Po ekipie “Rigoletta”, potem “Wesela Figara” przyszła kolej na grupę solistów “Oniegina”. Od dwóch lat przed każdym blokiem czterech spektakli danego tytułu zjeżdżają się z całej Polski w okolicach poniedziałkowego wieczoru. Niektórzy wpadają w ostatniej chwili we wtorek rano, żeby być o dziesiątej na pierwszej próbie. W środę są dalsze reżyserskie, w czwartek dwie orkiestrowe i w piątek trzeba zagrać pierwszy spektakl. Od dwóch lat do każdej produkcji angażujemy artystów dobranych z castingów lub tych, których znamy i współpracujemy z nimi od dawna. To dlatego, że daną partię może w naszym kraju wykonać zaledwie kilka osób. Reszta tylko imituje to, co kompozytor zapisał w partyturze. W naszym niezbyt umuzykalnionym kraju niewiele osób to wie i oczekuje od obsady, żeby śpiewała zgodnie z wymaganiami dzieła. Sporo przedstawień śpiewanych jest mniej więcej tak, jak być powinny, sporo byle jak, aby dobrnąć do końca. Teatry, w których istnieją zespoły etatowe borykają się z tym problemem na codzień, bo mając dla przykładu trzech barytonów muszą zlecać im obsłużenie całego repertuaru. Śpiewak, który jednego dnia śpiewa Nabucco, drugiego Papagena, a trzeciego ojca Alfreda w “Traviacie” i przykleja sobie wąsy i brodę, żeby jakoś ukryć, że syn – tenor jest starszy od niego, nie może tego wszystkiego wykonać dobrze, choćby był nie wiem jak zdolny i uniwersalny. Tak jest we wszystkich głosach. Różnorodność tytułów, postaci, epok muzycznych stylistyk wykonawczych jest tak ogromna, że dla prawidłowego obsadzania i wysokiego poziomu wokalnego szeregowych spektakli trzeba by mieć na etatach zespół czterdziestoosobowy, najskromniej licząc. Zrezygnowaliśmy więc z tego od startu i stosujemy system “staggione”, gdzie do każdego utworu angażowana jest odrębna grupa. Pojawiają się w naszym teatrze raz na kilka miesięcy i wyjeżdżają po tygodniu pracy dalej w świat. Większość z nich rzeczywiście śpiewa po całym świecie. Wielu z nich rezygnuje ze spektakli za poważne pieniądze w innych teatrach, żeby wziąć u nas udział w próbach, za które płacimy symbolicznie. Ale przecież warunkiem istnienia prawdziwego teatru jest istnienie zespołu artystycznego. Śpiewacy muszą się czuć wśród siebie na scenie i wokół niej bezpiecznie. Muszą być otwarci, zaprzyjaźnieni i pomagać sobie wzajemnie. A przede wszystkim musi ich łączyć podobieństwo w sztuce. Wspólne myślenie, wspólny system wartości, wspólne emocje bez których najpiękniejsze głosy są tylko pustymi dźwiękami. Jak to osiągnąć, żeby podczas miesiąca prób przed premierą uzyskać taką harmonię i jedność, a potem przy wznowieniach wskrzesić tę jedność w ciągu kilku dni? – oto jest pytanie. Jedno z najważniejszych w operze współczesnej, która staje się coraz bardziej międzynarodowa i oparta na podróżnikach wędrujących od hotelu do hotelu. Ci ludzie żyjący przez lata swej krótkiej kariery na walizkach, z daleka od domu i swoich bliskich, tworzą wzruszającą rodzinę zastępczą, której życie jest krótkie jak spektakl, jak ulotne chwile od hotelowego śniadania po kolację w teatralnym bufecie. Są neurastenikami, przewrażliwionymi na punkcie swego kruchego zdrowia i nietrwałego prestiżu u kapryśnej publiczności. Obserwuję jak serdecznie się witają na pierwszej próbie, wypytują w pośpiechu o to, co wydarzyło się od ostatniego spotkania, jak pilnie słuchają się wzajemnie sprawdzając formę głosu. A już po kilku dniach żegnają się na scenie po ostatnich ukłonach i rozjeżdżają do innych miast bez żadnej pewności, że sie jeszcze w tym składzie spotkają. Taki jest nasz zespół solistów, w którym wciąż pojawia się ktoś nowy i z którego co i raz kogoś ubywa. Piękne to i straszne zarazem. Uczy nas pokory wobec nietrwałości życia i szacunku dla każdej wzniosłej chwili, jaką uda się wspólnie uchwycić.
Archiwum z Listopad 2009
Teatr to zespół
czwartek, 26 Listopad 2009Nowy sezon
wtorek, 17 Listopad 2009Odnowiona gruntownie Opera Bałtycka otworzyła swój nowy sezon spektaklem “Rigoletta”. Nie jest to tytuł, który odzwierciedla wszystkie tendencje artystyczne, jakim hołdujemy, ale to była pierwsza premiera, z którą obejmowałem dyrekcję tej zasłużonej placówki i właśnie ta inscenizacja stawała się wizytówką zmian, jakie miały tu nastąpić.
Po dwóch latach pracy nad przekształceniem Opery Bałtyckiej w nowoczesny teatr europejski nasza ekipa zdaje sobie sprawę, że to nie “Rigoletto” reprezentuje skalę naszych możliwości, ale sentyment do początków trudnej wspinaczki jakiej podjęliśmy sie wraz z całym zespołem, skłonił nas do przypomnienia tego spektaklu i przeżycia ponownie jego magicznej siły. Jego uroda wykreowana przez Jagnę Janicką, wspaniała rola Mikołaja Zalasińskiego i potężna batuta maestra Florencja sprawiają, że dystans artystyczny jaki dzieli “Rigoletto” od naszej ostatniej premiery “Ariadny” Straussa wciąż wydaje mi się do przyjęcia i nie skłania mnie do pożegnania się z tą pozycją repertuaru, jako czymś, co nie budzi już należytych emocji.
Staramy się w naszym teatrze bardzo o to, by ostatnie osiągnięcia, które wyznaczają pułap naszych możliwości, miały wpływ na spektakle realizowane wcześniej. Wracamy do nich odnawiając je przy każdym wznowieniu tak samo gruntownie, jak foyer, czy podłogę sceny podczas letnich remontów. Obsesja, żeby nie podać publiczności jakiegoś przeterminowanego dania odgrzanego naprędce, stała się wspólną cechą kierownictwa POB. Konsekwencje takiej postawy są pracochłonne i kosztowne, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że jeszcze większym kosztem odbywa się nonszalanckie serwowanie wszystkiego, co udało się przechować w magazynach, bo to są zapewne mniejsze pieniądze, ale wyrzucane wprost w błoto. Dlatego życie naszych inscenizacji będzie krótkie, ale jakże piękne i intensywne. Tak właśnie myślimy i o naszym życiu w gronie nowej ekipy artystycznych przywódców Opery Bałtyckiej.
Zapewne i my przy najdrobniejszych oznakach przeterminowania znikniemy stąd jak nasze spektakle. Ale wierzę niezłomnie w to, że teatr musi być żywy i przejmujący, a nie dostojny i zmieniający się z latami w swój własny pomnik. Tak naprawdę żyjemy od podniesienia kurtyny do jej opuszczenia. Nikt nie gwarantuje, że następnego dnia wszystko się powtórzy. Dlatego z szacunkiem i wzruszeniem oglądałem nasz inauguracyjny blok “Rigoletta”, bo to, co działo się na scenie wyglądało tak, jakby powstało wczoraj.


Zaszufladkowany do