Przekleństwo Makbeta

27 Sierpień 2010

Moja poprzednia inscenizacja tej opery w Teatrze Wielkim w Warszawie wiele lat temu rozpoczynała się od desantu wiedźm. 46 chórzystek zawieszonych w szelkach spadochronowych 15 metrów nad sceną czekało aż przejdzie przez nią powoli po otwarciu kurtyny ogromny rycerz. Kilkanaście taktów przed swoim śpiewaniem zjeżdżały na znak inspicjenta całą chmarą wśród błyskawic. Ten desant robił niesamowite wrażenie na widzach, którzy spodziewali się dalszych emocji w myśl reguły mistrza Hitchcocka. I rzeczywiście jeździły wszystkie zapadnie, dymiły dmuchawy, podczas dworskiego przyjęcia grano w szachy dwumetrowymi figurami z kamienia i powiewano w co drugiej scenie kilkoma hektarami chorągwi. O wykonawczyni partii Lady ówczesny papież krytyki muzycznej Jerzy Waldorff napisał “Toż to istna armata spod Verdun!” Sugestywnie wykonywał swoje zadania Jerzy Artysz jako Makbet, ale ja miałem poczucie klęski, bo to co najważniejsze w tej operze nie zostało zrealizowane.

Los jednak okazał się łaskawy dla mojej sztuki reżyserskiej i po latach pompatycznych inscenizacji na największej scenie świata pozwolił mi skupić się na istocie operowego gatunku, czyli śpiewających aktorach. Mają oni przed sobą za każdym razem karkołomne zadanie wykreowania wiarygodnych dramatycznych postaci przy pomocy, jeśli można użyć takiego słowa, wyjątkowo sztucznej konwencji, jaką jest operowy śpiew. Musimy wspólnie z nimi wykonać żmudną pracę budowania tych postaci takt po takcie, krok po kroku – aż uda nam się dotrzeć do prawdziwych emocji po obu stronach rampy. To nie znaczy, że zaniedbujemy efekty inscenizacyjne, ale w naszym skromnym budżetowo teatrze są one w sposób naturalny ograniczone. To harmonizuje z przekonaniami, że teatr to przede wszystkim żywy człowiek prezentujący tu i teraz swoje uczucia, wirtuozerię i piękno. Dopiero tu, w Operze Bałtyckiej, te przekonania zacząłem wcielać w życie bez dotychczasowych kompromisów. We wszystkich teatrach do tej pory musiałem się liczyć ze zdaniem kogoś, kto tych przekonań nie podzielał w pełni. Czy dyrektor, czy dyrygent, czy jakaś napompowana przez snobów “gwiazda” – wciąż ktoś zmuszał mnie do odstąpienia w jakiejś decyzji od tego, co uważałem za słuszne. To spotyka większość moich koleżanek i kolegów usiłujących wyrażać się poprzez teatr. Dlatego w naszej Bałtyckiej przestrzegamy bardzo starannie zasady nie wtrącania się w budowanie spektaklu przez zaproszonych do współpracy realizatorów. Dlatego też, kiedy my je tutaj realizujemy, nie pytamy sie nikogo o zdanie. Oddajemy się pod sąd, nawet najsurowszy, widzów każdego spektaklu, ale tworzymy je suwerennie. To stało się możliwe przede wszystkim dzięki bezprecedensowej współpracy całej ekipy realizacyjnej. Moje porozumienie w sprawach muzyki i teatru z Jose Marią Florencio nie ma odpowiednika w skali krajowej nie tylko dzisiaj, ale w ciągu trzydziestu lat mojej pracy we wszystkich teatrach Polski. Nasza wybitna scenografka Hania Szymczak wyrasta obecnie na jedną z pierwszych artystek w tym zawodzie. Brak mi słów na wyrażenie, ile im zawdzięczam. Nie byłoby tego, gdyby nie idealna harmonia w rozumieniu przez nas świata wartości, wbrew falom mód i tendencji. Nie tylko myślimy podobnie o tym, co powinno stanowić osnowę kreacji waokalno-aktorskich, ale też identycznie odczuwamy, co nie powinno.

Najważniejszą sprawą w realizacji “Makbeta” jest według mnie wykreowanie wszystkich relacji, jakie Szekspir, a za nim Verdi zaprogramowali w swoich genialnych dziełach pomiędzy Makbetem i jego żoną. W tych zawiłych wzajemnych zależnościach kryją się odpowiedzi na nurtujące nas pytania o motywacje kolejnych zbrodni i dążenie na oślep do zdobycia władzy. Jest to oczywiście tylko jedna z możliwych interpretacji i wielu nie zgodzi się ze mną, że żądza władzy jest wypadkową nierozwiązywalnych problemów alkowy, że nazwę to skrótowo. A jednak stan męskiej frustracji, kompleksy i idąca za nimi podejrzliwość prowadząca do manii kontrolowania otoczenia rodzą się często w konfrontacji z wymaganiami kobiecego ciała. A Lady jest bardzo wymagająca. Dysponuje energią i temperamentem na wielkie zadania i dynamiczne życie. W okowach małżeńskiego uzależnienia mogłaby ewentualnie wyładować ten nadmiar energii rodząc i wychowując dzieci. Ale natura odmówiła jej tej szansy. Bezpłodność jako źródło niebezpiecznych zawirowań mentalności przeradza się często w pasję religijną i tą drogą pozwala kobiecie odnaleźć sens życia. Ale Lady nie ma żadnego kontaktu z Bogiem, czy nawet najogólniej pojętym światem metafizyki. Makbet jest idealnym towarzyszem w tej egzystencjalnej samotności. Mimo swoich resztek moralności, jakie być może wyniósł z dzieciństwa, jest uległy wobec cynicznej oferty światopoglądowej, jaką serwuje żona. Jest uległy wobec wszelkich okoliczności jakie serwuje los. Jego brak charakteru i własnego zdania idzie w parze z agresywnością i temperamentem wojownika.

Nie musimy dalej rozwijać tej analizy, bo wnioski nasuwają się zbyt łatwo. Musimy przecież pamiętać przy całej prawdziwości psychologicznej postaci, że dramaty Szekspira to świat wielkiej poezji, gdzie metafora i moralitet bardziej decydują o kształcie opisanego świata niż prawdopodobieństwo ludzkich zachowań. Te relacje małżeńskie powinny być raczej traktowane jako poetyckie figury doprowadzone do ekstremalnych napięć.

