Wielka Ewa

5 Maj 2016

Zakończył się konkurs na nowego dyrektora opery we Wrocławiu. To oznacza, że z tego stanowiska odchodzi z końcem sezonu jedna z najwybitniejszych liderek naszego środowiska. Dyrektor Ewa Michnik jest warta poważnej książki, ale niech ta moja skromna laudacja będzie impulsem do jej napisania przez kogoś kompetentnego z grona jej wielbicieli, a jest to grono niemałe.

 

Miałem zaszczyt być przez wiele lat jej przyjacielem i wiernym uczniem w trudnej dyscyplinie zarządzania operową instytucją. Podziwiałem ją, mimo różnic w naszych systemach wartości estetycznych. Byłem jej wiernym reżyserem i zawdzięczam jej bezcenne wzruszenia na naszych wspólnych premierach i podczas licznych podróży artystycznych, jakie przez długie lata współpracy dane nam było odbyć. Jest wspaniałym opiekunem swoich artystów i pracowników teatralnych, ale jest też niezawodnym opiekunem tych, którzy znaleźli się w potrzebie. Niejeden raz odczułem, ile znaczy jej pomocna dłoń w sytuacji, kiedy ziemia usuwała mi się spod stóp. Jej życiowa mądrość idzie w parze ze wspaniałą kobiecą intuicją, pozwalająca bezbłędnie rozpoznać kto kim naprawdę jest, mimo sprytnych masek, jakie się rutynowo zakłada stając przed potężnym dyrektorem.

 

Była rzeczywiście potężna dzięki swojej umiejętności zarządzania wielkim organizmem, jakim jest opera i dzięki talentowi do zjednywania sympatyków dla swoich wspaniałych, pełnych rozmachu projektów. W pozyskiwaniu życzliwości władz i sponsorów nie miała sobie równych w Polsce. Może tylko Waldemar Dąbrowski może się mierzyć z nią w tej dyscyplinie. Wraz ze Sławomirem Pietrasem tych troje pozostanie już na zawsze w panteonie największych dyrektorów naszych czasów. Ale Ewa w ich gronie odznacza się jeszcze tym, że jest wybitną artystką. Jej dorobek muzyczny jest imponujący. Wszechstronność zainteresowań od baroku po muzykę współczesną, uczyniła z niej jednego z najznakomitszych dyrygentów operowych w naszym kraju. Opera we Wrocławiu osiągnęła pod jej rządami wysoki poziom wykonawczy o jakim wiele europejskich teatrów może sobie pomarzyć. Bezkompromisowość i niezwykła pracowitość siłą rzeczy udzielała się nam, pracującym pod jej kierunkiem artystom różnych dyscyplin. Do legendy przejdzie jej punktualność w rozpoczynaniu każdej próby, jej bezwzględne egzekwowanie tego wszystkiego, co kompozytor umieścił w partyturze, jej wymaganie od każdego wykonawcy szacunku dla muzyki i sceny teatru, która była dla niej całym światem.

 

Mam nadzieję, że jeszcze nie raz stanie za pulpitem w jakimś gościnnym teatrze. Szkoda, że i ja odchodzę z gdańskiej dyrekcji, bo z pewnością namawiałbym ją do zadyrygowania w Operze Bałtyckiej. Mam nadzieję, że jeszcze przez długi czas będzie dla nas wzorem niezłomności i twardego charakteru. Ale przede wszystkim mam nadzieję, że kiedyś przed operą we Wrocławiu, najlepiej tam, gdzie opętani związkowcy stawiali jej na złość drogowskaz do Bochni, kiedy zaczynała swoje dyrektorowanie po opuszczeniu Krakowa, że tam właśnie stanie pomnik Wielkiej Ewy, dzięki której Wrocław pokochał sztukę operową. 

Iść, czy nie iść w zawody?

