Archiwum z 2009

Krew w teatrze

środa, 9 Grudzień 2009

Nie, nie chodzi o idiotyczną modę na wampiry, ani o krew na scenie. Mowa będzie o więzach krwi, czyli o rodzinach teatralnych. Uważam, że w naszym prorodzinnym kraju panuje niesłuszna histeria wokół osób, które wraz ze stosunkiem pracy wiążą jeszcze stosunki małżeńskie, lub inne rodzaje pokrewieństwa. Albo nadmiernie rozczulamy się, że oto córka znanej aktorki zaczyna grać w serialu i też będzie wkrótce aktorką, a gdzie indziej syn reżysera właśnie coś wyreżyserował, a inny syn operatora został jeszcze wybitniejszym operatorem filmowym – albo z kolei nie zostawiamy suchej nitki na żonie lansującej muzykującego z nią męża, czy na mężu choreografie lansującym swoją żonę tancerkę. Przykłady można by mnożyć zarówno po stronie uwielbienia jak i wściekłego potępienia. A przecież warto spojrzeć na to spokojniej.

Artyści są ludźmi zasadniczo wyobcowanymi z “rozentuzjazmowanego tłumu”. Dobierają się więc często w pary w swoich zawodach, bo na zapoznanie sie z innymi profesjami nie mają zbyt wiele czasu, a też i specjalnej ochoty. Skutek jest taki, że w teatrach, na przykład jest mnóstwo małżeństw pracujących razem z pożytkiem dla ogółu i dla nich samych. Wrzask podnosi się wtedy, gdy żona staje się pracodawcą męża, jak było kiedyś w operze krakowskiej, czy mąż pracodawcą żony, czego doświadczyło wielu dyrektorów teatrów, do których i niżej podpisany się zalicza. A przecież, by stać się artystą nie wystarczy ukończyć jakieś szkoły zawodowe. Przebywanie w rodzinie, pod jednym dachem z pokrewną duszą, która słucha tej samej muzyki, czyta te same książki, wyznaje te same poglądy i walczy podobnymi metodami o to, by świat stał się piękniejszy, daje nieporównywalnie więcej, niż wykłady największych pedagogów. Kiedy pracowałem,na przykład, z Jolą Żmurko i jej wybitną córką Aleksandrą Kurzak i obserwowałem, jak wiele jedna zawdzięcza drugiej, utwierdzałem się w przekonaniu, że teatr, film, pracownia artysty plastyka, czy zespół muzyków niebywale rozkwitają, kiedy działa w takim organizmie układ rodzinny wzajemnie się napędzający, kontrolujący i niezwykle krytyczny wobec siebie w zaciszu domowym.

Przed chwilą zakończyliśmy żmudne próby do “Wesela Figara”. Tym razem w naszym bloku kilku spektakli wystąpi duet braci Gierlachów – Robert jako Hrabia i Wojtek jako Figaro. Obaj wybitni i znani na wielu czołowych scenach świata, obaj szalenie różni od siebie, a przecież tak niezwykle zespoleni we wspólnym działaniu na scenie. Wynika to z zażyłości od dziecka, znajomości wszystkich swoich odruchów i zdolności przewidywania nie tylko tego, co każdy z nich może za chwilę wykonać, ale też, co pomyśli w skrytości serca. Jeden za drugiego być może poświęciłby życie, gdyby zaszła taka potrzeba. Jeden drugiemu życzy lepiej, niż cała publiczność razem wzięta, a przecież konkurują ze sobą nie tylko jako postaci sceniczne, ale i śpiewacy, którzy potem wychodzą do ukłonów i “w skrytości serca” ważą na szali każdego z nich nasze owacje. Po raz pierwszy występują w tym dziele Mozarta razem, więc teraz dzielą się doświadczeniem z innych realizacji, gdzie występowali osobno i bawią się tym znakomicie wciągając cały zespół w tę zabawę. To będą niezwykłe trzy spektakle, bo wszyscy wykonawcy zarazili się ich emocjami i pracują w atmosferze prawdziwego święta. Ta niewymierna wartość w przedziwny sposób pomnaża wszystkie dotychczasowe zalety tego przedstawienia i sprawia, że czekają nas trzy niezapomniane wieczory. Ale po co ja to piszę, skoro od dawna bilety na “Wesele Figara” są już sprzedane? A, no po to, żeby podzielić się swoją wiarą, że wspólna krew w teatrze jest mile widziana i wielce pożądana. Od niepamiętnych czasów teatr był tworem rodzinnym i wszyscy ci, którzy widzą w tym tylko nepotyzm i kręcą z góry nosami, niech sobie idą do Multikina. Tylko niech nie wybiorą filmu z Michelem Duglasem i Zetą Jones, na przykład.