Drugą decydującą o wartości teatralnej tego utworu jest wiara w sprawiedliwość dziejową, że użyję demagogicznego określenia chorążych postępu. Tyrania musi zostać ukarana, a ład społeczny zawsze zatryumfuje nad wojnami i chaosem. To przesłanie “Makbeta” skłoniło nas do wpisania tej premiery w krąg przedsięwzięć artystycznych festiwalu “Solidarity of Arts”. Szekspirowska opowieść o przekleństwie władzy nakłania do refleksji o losach naszej Ojczyzny. Muzyka Verdiego nadaje tej opowieści rangę uniwersalnego mitu. Współczesny teatr operowy uparcie podejmuje poważne próby przełożenia tych mitów na naszą dzisiejszą rzeczywistość. Zdajemy sobie sprawę z ryzyka porównywania starej szkockiej legendy z naszą najnowszą historią, ale wierzymy, że teatr jest miejscem wstrząsu i oczyszczenia, a więc ma mówić o sprawach, które nas bolą i są składnikiem aktualnych emocji. Zło, jakie rodzi się w sercach pełnych pychy i żądzy władzy musi być wciąż na nowo nazywane po imieniu dla naszego wspólnego psychicznego zdrowia. Bolą i wywołują gniew bratobójcze walki pomiędzy tymi, którzy niegdyś rozpoczynali ramię w ramię bój o lepsze jutro. Dlatego odwołujemy się w w naszym “Makbecie” do chwil, kiedy większość z nas była dumna z przynależności do narodu, który był tak podziwiany za rozpoczęcie wielkiej przemiany dziejów, a potem tak piętnowany z powodu niekończących się wewnętrznych swarów.

Postaramy się więc przekonać naszą publiczność, że toksyczna namiętność do rządzenia bliźnimi jest jedną z najniebezpieczniejszych cech, w jakie zostaliśmy wyposażeni. Jej pobudzanie i eskalacja w umysłach naszych partnerów życiowych jest śmiertelnym grzechem, a kult wielkich władców i mętnych bohaterów historii, którzy zamiast budować rujnowali i szerzyli wzajemną nienawiść jest kultem chorym. Nasze serca są po stronie takich jak Banko i Makduf. Stają się zwykle ofiarami historii razem ze swoimi najbliższymi, ale to dzięki nim historia wychodzi od czasu do czasu na prostą z zakrętów szaleństwa i głupoty, ku którym kierują świat zakompleksione jednostki wiedzione żądzą odwetu za swoje jałowe życie osobiste.

Marek Weiss

Hałas

11 Sierpień 2010

Wakacje i konieczność wypoczywania w pięknych miejscach globu jest zajęciem wymagającym coraz więcej przygotowań,wysiłku, pieniędzy i rezygnacji ze sposobu i procedur życia, do których się jest przywiązanym. Potężny przemysł turystyczny sprawia, że coraz większe tłumy podbijają nieznane lądy i odludne miejsca w poszukiwaniu ciszy i spokoju, co powoduje, że cisza i spokój są ostatnią atrakcją, jaką można w takich rejonach się cieszyć. Dla mnie prawdziwym koszmarem, który nieodłącznie zaczyna kojarzyć się z wakacjami jest totalny hałas serwowanej przez różne punkty usługowe prymitywnej muzyki. Niby jesteśmy już przyzwyczajeni w ciągu całego roku do tego, że w każdym sklepie puszczają jakiś łomot, w lokalach, gdzie czasami chciałoby się pogadać z umówioną osobą puszczają łomot, na klatce schodowej w dowolnej kamienicy zawsze znajdzie się ktoś, kto aktualnie puścił sobie łomot, a to, co dobywa się niekiedy z samochodów dniem i nocą, to już nawet nie łomot, tylko artyleryjska kanonada . Powinniśmy więc oswoić się z tym, że wszędzie krzątaninie naszych bliźnich towarzyszy jakiś prosty rytm i prymitywna melodia. A już ci nieszczęśnicy, którzy zamieszkują okolice zabytkowych rynków, czy parków z miejscami przeznaczonymi na koncerty, mogą zapomnieć o ciszy i normalnych godzinach snu. Zezwolenia wydawane przez urzędników na takie imprezy służą odfajkowaniu przez nich działalności kulturalnej i żadne protesty okolicznych mieszkańców nie mają znaczenia. Zresztą jacy mieszkańcy wychylą się zbiorowo, żeby taki protest przeprowadzić drogą urzędową? Co ma w ogóle do gadania jakiś mieszkaniec, kiedy w grę wchodzą nadrzędne interesy magistratów? Tolerujemy więc imprezy pod gołym niebem, czyli pod naszymi oknami. Tolerujemy ich monstrualne nagłośnienie, bo taki koncert to wspólne dobro kulturalne, czyli coś pełnego rzekomo wyższych wartości. To bez znaczenia, że większość takich imprez wciskają magistratom agencje i artyści uprawiający sztukę pozbawionej skrupułów chałtury. Któż zajmie się oceną, gdy korzystają z tego tłumy? Kto powstrzyma tłumy? Nikt? No dobrze, w takim razie nie ma co lamentować w sprawie hałasu na co dzień. Można przecież wypocząć od niego podczas urlopu w jakimś odludnym miejscu. I tu czeka nas niespodzianka! Odludne miejsca są jeszcze na Antarktydzie, Grenlandii, północnych wybrzeżach Kanady i Syberii. W pozostałych zawsze możecie natrafić na nieduży bar, gdzie tubylcy i turyści popijają piwo i oglądają futbol w telewizji satelitarnej. Żeby się im nie nudziło puszczany jest z potężnych głośników, które są ambicją każdego zdaje się barmana, łomot do późnych godzin nocnych. Jego zabójczy żywioł niesie się po wąskich średniowiecznych uliczkach, po lasach i łąkach a także wodach słodkich i słonych. Nie ma przed nim ucieczki, nie ma ratunku. Jedyny sposób, to posiedzieć kilka wieczorów w pobliżu głośnika i ogłuchnąć jak większość populacji. Ale jak wtedy zrealizować jakieś dzieło Mozarta, czy Verdiego? A może nie zadawać już dzisiaj takich pytań? Skoro głuchota jest normą, to twórcom operowym i baletowym, nie wspominając innych, też mogłaby nie przeszkadzać w pracy. A może od dawna nie przeszkadza i tylko ta wyalienowana mniejszość słyszących marudzi i lamentuje nie wiedzieć czemu. Na szczęście ich czas dobiega końca. Świat dźwięków zdominują głośniki a niepotrzebne nikomu rozmowy, czułe szepty i delikatne flażolety zajmą odpowiednie gabloty w muzeach.

