Nie, nie chodzi o idiotyczną modę na wampiry, ani o krew na scenie. Mowa będzie o więzach krwi, czyli o rodzinach teatralnych. Uważam, że w naszym prorodzinnym kraju panuje niesłuszna histeria wokół osób, które wraz ze stosunkiem pracy wiążą jeszcze stosunki małżeńskie, lub inne rodzaje pokrewieństwa. Albo nadmiernie rozczulamy się, że oto córka znanej aktorki zaczyna grać w serialu i też będzie wkrótce aktorką, a gdzie indziej syn reżysera właśnie coś wyreżyserował, a inny syn operatora został jeszcze wybitniejszym operatorem filmowym – albo z kolei nie zostawiamy suchej nitki na żonie lansującej muzykującego z nią męża, czy na mężu choreografie lansującym swoją żonę tancerkę. Przykłady można by mnożyć zarówno po stronie uwielbienia jak i wściekłego potępienia. A przecież warto spojrzeć na to spokojniej.
Artyści są ludźmi zasadniczo wyobcowanymi z “rozentuzjazmowanego tłumu”. Dobierają się więc często w pary w swoich zawodach, bo na zapoznanie sie z innymi profesjami nie mają zbyt wiele czasu, a też i specjalnej ochoty. Skutek jest taki, że w teatrach, na przykład jest mnóstwo małżeństw pracujących razem z pożytkiem dla ogółu i dla nich samych. Wrzask podnosi się wtedy, gdy żona staje się pracodawcą męża, jak było kiedyś w operze krakowskiej, czy mąż pracodawcą żony, czego doświadczyło wielu dyrektorów teatrów, do których i niżej podpisany się zalicza. A przecież, by stać się artystą nie wystarczy ukończyć jakieś szkoły zawodowe. Przebywanie w rodzinie, pod jednym dachem z pokrewną duszą, która słucha tej samej muzyki, czyta te same książki, wyznaje te same poglądy i walczy podobnymi metodami o to, by świat stał się piękniejszy, daje nieporównywalnie więcej, niż wykłady największych pedagogów. Kiedy pracowałem,na przykład, z Jolą Żmurko i jej wybitną córką Aleksandrą Kurzak i obserwowałem, jak wiele jedna zawdzięcza drugiej, utwierdzałem się w przekonaniu, że teatr, film, pracownia artysty plastyka, czy zespół muzyków niebywale rozkwitają, kiedy działa w takim organizmie układ rodzinny wzajemnie się napędzający, kontrolujący i niezwykle krytyczny wobec siebie w zaciszu domowym.
Przed chwilą zakończyliśmy żmudne próby do “Wesela Figara”. Tym razem w naszym bloku kilku spektakli wystąpi duet braci Gierlachów – Robert jako Hrabia i Wojtek jako Figaro. Obaj wybitni i znani na wielu czołowych scenach świata, obaj szalenie różni od siebie, a przecież tak niezwykle zespoleni we wspólnym działaniu na scenie. Wynika to z zażyłości od dziecka, znajomości wszystkich swoich odruchów i zdolności przewidywania nie tylko tego, co każdy z nich może za chwilę wykonać, ale też, co pomyśli w skrytości serca. Jeden za drugiego być może poświęciłby życie, gdyby zaszła taka potrzeba. Jeden drugiemu życzy lepiej, niż cała publiczność razem wzięta, a przecież konkurują ze sobą nie tylko jako postaci sceniczne, ale i śpiewacy, którzy potem wychodzą do ukłonów i “w skrytości serca” ważą na szali każdego z nich nasze owacje. Po raz pierwszy występują w tym dziele Mozarta razem, więc teraz dzielą się doświadczeniem z innych realizacji, gdzie występowali osobno i bawią się tym znakomicie wciągając cały zespół w tę zabawę. To będą niezwykłe trzy spektakle, bo wszyscy wykonawcy zarazili się ich emocjami i pracują w atmosferze prawdziwego święta. Ta niewymierna wartość w przedziwny sposób pomnaża wszystkie dotychczasowe zalety tego przedstawienia i sprawia, że czekają nas trzy niezapomniane wieczory. Ale po co ja to piszę, skoro od dawna bilety na “Wesele Figara” są już sprzedane? A, no po to, żeby podzielić się swoją wiarą, że wspólna krew w teatrze jest mile widziana i wielce pożądana. Od niepamiętnych czasów teatr był tworem rodzinnym i wszyscy ci, którzy widzą w tym tylko nepotyzm i kręcą z góry nosami, niech sobie idą do Multikina. Tylko niech nie wybiorą filmu z Michelem Duglasem i Zetą Jones, na przykład.


Zaszufladkowany do