Jak kierować i szanować?

środa, 9 Grudzień 2009

Nie, nie chodzi o idiotyczną modę na wampiry, ani o krew na scenie. Mowa będzie o więzach krwi, czyli o rodzinach teatralnych. Uważam, że w naszym prorodzinnym kraju panuje niesłuszna histeria wokół osób, które wraz ze stosunkiem pracy wiążą jeszcze stosunki magranicy wytrzymałości mięśni, płuc i serca. Trzeba mieć żelazne ciało, i kondycję wyczynowego sportowca, żeby dostosować się do wymagań współczesnego baletu. I tak jak trener w sporcie, tak i choreograf musi narzucić tancerzom swoją wolę i zmusić ich do wysiłku w momencie, kiedy ludzie już są zmęczeni i chcą iść do domu. Wtedy dyscyplina musi być prawie jak w wojsku. Odmowa polecenia jest naruszeniem tej dyscypliny w tak poważnym stopniu, że koleżanka, która się na to zdecydowała, została z teatru zwolniona, bo nie chcę mieć w teatrze ludzi, którzy w krytycznych sytuacjach wybierają własną wygodę zamiast współpracy. I proszę pamiętać, że aby taka arbitralna decyzja była prawomocna, musi ją zatwierdzić sąd pracy. I sąd ją zatwierdził po drobiazgowym procesie. Kierownik naszego baletu Roman Komasa znakomicie kieruje zespołem w tych trudnych okolicznościach. I nie jest prawdą, że jest kierownikiem malowanym. To jest oczywiste, że musi się słuchać mnie, jak wszyscy w teatrze, bo to ja tym teatrem kieruję arbitralnie i za niego jednoosobowo odpowiadam. I nie ma w tym braku skromności, jak podejrzewa Pani Anita, tylko tak po prostu w teatrze jest. Teatrem kieruje jeden człowiek, bo większości decyzji artystycznych nie da się podjąć kolegialnie. Podstawową jednak zasadą w Operze Bałtyckiej jest to, że wybierając realizatorów do współpracy oddaję im pełnię władzy artystycznej w ramach ich konkretnych realizacji. To reżyser, dyrygent i choreograf decydują o wszystkim, co buduje całość spektaklu. Tak więc Roman Komasa też oddaje władzę nad zespołem baletowym aktualnemu choreografowi. Są wśród nich najwybitniejsi jak Emil Wesołowski, Wojtek Misiuro, czy Jacek Przybyłowicz. Najczęściej jest to jednak Izadora Weiss, bo to jest dla mnie choreograf numer jeden. I nie z powodu ślepej miłości do małżonki, jak z uporem maglowych maniaków wciąż niektórzy powtarzają. Jest wspaniałą artystką, której spektakl „Tre donne…” zrealizowany w Warszawie został przez krytykę uznany za jedno z dwóch najciekawszych polskich wydarzeń teatralnych w roku 2009 tym. Jest choreografem uznawanym przez krytyków za jednego z najciekawszych w kraju. Jej talent zachwycił mnie, zanim zgodziła się zostać moją żoną. Pracujemy razem w teatrach od kilkunastu lat. Jest twórcą, z którego dorobku Opera Bałtycka będzie dumna jeszcze długo, kiedy już nas nie będzie na świecie, tak jak jest na przykład dumna z działalności Janiny Jarzynównej-Sobczak, tak atakowanej przez media i publiczność w pierwszym etapie jej pracy. Wpływ Izadory na losy ludzi naszego baletu jest tak samo oczywisty, jak wpływ Florencja na losy muzyków. A to kto jest na etacie, a kto nie, dzisiaj już nie ma żadnego znaczenia. Ale Izadora decyduje tylko w ramach swoich pięknych spektakli. O całej reszcie decyduję ja. Takie mam obowiązki. I nie zawsze się z nią zgadzam. Zgodziłem się z nią w sprawie koleżanki biorącej dzień na żądanie, bo jej uzasadnienie trafiło na szczególny czas. Kiedy indziej nie byłbym tak skłonny, do dawania jeszcze jednej szansy. I proszę nie pisać nieprawdy, kiedy tu ze mną polemizujecie, szanowny Panie „Inspektorze” (czy koleżanko, która się tak dowcipnie podpisała). Nie mówiłem, że każdy, kto dzwoni do teatru z żądaniem wolnego dnia jest na kacu. Więc nie ma mi co ubliżać „żałosny jest pan, panie Weiss”, skoro się przekręca moje słowa.