Zdumiewające

20 Lipiec 2010

Jako uzupełnienie w sprawie Polańskiego proponuję refleksję nad wiadomością o obozach szkoleniowych dla młodzieży organizowanych przez geje i lesbijki. Okazuje się, że w wielu miejscach naszego pięknego kraju powstały takie obozy letnie, gdzie wypoczywa młodzież nastoletnia niepewna swej orientacji seksualnej. Podobno wymagana jest na taki pobyt zgoda rodziców. Widzę oczami duszy te gromady światłych mam i ojców, które gwarantują swoim pozwoleniem swobodę indoktrynacji seksualnych na takich obozach. Jako uczestnik wielu bardzo różnych obozów w bardzo dawnych czasach wiem, że lato pod gwiezdnym niebem jest właśnie okresem różnych indoktrynacji, inicjacji, przygód, radości i tragedii, ale pierwszy raz słyszę, że takie zgrupowania wakacyjne mają oficjalnie i fachowo służyć problematyce genitalnej. Przy całym wysiłku z mojej strony i zapewne ze strony większości rozsądnych ludzi, żeby dorównać kroku wszechwładnie nam panującej liberalizacji obyczajów i tolerancji wobec każdego odlotowego widzimisię, są chwilę, kiedy pasuję i przysiadłszy na marginesie postępowej ludzkości patrzę w osłupieniu na eskalację szaleństwa. Jak to? To starego reżysera aresztują za indoktrynowanie w wannie 30 lat temu pewnej nastolatki, która wielce prawdopodobnie miała na to szkolenie zgodę mamy, a jednocześnie przeprowadza się publicznie pod słońcem demokracji wywiady ze szkoleniowcami, którzy tu i teraz nakłaniają młodocianych, by przestali się ślamazarnie wahać co do swoich preferencji? Z tymi, co namawiają zielonych hormonalnie małolatów, by w poczuciu przynależności do europejskich elit zdecydowali się na postępowe uprawianie homoseksu wyzbytego z zabobonu, że kopulacja służy w swej fundamentalnej warstwie staroświeckiemu rozmnażaniu? Skoro tak, to przychodzi mi do głowy myśl, że może ktoś pragnący nadążyć za radosną paradą wolności zorganizuje w przyszłym roku obóz, a może nawet kilka, dla nastolatek, które za zgodą rodziców, rzecz jasna, będą przygotowywane do podjęcia decyzji o spółkowaniu jednak z płcią męską. Znajdzie się tam dla nich tak wiele wspaniałych argumentów za przyjęciem takiego rozwiązania, że organizatorzy mogliby z czasem dostać jakiś order za przysporzenie Ojczyźnie wielu nowych obywateli, których według statystyk zaczyna drastycznie brakować. Bądźcie czujne małolaty! Castingi wojewódzkie ogłoszą lada dzień!

Fenomen Polańskiego

13 Lipiec 2010

Opera Bałtycka odpoczywa. Ma przerwę urlopową. Jest chwila czasu na jakiś wakacyjny temat. Ale uprzedzam, że to nie będzie o Bałtyku i wylegiwaniu się na plaży. Zbyt jestem rozgoryczony tendencją przekształcania plaż Trójmiasta, a więc skarbu narodowego klasy Mariackiego kościoła, w jarmark zapchany budami z piwem, rzeźbami z piachu, namiotami dla chałturzących muzykantów i wszelkimi innymi uciechami dla gawiedzi, która nudzi się chwilą ciszy i okazją do autorefleksji. Wrzaskliwe imprezy, stosy puszek, butelek i postępujące z roku na rok ograniczanie powierzchni plaż zdatnych do rozłożenia prywatnego kocyka – wszystko to powoduje, że mieszkając o krok od jednego z najpiękniejszych w Europie brzegów morza unikam jego przygnębiającego widoku. Najgorsze w tym jest poczucie, że większość uzna mnie za dziwaka, który nie umie włączyć się do wspólnej zabawy. Zdecydowanie nie po drodze mi z większością. Nie podzielam też uczuć czcicieli futbolu i ubolewam, że telewizja w pogoni za oglądalnością wciska gdzie się da informacje o tym, co przydarza się piłkarzom, co powiedzieli, za ile się sprzedali do kolejnego klubu, z kim się rozwiedli i w jakim lokalu zabawiali się po strzeleniu gola. Ostatnio osłupiałem, gdy w moim ulubionym programie Monika Olejnik i jej szanowany powszechnie rozmówca zostali pomniejszeni do podrzędnego okienka, a w większym puszczono równolegle przejazd na żywo drużyny Hiszpanów przez ulice Madrytu wypełnione fanatycznym tłumem. Ważniejszy od znakomitej dziennikarki i fascynującej rozmowy o istotnych dla Polski sprawach okazał się jakiś kibic, który aktualnie siedział w reżyserce emitującej program na antenę. I znów większość mnie potępi, ale spróbuję się tym nie martwić.

