? W jakim teatrze operowym w Polsce macie taki wyrównany poziom? Czy w ogóle macie pojęcie, co się dzieje równolegle na konkurencyjnych scenach? Ricardo Mutti powiedział mi na spotkaniu w Poznaniu, że o jakości teatru decyduje poziom ról epizodycznych. To jeżeli w naszym Marcelinę i Zofię śpiewa Ania Fabrello, Marulla i Yamadoriego tak zdolny i obiecujący artysta jak Grzegorz Kołodziej, Brighellę i Dziembę – Piotr Lempa, Goro i Bazylia – Jacek Szymański, Łarinę – Joanna Cortes, Arlekina – Bartek Misiuda, a partię chóru w „Gwałcie na Lukrecji” nominowany w tym roku przez „Gazetę Wyborczą” do nagrody „Sztormu” Ryszard Minkiewicz– to jeszcze jest według Pani daleko do tego, żebym mógł być dumny, że Bałtycka jest najlepsza? To proszę mi powiedzieć, gdzie jest wyższy poziom wokalny? Może i był kiedyś w Operze Narodowej za Jacka Kaspszyka, ale to już tylko historia.

A tak naprawdę używam określeń „najlepszy, najlepsza” z przymrużeniem oka. Bo cóż znaczy w sztuce ten sportowy zapał? My się nie ścigamy z nikim, poza własną osobą z jej słabościami, lenistwem i niedoskonałością. Sztuka jest wiecznym pojedynkiem ze sobą samym, a te wszystkie rankingi, listy, hierarchie są dobre dla hołoty i miernych dziennikarzy, bo ci prawdziwi i wrażliwi wiedzą, że liczy się tylko chwila magii na scenie i wywołane przez nią wzruszenia na widowni. Jak je porównać z tymi, które przeżyliśmy gdzie indziej, w innym czasie? Nie jesteśmy sportowcami, przynajmniej staramy się nimi nie być tak długo, dopóki świat nie zmarnieje z kretesem.