A w następnym odcinku postaram się podać do wiadomości publicznej jak to naprawdę jest z tym mitem, że „ciekawi tancerze uciekli z teatru” a „przyjmowani są amatorzy”. Podam konkretne fakty dotyczące zmian kadrowych w naszym wspaniałym zespole baletowym, który w tym roku rusza na występy w Warszawie, Poznaniu i Krakowie, a za chwilę dalej w świat. Tymczasem możecie go obejrzeć w TVP Kultura, który to kanał kupuje już po raz drugi balet Izadory Weiss, uznając, że to ważne zjawisko na mapie kulturalnej naszego kraju.

O dyrygowaniu

niedziela, 6 Grudzień 2009

Wciąż mnie pytają dlaczego wciąż Florencjo i dlaczego Florencjo. Czy Wy, moi Drodzy, uszu nie macie? Czy to rzeczywiście takie trudne – odkryć różnicę pomiędzy jego batutą, a wieloma innymi, jakie mieliśmy do dyspozycji? Talent, precyzja, odwaga i bezkompromisowość, które wyróżniają go spośród kolegów jego profesji sprawiły, że Opera Bałtycka pod względem muzycznym zajmuje dziś jedno z czołowych miejsc nie tylko w naszym kraju. Mówię to wprost, z podniesionym czołem, bez owijania w grzecznościową bawełnę, bo tak jest. Nie mają na to wpływu upodobania, gusty i jakiekolwiek widzimisię. Muzyka jest tak blisko matematyki, że jej piękno i inne zalety są w większej części wymierne w przeciwieństwie do, na przykład, malarstwa abstrakcyjnego, o którym można pleść, co się chce bez groźby weryfikacji.  

Inny wybitny dyrygent, z którym kiedyś pracowałem mawiał, że tragedią muzyki polskiej jest to, że jest on, a potem długo, długo nic. Nie podzielam tej pewności ani w jego sprawie, ani Florencja. Jest wielu wspaniałych muzyków stających w naszym kraju za pulpitem. A jednak tylko Florencjo ma dość siły i determinacji, żeby wycisnąć z każdego muzyka pasję zagrania najlepiej jak potrafi. Nie przepuści nikomu. Nie daruje błędu, lenistwa, opieszałości i kompleksów. Często bywa to bolesne i stresujące, ale liczy się rezultat, a ten jest zawsze imponujący. Czasem niektórzy z Was wytykają nam kiksy i nierówności w spektaklach, ale pamiętajcie, że w muzyce na żywo nie ma artystów absolutnych, przynajmniej nie na tym poziomie płacowym. Idealne wykonania istnieją tylko na płytach, niektórych płytach. W teatrze ważne jest, by potknięć było jak najmniej. I właśnie u nas jest najmniej. Wsłuchajcie się w to łaskawie, bo to czysta przyjemność. I nie mówcie, że czasami nie dość słowiańska interpretacja w tym, czy innym fragmencie. Od dawna już wiemy, że „słowiańskość” przywoływano jako walor tam, gdzie zwykle nie starczało temperamentu. Zresztą może ten piękny kraj zasługuje ze swoją muzyką na to, by nie konserwować go w nadmiarze słowiańskiej zalewy.