Tego samego wakacyjnego dnia wiadomości krążyły wokół osoby mojego ukochanego reżysera i jednego z największych żyjących polskich artystów, jakim jest Roman Polański. Szwajcarzy postanowili, że jednak go nie wydadzą amerykańskiej nagonce, jaka została zmontowana w trakcie realizacji jego ostatniego filmu. Uznali, że nie ma sensu ściganie go w imię krzywdy kobiety, która już dawno mu wybaczyła i zapewne żałuje, że jej opiekunowie żądni odszkodowań pozbawili ją szansy kolegowania się z Romanem teraz, kiedy nie jest już taki groźny. Pedofil! – wrzasną na mnie oburzeni legaliści. Część z nich przymilała się wiele lat Polańskiemu i fotografowała się z nim z okazji jego przyjazdów do kraju. Wydawało mi się, że przez te lata opinia społeczna poszła za głosem poszkodowanej i uznała przedawnienie. Nikt nie rzucał się na Romana, by go skrępować i odprowadzić do amerykańskiego konsulatu. Podziwialiśmy go za wielkie filmy i daliśmy mu wcielić się w Papkina, co przecież wymagało licznych dni zdjęciowych w Polsce. Ostatni raz widziałem go w Sopocie gdy przyjechał z Faye Dunaway celebrować odsłonięcie pomnika „dwóch ludzi z szafą”. Szedłem obok niego otoczonego luminarzami polskiej kultury w kierunku sopockiego mola i przypominałem sobie jak poznałem go jako Mozarta grającego z Łomnickim w genialnej sztuce Shaffera. Był Mozartem światowego kina równie niesfornym i łamiącym kanony. Był piewcą wolności jak mało który artysta. Aresztowanie go na stare lata i groźba, że resztę życia spędzi w więzieniu wywoływała protesty na całym świecie. Nie miały one nic wspólnego z pochwałą pedofilii. Wywołane były poczuciem absurdu, jaki stał się jego udziałem. Ale jednocześnie to aresztowanie wyzwoliło nagle agresję i nienawiść do Romka drażniącego ludzi swoim libertynizmem, którego nie mogły wymazać ostatnie lata jego życia w charakterze przyzwoitego małżonka i ojca rodziny. Odezwały się liczne głosy potępienia i oburzenia również tych, którzy w sprawach nieporównywalnie cięższych przewinień ludzi ze świeczników wobec nieletnich trzymali języki za zębami. Słuchałem dzisiaj znawców rozprawiających po różnych kanałach na ten temat. Nikt, nawet Tomek Raczek, nie powiedział o co tak naprawdę chodziło z tym aresztowaniem. A przecież wystarczy uważnie obejrzeć ostatni, genialny film Polańskiego „Autor – widmo”, żeby dojść do wniosku, że istnieją w naszym świecie potężni wrogowie ukończenia tego filmu i dopuszczenia go na ekrany i że ich gorącym pragnieniem jest, by nasz mały staruszek Mozart, co ich tak bezwzględnie zdemaskował, zdechł za karę jak pies. Większość się ze mną nie zgodzi i może nawet wyśmieje, ale i tak jestem z większością na bakier w tylu sprawach, że się tym nie martwię.

Opera Bałtycka w Warszawie

16 Czerwiec 2010

Występ w Warszawie nie jest jakimś wyczynem nadzwyczajnym. Prawie wszystko da się dzisiaj za odpowiednią cenę kupić. Każdy teatr chce pokazać swój spektakl w stolicy, bo tam są media, krytycy, fachowcy i moce opiniotwórcze. Jeśli się pragnie zaistnieć w skali ogólnokrajowej, to trzeba zaistnieć w Warszawie. A więc sęk w tym, żeby nie tylko tam wystąpić, ale też odnieść sukces, a tego już się kupić nie da. Można też przeliczyć się z siłami, porwać się na Warszawę i ponieść tam klęskę. Wtedy biada, bo klęska roznosi się większym echem niż sukces. Byliśmy świadomi tego ryzyka i długo przygotowywaliśmy się, by zaprezentować nową Operę Bałtycką w jak najlepszym świetle. Okazją do tego stał się jubileusz 60lecia naszej instytucji i przekonanie, że mamy w repertuarze kilka spektakli na najwyższym krajowym poziomie, których nie powstydziłaby się i Opera Narodowa. Ponieważ jej scena jest zbyt duża, jak na wymiary naszych produkcji, zaproponowaliśmy Ministrowi Kultury i Sztuki Panu Bogdanowi Zdrojewskiemu, który objął patronat nad obchodami naszego jubileuszu, że pokażemy nasze dwa najlepsze spektakle w Teatrze Narodowym. Ponieważ dyrektor Englert, jak i większość środowiska warszawskiego od pewnego czasu z zaciekawieniem i życzliwością śledził nasze poczynania w Gdańsku, Teatr Narodowy przyjął nas nie na zasadach komercyjnych, jak to się przeważnie odbywa z okazji gościnnych występów, lecz na zasadzie przyjacielskiej wizyty, która nie zrujnowała naszego skromnego budżetu. Wielkie należą się za to dyrekcji Narodowego podziękowania. Tym bardziej czuliśmy się zobowiązani do tego, by wypaść zgodnie ze skalą zaufania, jakie nam okazano.

Pierwszego dnia pokazaliśmy obsypany nagrodami balet Izadory Weiss „Romeo i Julia”. Ta współczesna wersja szekspirowskiego mitu przeniesionego przez choreografkę w dzisiejsze warunki okupowanego Iraku stała się już kultowym spektaklem naszego Bałtyckiego Teatru Tańca, w którego formułę przekształcił się dawny zespół baletowy opery.  Trzydziestomiesięczny okres ciężkiej pracy naszych tancerzy zaowocował powstaniem znakomitego zespołu tańca współczesnego wyspecjalizowanego w budowaniu pełnospektaklowych form teatralnych ze starannie dobieraną muzyką. BTT jest u progu wielkiej podróży po świecie i liczne zaproszenia, które do nas zaczynają napływać, wróżą, że ta ciężka praca nie pójdzie na marne. Warszawa była pierwszym miastem, gdzie pokazaliśmy dorobek tej nowej formacji artystycznej, z której, jak mamy nadzieję, już niebawem Gdańsk będzie mógł być dumny. Było dla nas bardzo ważne, jak nasi tancerze zostaną przyjęci przez inną niż entuzjastycznie nastawiona widownia Trójmiasta. Rezultat przerósł nasze najśmielsze oczekiwania. Wypełniona do ostatniego miejsca widownia Teatru Narodowego zgotowała spektaklowi stojącą owację, a nasza para głównych bohaterów Frania Kierc i Michał Łabuś razem z Izadorą Weiss byli witani na scenie powszechnym okrzykiem radości. Obecni na widowni Marszałek Województwa Pan Mieczysław Struk i Prezydent Gdańska Pan Paweł Adamowicz, którzy razem z Panem Ministrem Bogdanem Zdrojewskim patronowali całemu przedsięwzięciu dziękując zespołowi po spektaklu powiedzieli coś, co dostarczyło najwięcej radości mojemu dyrektorskiemu sercu, że dla takiego zespołu warto budować nową siedzibę i że czas rozpocząć poważne rozmowy o lokalizacji i projekcie Nowej Opery Bałtyckiej.