Nowa siedziba?

czwartek, 3 Grudzień 2009

Nowa Opera

Opera w Sydney jest jednym z najsławniejszych osiągnięć współczesnej architektury i najbardziej znanym gmachem operowym na świecie. Jej funkcjonalność nie wywołuje już takich zachwytów jak kształt, a jakość produkcji i poziom artystyczny zespołów od lat jest konsekwentnie krytykowana. Opera Narodowa w Warszawie jest największą sceną świata, ale jej widownia pozostaje za nią daleko w tyle pod każdym względem, jeśli wolno tak najogólniej tę dysproporcję określić. Mediolańska „La Scala” i Nowojorska „Metropolitan” to dwie opery, które są wciąż najwyższymi szczytami w artystycznej wspinaczce śpiewaków i realizatorów ku sławie i czołowym miejscom w rankingach operowych profesji. Ale codzienne spektakle w tych zacnych instytucjach bywają bardzo przeciętne i sam widziałem na tych kultowych scenach wiele komicznych bubli, których nie dopuściliby przed oczy swojej publiczności tak pedantyczni wobec artystycznych zadań w naszym skromnym kraju dyrektorzy, jak Treliński, czy niżej podpisany. Opera jest skomplikowaną sumą najróżniejszych elementów i właściwie nie ma szans, żeby wszystkie składniki tej sumy były doskonałe.

A jednak marzy mi się w rozkwitającym dynamicznie Trójmieście gmach, który swoją urodą przyćmiłby australijską królową. Gmach będący na następne stulecie wizytówką miasta, zamiast wysłużonego żurawia nad Motławą. Gmach stworzony przez jakiegoś światowego architekta – zwycięzcę w sprawiedliwym, pozbawionym lokalnego kumoterstwa konkursie. Marzy mi się, że w tym gmachu po żmudnych konsultacjach fachowców z różnych dziedzin, wśród których nie zabraknie doświadczonych twórców, stworzy się doskonałe rozwiązania funkcjonalnych wnętrz z nowoczesną sceną na czele. Że nie zapomni się tam o salach prób, jak w Warszawie, o drożnych korytarzach, jak w Krakowie, czy wygodnych garderobach, jak we Wrocławiu. Że tym gmachem nie będzie rządził głupkowaty komputer z przetargu, któremu ogrzewanie myli się z klimatyzacją, a dymek z papierosa podczas akcji scenicznej z pożarem, który trzeba zalać wodą.

Marzy mi się, że do takiego gmachu wejdzie zespół, który wiele lat będzie przygotowywał się do takiego święta i nie zawiedzie skierowanych nań oczu całego operowego świata kilkoma wspaniałymi premierami, którymi uczci otwarcie nowej „świątyni sztuki”. Że społeczność całego regionu pomorskiego będzie dumna z tej swojej „korony” tak przecież kosztownej, a tak potrzebnej każdemu, kto widzi, że świat zbudowany jest sensownie i harmonijnie, a obowiązujące w nim zasady i hierarchie są tego sensu gwarancją. Rozmowy z marszałkiem Kozłowskim i prezydentem Adamowiczem na temat nowej siedziby Opery Bałtyckiej napawają optymizmem i pozwalają te marzenia traktować jak cel, a nie mrzonki. Przewidywana przeze mnie w okolicach 2017 roku agonia gmachu na rogu Hallera i Zwycięstwa skłoni zapewne do lobbowania w tej sprawie wszystkich, którzy choćby częściowo podzielają moje przekonania, co do zasadności budowania kosztownego i pięknego obiektu zaraz po zaspokojeniu potrzeb miłośników piłki nożnej. Tymczasem pracujemy nad tym, żeby w chwili podejmowania decyzji o kosztownej inwestycji, nikt nie miał wątpliwości, że firma prezentująca spektakle pod szyldem Opery Bałtyckiej jest tego warta tak samo, jak warta jest tego nasza publiczność.

Komplet – niby oczywiste

wtorek, 1 Grudzień 2009

Państwo i samorządy dopłacają do każdego miejsca w operze kilkaset złotych. Bez tego ta dziwna gałąź sztuki uschłaby i odpadła ku rozpaczy nielicznego grona maniaków. Reszta umiarkowanych melomanów doznałaby chwilowego żalu i może nawet tu i ówdzie odezwałyby się głosy protestu. Lwia część podatników, z których kieszeni owe kilkaset złotych płynie, nie zainteresowałaby się tą stratą, ani by jej nie odczuła, bowiem tę szczyptę ich podatku pożarłby natychmiast kto inny. A jednak utrzymuje się gmachy i zespoły operowe, a nawet buduje się im nowe siedziby w miastach, gdzie do tej pory występowały tylko trupy objazdowe. To dlatego, że opera jest koroną wszelkich luksusów i sumą wszelkich sztuk. Powiada się, że w mieście, w którym jest opera, istnieją z pewnością wszystkie inne osiągnięcia cywilizacji jak przedszkola, uniwersytety, baseny, dyskoteki,kina i tysiące innych atrakcji. Instytucja opery wieńczy dzieło budowy miasta jako najpełniejszego tworu ludzkiej społeczności. Byłoby więc nader logiczne, gdyby każdy członek takiej społeczności odwiedził choćby raz swoją operę jak, na przykład, muzułmanin Mekkę. Ale jakże można porównywać gmach, nie zawsze poważnych Muz, z miejscem religijnego kultu, gdzie utrudzony podróżnik odnajduje niezawodnie głębokie, wstrząsające przeżycie, które zapamięta na zawsze? 

A może właśnie należy się starać, by takie właśnie przeżycia towarzyszyły odwiedzaniu opery? Być może nie tak głębokie, jak religijne, ale równie pożyteczne dla oczyszczenia ducha wzruszenia zawarte są przecież w największych arcydziełach muzycznych. Może więc warto postarać się, by w swoim kształcie scenicznym nie tylko nie uległy ośmieszeniu, ale zostały wzmocnione przez tajemnicze obrazy i wspaniałych, żywych artystów wyśpiewujących pod niebiosa, czy oddających się widzowi w magicznym tańcu?  Czy nie powinno być tak, że każdy, kto kiedykolwiek był w operze, na wieść, że trzeba zrewidować sens istnienia owej korony miasta, wpadnie w słuszny gniew? Jak starannie musimy więc dbać, by każdy codzienny spektakl był godny nie tylko tych kilkudziesięciu złotych wyłożonych przez widza, ale też i tych kilkuset dopłaconych przez wszystkich włącznie z tymi, którzy w operze jeszcze nie byli, ale słyszeli, że być należy. A od kogo słyszeli? No właśnie od tych co już byli! Każdy widz każdego dnia jest przecież potencjalnym świadkiem dobrej nowiny, że w tym mieście warto poświęcić wieczór i przyjść do opery, gdzie można doznać oczyszczenia z codziennych trosk i zmulonych sumień. 

Wierzę w to uporczywie i serce mi rośnie, kiedy obserwuję z miesiąca na miesiąc jak moja widownia w Bałtyckiej napełnia się coraz bardziej po brzegi, a w kasie brakuje biletów na wiele tygodni w przód. Kiedyś wbijano mi do głowy, że w mieście takim jak Poznań, Gdańsk, ba, nawet Warszawa można od biedy zagrać dwa spektakle tego samego tytułu pod rząd. Kiedy przed chwilą rozpoczęliśmy czwarte z rzędu przedstawienie nielekkiego przecież “Oniegina” przy pełnej sali poczułem po raz pierwszy od dwóch lat, że nasze wysiłki nie poszły na marne i że, być może, ta dziwna gałąź sztuki ma wciąż głęboki sens.