Następnego dnia zaprezentowaliśmy moją inscenizację dzieła Ryszarda Straussa „Ariadna na Naxos” pod dyrekcją Jose Marii Florencia przygotowaną dla festiwalu „Mezzo” w Seged i transmitowaną kilka miesięcy temu do wielu krajów  przez ten najważniejszy telewizyjny kanał muzyczny na świecie. Dzieło jest niezwykle skomplikowane w swojej warstwie muzycznej i strukturze narracji a trudności wykonawcze są powodem bardzo rzadkich prób jego realizacji scenicznych. Wielu wielbicieli opery wybierało się w Warszawie na nasz spektakl w przekonaniu, że porwaliśmy się z motyką na słońce. Obawialiśmy się tego krytycznego nastawienia, więc z wielką tremą witałem gości w drzwiach Narodowego ciesząc się z jednej strony, że większość znawców stawiła się na nasz występ, a z drugiej strony martwiąc się, czy moi artyści sprostają temu wyzwaniu. I znów przeżyliśmy zaskoczenie, że jakość naszej pracy spotkała się z takim entuzjazmem. Znakomici soliści z Katarzyną Hołysz, Olą Buczek i Arianą Chris na czele, nasza wspaniała orkiestra i maestro Florencio zebrali zasłużone owacje i długie, serdeczne gratulacje po spektaklu, wśród których najcenniejsze były słowa Marszałka Senatu Bogdana Borusewicza, mówiącego o tym, że przynosimy jego rodzinnemu miastu chlubę, oraz czołowego krytyka berlińskiego Clauspetera Koscielnego wychwalającego imponującą klasę artystyczna naszego teatru. Byłem szczęśliwy, że 60 lat Opery Bałtyckiej, zostało zwieńczone takim pięknym akordem, jaki zwykle wieńczy wielkie dzieła muzyczne.

Golasy

11 Czerwiec 2010

Od Adama i Ewy trwa w kulturze spór o nagość. Stosunek moralistów i reszty społeczeństwa do nagiego ciała jest w zależności od epoki to mniej, to bardziej liberalny. Wydawać by się mogło, że dzisiaj to spór przebrzmiały i archaiczny, a jednak… Wokół naszej Opery Bałtyckiej rozgorzał w mikroskali na nowo, wraz z innymi gorącymi tematami. Od ataku na nasze plakaty (wszystkie są w jakimś sensie mojego autorstwa) eksponujące ciało ludzkie, jako „znak nad znaki” po wybrane sceny z naszych spektakli, gdzie nie przestrzegamy reguły, że teatr operowy powinien być bardziej nobliwy, bardziej staroświecki w obyczajności swojej i bardziej przez to odziany. Nie przestrzegamy dlatego, bo wierzymy uporczywie, że teatr operowy jest takim samym teatrem, jak każdy inny, tylko bogatszy o obecność wspaniałej muzyki. Opowiada o naszych sprawach, a nie o sprawach naszych pradziadków i naszym współczesnym językiem o nich musi mówić. A nasze sprawy uległy wielkim zmianom w stosunku do tego, co wiedzieli o sobie kompozytorzy większości granych przez nas arcydzieł. Muzyka nie starzeje się tak bardzo, jak obyczaje, mody, konwenanse. Świat teatralny Mozarta, Verdiego i Wagnera dzisiaj jest muzealnym zabytkiem podczas kiedy ich muzyka jest wciąż żywa i wzruszająca. Prawię truizmy, ale powtarzam je dla tych, którzy wciąż dopatrują się w nowoczesnym teatrze operowym jakiejś obrazy dobrych manier i moralności z dawnych lat. Proszę sobie wyobrazić jak zareagowałby kiedyś świat na romans Prezydenta ze stażystką i informacje o poplamionej sukni przechowywanej przez jej mamę po zabawach z cygarem. Czy Taki prezydent mógłby dalej kierować Stanami Zjednoczonymi i połową świata? Czy gdyby w prasie sto lat temu ukazały się zdjęcia kanclerza Niemiec z podwiniętą przez wiatr spódnicą ukazującą gacie, mógłby taki kanclerz rządzić dłużej niż chwilę? A pierwsza dama Francji i jej naga sesja? A sesja naszej pierwszej damy sprzed lat w sportowym dresie i intrygującym rozkroku?  Mówię tylko o zmianach na samym szczycie. A na samym dole miliony dzieci tkwiących przed ekranami komputerów w portalach internetowych, gdzie oglądają sceny pornograficzne, o jakich nie śniło się ich rodzicom? A filmy w poczciwej telewizji publicznej, gdzie przynajmniej raz dziennie obejrzeć można jakąś gwiazdkę kopulującą w mniej lub bardziej widoczny sposób? Nie mówię już o teatrze, gdzie bez nagości trudno mówić o sukcesie. Czy nagie piersi na kilometrach naszych plaż i sznurek w tyłku zamiast majtek to widoki, przed którymi dramatycznie chronimy nasze pociechy? To wszystko stało się chlebem powszednim. I chwała Bogu, że z powodu odsłoniętego ciała nie biją w nas pioruny, bo wielkim idiotyzmem przy naszej współczesnej wiedzy o człowieku byłoby chyba upieranie się, że nagość jest grzeszna i występna. Dość mamy prawdziwych grzechów i zła na świecie, by goły tyłek piętnować i ścigać jakby był tego zła ostoją.

Dwa lata temu po premierze Rigoletta dostałem list od zbulwersowanej nauczycielki, że demoralizuję młodzież. Dwie striptizerki w pierwszej scenie wywoływały większe oburzenie, niż wszyscy pedofile razem wzięci. Myślałem, że ten grajdoł czas zasypie i powoli dojrzejemy jako społeczeństwo do pasjonowania się prawdziwymi problemami. Ale gdzie tam! Przy każdym wznowieniu Rigoletta sprawa wraca jak bumerang. Na nic wyroki sądów w sprawach o obrazę moralności przez artystów, że obrazy nie ma. Na nic filmy, wystawy, powieści i spektakle. Wciąż kołtun nasz widzi zło w widocznym znaku ludzkiego obnażonego ciała, a nie widzi zła w podłych czynach, które to ciało sprawia bez względu na to, czy obnażone jest, czy zapięte pod szyję. „Rigoletto” nie jest apoteozą rozpusty, której wycinek pokazuje. Wręcz odwrotnie. Co pewien czas dociera do mnie jakiś urażony głos, że epatuję erotyką w moich spektaklach. A przecież, jak mówi mój kolega reżyser „opera jest sexy i trendy”. W kółko śpiewamy w niej o miłości, namiętnościach, zdradach i diabelskich pokusach. „Czarodziejski Flet” nie jest bajką o muzykowaniu na tym instrumencie tylko o komplikacjach związków erotycznych. Kto nie chce tego tam odczytać – nie musi. Ale to tam jest. A ja w moich spektaklach realizuję właśnie to, co jest w dziele operowym. I nie myślę o wychowywaniu młodzieży w cnocie i powściągliwości, bo opera nie należy do resortu edukacji, tylko kultury i sztuki. Myślę więc o wychowaniu młodzieży w prawdzie.

Pomorska Nagroda Artystyczna

3 Czerwiec 2010

Moja wdzięczność wobec losu, o której pisałem, spotkała się z jego łaskawą reakcją w formie deszczu nagród dla Opery Bałtyckiej na zakończenie sezonu. Frania Kierc dostała nagrodę teatralną Prezydenta Gdańska za rolę Julii w balecie „Romeo i Julia” Izadory Weiss, która otrzymała również nagrodę Pana Prezydenta za choreografię do tego spektaklu. Moja i Florencja „Ariadna na Naxos” została uznana przez Gdańsk za najlepszy spektakl roku 2009. Na konkursie im. Moniuszki w Operze Narodowej pierwsze miejsce zdobyła Eliza Kruszczyńska, która debiutowała właśnie u nas w „Czarodziejskim Flecie”, a drugie miejsce Adam Palka, który debiutował także w Operze Bałtyckiej, a obecnie jest jednym z naszych czołowych solistów. Nagrodę im. Jana Kiepury dla najlepszego śpiewaka w Polsce zdobył Mikołaj Zalasiński – główny baryton i filar artystyczny naszego zespołu, a Frania Kierc – nasza niekwestionowana wreszcie gwiazda – nagrodę tegoż Kiepury dla najlepszej tancerki. Zwieńczeniem tej puli stała się Pomorska Nagroda Artystyczna Pana Marszałka Województwa dla Marka Weissa i Izadory Weiss za stworzenie nowego wizerunku Opery Bałtyckiej oraz za nowoczesne realizacje spektakli operowych i baletowych. Ta ostatnia nagroda sprawiła mi najwięcej radości z tego oczywistego powodu, że jest na Wybrzeżu ogromnie prestiżowym dowodem powszechnego uznania, bo decyduje o jej przyznaniu ponad stuosobowa kapituła wybrana spośród najznakomitszych obywateli Trójmiasta. Znaczy to, że po pierwsze jest ono otwarte dla przybyszów z zewnątrz, a nie jak wieść gminna niesie – niechętne obcym. Po drugie, że jednak nie jest prawdą, że ludzie pragną jedynie lekkiej, łatwej i przyjemnej tandety dla rozerwania się po pracy, skoro zaakceptowali nasz ambitny i niełatwy w odbiorze repertuar oczyszczony ze szmiry, podlizywania się gustom powszechnym i z konwencjonalnych gatunków obraźliwych dla ludzi myślących i wrażliwych. Po trzecie, że maglowanie mnie zarzutem lansowania żony i nepotyzmu ustąpiło przed zrozumieniem, że pracujemy z Izadorą od lat nad wspólna wizją teatru, tak jak liczne  pary wspanialszych od nas artystów, których nazwiska wpisały się w historię polskiego teatru. Stało się tak mimo tej natrętnej podejrzliwości, że skoro mąż pracuje z żoną, to powodem musi być jakaś podła motywacja, a nie wspólna pasja artystyczna, której małżeństwo jakże często bywa pięknym zwieńczeniem. Nie doznają takiego maglowania konkubinaty, ani tym bardziej związki homoseksualne. Nie przeszkadza lansowanie swego ukochanego, czy swojej ukochanej pod warunkiem, że taka para nie połączy się legalnie i nie stworzy rodziny. Dziwne to, ale prawdziwe. Staraliśmy się nie zwracać na to z Izadorą uwagi i robić swoje z wiarą, że przekonamy naszą publiczność swoimi spektaklami. Dzisiaj mamy prawo sądzić, że ogromna część naszej widowni uwierzyła, że wspólna praca państwa Weissów ma na Wybrzeżu sens. I te kilka lat spędzonych tutaj przyniesie w efekcie dorobek, którego Opera Bałtycka nie będzie się musiała wstydzić. Czujemy, że coraz lepiej są rozumiane nasze wspólne ideały i zdecydowana postawa w sprawie wartości. Dzieje się tak i wewnątrz teatru, gdzie związani z nami ludzie widzą nas na co dzień przy pracy i na zewnątrz, gdzie zarówno aplauz widowni jak i dyskusje prasowe, internetowe, środowiskowe podchwytują myśli, które staramy się przekazać. Oczywiście, że zawsze będzie część niezadowolonych i niechętnych, ale czy jest ktoś, kto potrafi zadowolić wszystkich? Nawet jasne słońce nie ma stuprocentowego poparcia. Taki jest nasz ludzki świat, gdzie każdy bez przymusu kocha kogo chce i kogo chce nienawidzi.

Perfekcjonizm

27 Maj 2010

Jedni go kochają inni nienawidzą. Jedni nie mogą bez niego tworzyć i żyć, innym wydaje się przeszkodą na drodze do błogiego szczęścia w nieładzie. Kiedy mówimy o modelach aut, godzimy się z tym, że przepaść dzieląca BMW od Poloneza polega głównie na dokładności wykonania tysiąca elementów, których jakość mieści się w ułamkach milimetrów. Ale to, że doskonałość Filharmoników Berlińskich oparta jest w dużej mierze na dokładności wykonania przez nich partytury, nie jest już tak powszechnie rozumiane. Muzyka jest tą cudowną materią, w której perfekcjonizm sprawia, że żyje, a brak dokładności wykonania, że umiera. Muzyka uczy nas harmonii świata i dlatego powinna być od szkoły podstawowej przedmiotem obowiązkowym jak polski i matematyka. Kto tego nie rozumie, ten jest nie tylko głuchy, ale i beznadziejnie głupi. To muzyka rozwija w nas zamiłowanie do perfekcji, a ono prowadzi do nieustannego doskonalenia się i dyscypliny życia. Powie ktoś – „Wcale nie są to takie oczywiste wartości. Można budować życie na przyjemnościach niedbałych, chaotycznych działaniach i spontanicznym zaspokajaniu doraźnych zachcianek.” Można. Jest wiele światów, gdzie życie toczy się zupełnie inaczej i na opak, niż u nas, ale cóż one nas obchodzą. Tyle co nasze wartości obchodzą stado wieprzy. Jeśli jednak nasz świat ma być piękny i sensowny – muzyka i jej surowe wymagania muszą stanowić podstawę naszego sposobu myślenia o nim.