Teatr to zespół

czwartek, 26 Listopad 2009

Po ekipie “Rigoletta”, potem “Wesela Figara” przyszła kolej na grupę solistów “Oniegina”. Od dwóch lat przed każdym blokiem czterech spektakli danego tytułu zjeżdżają się z całej Polski w okolicach poniedziałkowego wieczoru. Niektórzy wpadają w ostatniej chwili we wtorek rano, żeby być o dziesiątej na pierwszej próbie. W środę są dalsze reżyserskie, w czwartek dwie orkiestrowe i w piątek trzeba zagrać pierwszy spektakl. Od dwóch lat do każdej produkcji angażujemy artystów dobranych z castingów lub tych, których znamy i współpracujemy z nimi od dawna. To dlatego, że daną partię może w naszym kraju wykonać zaledwie kilka osób. Reszta tylko imituje to, co kompozytor zapisał w partyturze. W naszym niezbyt umuzykalnionym kraju niewiele osób to wie i oczekuje od obsady, żeby śpiewała zgodnie z wymaganiami dzieła. Sporo przedstawień śpiewanych jest mniej więcej tak, jak być powinny, sporo byle jak, aby dobrnąć do końca. Teatry, w których istnieją zespoły etatowe borykają się z tym problemem na codzień, bo mając dla przykładu trzech barytonów muszą zlecać im obsłużenie całego repertuaru. Śpiewak, który jednego dnia śpiewa Nabucco, drugiego Papagena, a trzeciego ojca Alfreda w “Traviacie” i przykleja sobie wąsy i brodę, żeby jakoś ukryć, że syn – tenor jest starszy od niego, nie może tego wszystkiego wykonać dobrze, choćby był nie wiem jak zdolny i uniwersalny. Tak jest we wszystkich głosach. Różnorodność tytułów, postaci, epok muzycznych stylistyk wykonawczych jest tak ogromna, że dla prawidłowego obsadzania i wysokiego poziomu wokalnego szeregowych spektakli trzeba by mieć na etatach zespół czterdziestoosobowy, najskromniej licząc. Zrezygnowaliśmy więc z tego od startu i stosujemy system “staggione”, gdzie do każdego utworu angażowana jest odrębna grupa. Pojawiają się w naszym teatrze raz na kilka miesięcy i wyjeżdżają po tygodniu pracy dalej w świat. Większość z nich rzeczywiście śpiewa po całym świecie. Wielu z nich rezygnuje ze spektakli za poważne pieniądze w innych teatrach, żeby wziąć u nas udział w próbach, za które płacimy symbolicznie. Ale przecież warunkiem istnienia prawdziwego teatru jest istnienie zespołu artystycznego. Śpiewacy muszą się czuć wśród siebie na scenie i wokół niej bezpiecznie. Muszą być otwarci, zaprzyjaźnieni i pomagać sobie wzajemnie. A przede wszystkim musi ich łączyć podobieństwo w sztuce. Wspólne myślenie, wspólny system wartości, wspólne emocje bez których najpiękniejsze głosy są tylko pustymi dźwiękami. Jak to osiągnąć, żeby podczas miesiąca prób przed premierą uzyskać taką harmonię i jedność, a potem przy wznowieniach wskrzesić tę jedność w ciągu kilku dni? – oto jest pytanie. Jedno z najważniejszych w operze współczesnej, która staje się coraz bardziej międzynarodowa i oparta na podróżnikach wędrujących od hotelu do hotelu. Ci ludzie żyjący przez lata swej krótkiej kariery na walizkach, z daleka od domu i swoich bliskich, tworzą wzruszającą rodzinę zastępczą, której życie jest krótkie jak spektakl, jak ulotne chwile od hotelowego śniadania po kolację w teatralnym bufecie. Są neurastenikami, przewrażliwionymi na punkcie swego kruchego zdrowia i nietrwałego prestiżu u kapryśnej publiczności. Obserwuję jak serdecznie się witają na pierwszej próbie, wypytują w pośpiechu o to, co wydarzyło się od ostatniego spotkania, jak pilnie słuchają się wzajemnie sprawdzając formę głosu. A już po kilku dniach żegnają się na scenie po ostatnich ukłonach i rozjeżdżają do innych miast bez żadnej pewności, że sie jeszcze w tym składzie spotkają. Taki jest nasz zespół solistów, w którym wciąż pojawia się ktoś nowy i z którego co i raz kogoś ubywa. Piękne to i straszne zarazem. Uczy nas pokory wobec nietrwałości życia i szacunku dla każdej wzniosłej chwili, jaką uda się wspólnie uchwycić.