Takie myśli krążyły mi po głowie podczas dzisiejszej próby „Wesela Figara”, kiedy z zachwytem słuchałem, jak przez dwie i pół godziny Florencjo ze swoją batutą pilnował, żeby żadna nutka Mozarta nie wymknęła się ze skomplikowanego zbioru, jakim jest jego mistrzowska partytura. Słuchałem mojej wspanialej orkiestry, która jest coraz bliżej owej niebiańskiej doskonałości, o jakiej pisałem wyżej. Kiedy cieszyłem się, jak zespół solistów z całej Polski, pracujących z ogromnym wysiłkiem po raz kolejny nad przygotowaniem piątego już bloku spektakli tej opery w naszym teatrze, dojrzewa do światowego poziomu wykonania tej arcytrudnej pozycji. Zapowiadani niegdyś na tym blogu bracia Gierlachowie spotkali się wreszcie w tej realizacji i jutro zaprezentują się Gdańszczanom, a może też i licznie nas odwiedzającym Sopocianom i nielicznym Gdyńszczanom. Będzie też kilka osób z zagranicy i dwie z samej Warszawy. Wiem, że będą owacje i zdumienie, .że tu, daleko od Metropolitan I La Scali można posłuchać tak perfekcyjnego wykonania. Byłem wdzięczny Florencjowi za to, że kiedy w jakimś takcie coś zabrzmiało nierówno, dostał szału i walił w pulpit z rozpaczą, że kryształowa tafla perfekcyjnej muzyki została zarysowana. Dzięki temu wiem, że jutro się to nie zdarzy. Bo dopiero wtedy, kiedy taka rysa sprawia prawdziwy ból, możliwy jest najwyższy wysiłek, by do niej nie dopuścić.

Myślałem też o naszej ostatniej premierze baletowej „Out”, która wprawiła w osłupienie i podzieliła publiczność i recenzentów na dwa obozy. Pierwszy utyskiwał, że trudne, niepojęte i pozbawione klarownej opowieści „Romea i Julii”, że monotonnie rozwijający się prolog z muzyką Góreckiego prowadzi do rozwiązania, które wymaga intelektualnej analizy, rzadko przecież używanej w sztuce tańca. Drugi obóz był zachwycony pięknem połączenia niezwykłej muzyki z przejmującym tańcem utalentowanych osobowości. Ludzie odkrywali głębokie przesłanie choreografa, który wierzy, że prawdziwe wartości w dzisiejszym świecie zostały wyautowane z ogłupionego ideologiami i modami społeczeństwa wyznającego jedyną prawdziwą religię gapienia się w telewizor. Największe jednak zachwyty budziła nowa jakość naszego Bałtyckiego Teatru Tańca czyli perfekcjonizm związania ruchu z muzyką. I myśląc o tym poczułem kolejny raz wdzięczność wobec losu, że mogę pracować z Izadorą i Florencjem, bo bez nich nie dokonałbym tego wszystkiego, co udało się dokonać w ostatnich dwóch latach w Operze Bałtyckiej.

Dark room Internetu

24 Maj 2010

Wtajemniczeni rozumieją tytuł. Pozostałych odsyłam, by poszukali sami wyjaśnienia jego genezy, bo szkoda mi miejsca. Pragnę się tylko podzielić tutaj moim przekonaniem, że do dobrych obyczajów internetowych powinna przenikać coraz mocniej powszechna niegdyś pogarda wobec anonimowych opluwaczy i donosicieli. Z jednej strony jest jakaś upojna radość, że w Internecie można się swobodnie wypowiadać na wszystkie tematy. Bez cenzury oraz przykrych konsekwencji manifestować najbardziej nawet drastyczne poglądy i opinie osobiście, jak w sławetnym Hyde Parku będącym zwieńczeniem i chlubą anglosaskiej demokracji. Z drugiej strony jednak całkowita i wieczna anonimowość hulających w internetowych ciemnościach głosów wyzwala w nich niebywałą agresję i skłonność do wyzwisk, co chyba nie wpływa korzystnie na kształtowanie się ich światopoglądu i charakteru. Może więc w ich własnym interesie byłoby wskazane, żeby się przedstawili, zanim swoje mniemanie upublicznią. Nie da się tego wymusić przepisami i sankcjami, bo większość z nas jest za wolnością w sieci i to jest słuszne. Słuszne jest jednak także propagowanie dobrych obyczajów. Nikt nie musi się do nich stosować. Ale czy nie jest miłe i budujące, że w naszym upodlonym przez komunę kraju powraca wraz z wolnością społeczna akceptacja dla dobrych manier, grzecznych form obcowania i usiłowań, żeby wzajemnie wobec siebie nastawiać się bardziej przyjacielsko, niż to fundują proste prawa dżungli? Kulturalna Europa nie jest li tylko czczym wymysłem pięknoduchów. To realna kraina ścieląca się raczej ku Zachodowi, gdzie człowiek człowiekowi niekoniecznie musi być wilkiem.

Ten blog jest między innymi po to, bym mógł się spotkać raz na jakiś czas z zainteresowanymi Operą Bałtycka internautami i jako Marek Weiss odpowiedzieć na różne wątpliwości oraz podzielić się poglądami na aktualne sprawy teatru. Namawiam zawsze do dyskusji i mam wielki szacunek dla tych, którzy wpisują się ze swoimi komentarzami uchylając rąbka anonimowości, nawet jeśli są moimi pracownikami. Nigdy żadna z tych osób nie spotkała się z mojej strony z jakimś niegodnym rewanżem w pracy. Rozumiem ludzi, którzy myślą, czują i kochają inaczej. Lubię spory i dyskusje. Tworząc bardzo osobisty rodzaj teatru jestem od lat do tych sporów przyzwyczajony. Natomiast wobec tych, którzy opluwają mnie w ciemności i lżą z zasłoniętą twarzą mam stosunek obojętny i nigdy nie wdaję się z nimi w anonimowe polemiki wychodząc z założenia, że ich głos jest na starcie spalony jako fałszerstwo. Anonim nigdy nie był wiarygodny. Owszem jest przez wielu zarządzających ludzkimi losami ludzi wykorzystywany jako źródło informacji i możliwości rozprawienia się z kimś niewygodnym, ale pogarda, jaka towarzyszy zawsze czytaniu emocjonalnie zajadłych anonimów, osłabia ich wiarygodność i sens. Obejmując Operę Bałtycką i reformując ją przez dwa lata odebrałem pracę, często wieloletnią, około trzydziestu osobom. Przynajmniej połowa z nich ma prawo darzyć mnie szczerą nienawiścią. Głosy tej grupy przewijają się w internetowych napaściach regularnie. Do tego dochodzą ludzie emocjonalnie związani z inną estetyką, innym światopoglądem i inną ideologią. Mają prawo atakować mnie z całego serca. Ale, czy nie czuli by się godniej i skuteczniej, gdyby podnieśli przyłbice i wystąpili w swoich sprawach z własną twarzą? Jestem pewien, że tak. Proszę spróbować. Nie ma się przecież czego bać. Ja zwalczam w pracy tylko leni i niedołęgi artystyczne, które według mnie obniżają loty wspaniałego zespołu Opery Bałtyckiej.