Nowy sezon

wtorek, 17 Listopad 2009

Odnowiona gruntownie Opera Bałtycka otworzyła  swój nowy sezon spektaklem “Rigoletta”. Nie jest to tytuł, który odzwierciedla wszystkie tendencje artystyczne, jakim hołdujemy, ale to była pierwsza premiera, z którą obejmowałem dyrekcję tej zasłużonej placówki i właśnie ta inscenizacja stawała się wizytówką zmian, jakie miały tu nastąpić.

Po dwóch latach pracy nad przekształceniem Opery Bałtyckiej w nowoczesny teatr europejski nasza ekipa zdaje sobie sprawę, że to nie “Rigoletto” reprezentuje skalę naszych możliwości, ale sentyment do początków trudnej wspinaczki jakiej podjęliśmy sie wraz z całym zespołem, skłonił nas do przypomnienia tego spektaklu i przeżycia ponownie jego magicznej siły. Jego uroda wykreowana przez Jagnę Janicką, wspaniała rola Mikołaja Zalasińskiego i potężna batuta maestra Florencja sprawiają, że dystans artystyczny jaki dzieli “Rigoletto” od naszej ostatniej premiery “Ariadny” Straussa wciąż wydaje mi się do przyjęcia i nie skłania mnie do pożegnania się z tą pozycją repertuaru, jako czymś, co nie budzi już należytych emocji.

Staramy się w naszym teatrze bardzo o to, by ostatnie osiągnięcia, które wyznaczają pułap naszych możliwości, miały wpływ na spektakle realizowane wcześniej. Wracamy do nich odnawiając je przy każdym wznowieniu tak samo gruntownie, jak foyer, czy podłogę sceny podczas letnich remontów. Obsesja, żeby nie podać publiczności jakiegoś przeterminowanego dania odgrzanego naprędce, stała się wspólną cechą kierownictwa POB. Konsekwencje takiej postawy są pracochłonne i kosztowne, ale chyba wszyscy się zgodzimy, że jeszcze większym kosztem odbywa się nonszalanckie serwowanie wszystkiego, co udało się przechować w magazynach, bo to są zapewne mniejsze pieniądze, ale wyrzucane wprost w błoto. Dlatego życie naszych inscenizacji będzie krótkie, ale jakże piękne i intensywne. Tak właśnie myślimy i o naszym życiu w gronie nowej ekipy artystycznych przywódców Opery Bałtyckiej.

Zapewne i my przy najdrobniejszych oznakach przeterminowania znikniemy stąd jak nasze spektakle. Ale wierzę niezłomnie w to, że teatr musi być żywy i przejmujący, a nie dostojny i zmieniający się z latami w swój własny pomnik. Tak naprawdę żyjemy od podniesienia kurtyny do jej opuszczenia. Nikt nie gwarantuje, że następnego dnia wszystko się powtórzy. Dlatego z szacunkiem i wzruszeniem oglądałem nasz inauguracyjny blok “Rigoletta”, bo to, co działo się na scenie wyglądało tak, jakby powstało wczoraj.