Sponsorzy

18 Maj 2010

Opera Bałtycka jest w całości finansowana przez samorząd województwa Pomorskiego. Trąbimy o tym przy każdej okazji nie tylko z gorliwością wdzięcznych artystów, ale też z powagą świadomości jak wygląda struktura systemu kultury w naszym kraju. Demokracja i wolny rynek, które są naszą zdobyczą i umiłowaną rzeczywistością nie mogą nam przesłonić tej prostej i niezmiennej prawdy, że kosztowne instytucje artystyczne nie utrzymają się same i tak jak szkolnictwo, powszechna służba zdrowia, wojsko i policja oraz mnóstwo innych „organów” niezbędnych dla życia narodu dysponującego własnym państwem, muszą być utrzymywane z naszych podatków,  sprawiedliwie dzielonych przez mądrych urzędników. Na pierwszy rzut oka opera może się wydać mniej potrzebna niż szpital, czy przedszkole, ale jeśli ktoś spojrzy na system społeczny jako całość i zrozumie jego hierarchiczną budowę o kształcie piramidy, to zgodzi się, że na jej wierzchołku nie może znaleźć się przedszkole ani szpital. To właśnie teatry, sale koncertowe, muzea i biblioteki tworzą to zwieńczenie inspirujące nieustanny ruch ku górze w każdej warstwie społeczeństwa. Opera jest zwieńczeniem gmachu kultury i jak na razie mimo warczenia głuchych na muzykę ignorantów nic nie wskazuje, by miały ją zastąpić festiwale projekcji multimedialnych,  turnieje towarzyskiego tańca, czy łomoczących w kółko swoje cztery akordy zastępów szarpidrutów. Wciąż jest tak, że to w operze będziemy się spotykać w najbardziej uroczystym nastroju i tam doznawać największych wzruszeń. Nie dyskutujmy więc, czy nie dałoby się upchnąć tej kosztownej działalności pod skrzydła bliżej nieokreślonych darczyńców, którzy nigdy, powtarzam nigdy nie wezmą na siebie odpowiedzialności za stabilne życie tak skomplikowanej instytucji jaką jest opera. Oczywiście, że wsparcie finansowe ze strony możnych melomanów i firm doceniających splendor, jaki z tego dla nich płynie jest bezcenny. Niewielkie sumy jakie mogą przeznaczyć na takie wsparcie wystarczą na honorarium jednego wybitnego śpiewaka, ale dobre i to. Tu śpiewak, tam śpiewak i dzięki sponsorom możemy mieć nawet cały kwartet. Niech jednak nikt nie bredzi o tym, że takie wsparcie byłoby sposobem na utrzymanie gmachów, etatów, ubezpieczeń, produkcji dekoracji, promocji, elektryczności i setki innych wydatków, które codziennie ponosi teatr. Był kiedyś sponsor prywatny, który wydawał ogromne kwoty na operę z racji przyjaźni jaką darzył nie tyle Verdiego i Mozarta ile dyrektorów, którzy ich dzieła wystawiali. Nazywał się Jan Kulczyk. Zniechęcony do polskiego piekiełka przeniósł swoje inwestycje w daleki świat, a wraz z nimi hojne przyjaźnie. Inni sponsorzy tworzą skromna listę kilkunastu nazwisk, która nawet biorąc pod uwagę ubóstwo nizin między Bugiem i Odrą przynosi wstyd rzekomo kwitnącej nowej klasie burżuazji polskiej. Duże firmy, które nawet w swoich statutach mają wpisane wspieranie kultury, zawsze wolą zaliczyć do tej enigmatycznej dziedziny kopanie piłki, czy młóckę na ringu, bo tam każda wydana złotówka jest oglądana przez tysiące wdzięcznych kibiców, a nie tak jak w naszej Bałtyckiej przez cztery z połową setki osób. Nie zapomnę rozmowy podczas jednego z wielu proszalnych rajdów po gabinetach prezesów, w której mój rozmówca, nawet skłonny do jakiegoś datku na rzecz śpiewających artystów, dowiedziawszy się jaka jest wydajność naszej widowni wybuchnął śmiechem i na tym rozmowę zakończył. Jedyna potężna firma na Wybrzeżu, której wsparcie było dla budżetu Opery Bałtyckiej liczącą się częścią jest „Lotos”. Jego władze zostały jednak tak zniechęcone przez przeciwników przemian artystycznych w naszym teatrze, które zapoczątkowaliśmy dwa lata temu, że nawet telefonów od nas nie odbierają. Tak więc pewnie jeszcze długo na Wybrzeżu będzie istniała opera tylko dzięki mądrości i dalekowzroczności radnych, którzy rozumieją, że nowy szpital i przedszkole nie zastąpią ulotnych wzruszeń tej garstki społecznej, która nas odwiedza. Wspiera nas czasami Ministerstwo Kultury umieszczając na swojej gigantycznej krajowej liście potrzebujących niektóre nasze projekty, oraz miasto Gdańsk, którego Prezydent ma świadomość jaki jest nasz adres i jakie dla miasta płyną z tego korzyści. Ale to naprawdę kropla w morzu. Jesteśmy instytucją samorządu wojewódzkiego i nie narzekamy na to. Chcemy tylko, żeby to było wszystkim wiadome bez żadnych złudzeń.