6 Kwiecień 2016

Oto jest pytanie, bardzo aktualne w naszych czasach. Powszechna konkurencja wszystkich we wszystkim, wolny rynek zmuszający do niekończących się wyborów, presja ofertodawców i reklamożerców – wszystko to sprawia, że musimy się przyzwyczajać do permanentnych zawodów w każdej dziedzinie, jeśli chcemy coś osiągnąć. Wyścig szczurów – powiadają niechętni, ale takie pogardliwe określenia zwykle ułatwiają oceny, upraszczają zawiłości i nie mają nic wspólnego z rzetelną odpowiedzią, jak się w tym powszechnym wyścigu zachować. Co by nie sądzić o wyścigach, ustawy stanowią, że coraz więcej kierowniczych stanowisk musi być obsadzanych zwycięzcami konkursów. Rzecz w tym, że łatwiej wskazać w finale zwycięzcę, niż skompletować kompetentne grono sędziów. Ta uwaga w najmniejszym stopniu nie dotyczy rozstrzygniętego na początku roku konkursu na dyrektora Opery Bałtyckiej.

 

Wielu życzliwych i nieżyczliwych komentatorów wytykało mi wahania w związku z udziałem w tym konkursie. Początkowo byłem zdania, że moje osiem i pół roku na stanowisku dyrektora opery, to ilość czasu w zupełności wystarczająca do zbudowania własnego wizerunku teatru, zaprezentowania jego możliwości i wyczerpania mocy twórczej. Uważam, że dłuższe rządy nie wnoszą niczego nowego poza stagnacją artystyczną. A jednak uległem namowom niektórych moich autorytetów w kręgach władzy, w środowisku operowym i dziennikarskim oraz licznym miłośnikom wśród wiernej widowni. Zasadniczym powodem było przekonanie, że należy zadbać o dalszy rozwój i imponującą karierę Bałtyckiego Teatru Tańca. Ten fenomen artystyczny wykreowany przez Izadorę Weiss miałby dramatycznie utrudnioną sytuację we współpracy z jakimkolwiek innym dyrektorem. Wymagania organizacyjne tego wspaniałego zespołu są ogromnym wyzwaniem dla każdego menadżera, który chciałby utrzymać obecny poziom.

 

Opera Bałtycka od lat boryka się z poważnym niedoinwestowaniem. Od 2011 roku, kiedy dotacja była najwyższa, koszty utrzymania systematycznie rosły, a dotacja malała. Uważam, że na dzień dzisiejszy mojemu teatrowi brakuje 1200000 złotych, żeby podnieść każdemu pracownikowi pensję o 200 złotych brutto. Przy ogólnopolskich podwyżkach płac, to nie są wygórowane żądania dla tak wysoko wykwalifikowanych artystów i fachowców z innych dziedzin. Ten postulat był moim zasadniczym punktem w wystąpieniu konkursowym. Podkreśliłem, że taki wzrost zarobków nie będzie miał w konsekwencji zwiększenia aktywności teatru i ilość spektakli pozostanie bez zmian. Wiedziałem, że moi przełożeni, z których trzy osoby były w składzie komisji konkursowej, nie zgadzają się na zwiększenie dotacji. Moje wystąpienie było więc klasycznym błędem zawodnika, który na starcie funduje sobie punkty karne.

 

Jeden z konkurentów przedstawił brawurowy plan nowej aktywności teatru, w którym była mowa o „wyjściu do ludzi”, „programach edukacyjnych”, „teatrze tętniącym życiem” i wielu innych tego typu deklaracjach, które uważam za puste frazesy, bo teatr tętni życiem wtedy, gdy wieczorem kurtyna idzie do góry i na scenie dzieją się cuda najwyższej próby, a wychodzić do ludzi nie ma potrzeby, skoro to ludzie zasadniczo mają przyjść do teatru. Natomiast najlepszy program edukacyjny, jaki znam, to piękne przedstawienie, po którym dziecko zabrane na nie przez rodziców, zadaje w domu mnóstwo pytań prosząc o wyjaśnienie tego, czy innego cudu. Taka jest moja wiara i dałem jej wyraz podczas przesłuchania. Jednak przeważyło szalę to, że zwycięzca konkursu stwierdził, że program, który zaprezentował, wykona w ramach istniejącej dotacji. No, gdybym siedział w komisji, też bym jemu przyznał palmę pierwszeństwa.

 

Tak więc moja wizja kosztownej opery elitarnej na najwyższym możliwym poziomie muzycznym przegrała z wersją taniej opery ludycznej skupionej na zaspokajaniu istniejących już gustów, zamiast rozbudzania nowych. Nie mam o to do nikogo pretensji, bo jak wielu moich przeciwników zgadzam się, że za pieniądze publiczne nie wystarczy realizować swoje własne ambicje, tylko należy się wsłuchiwać w głosy większości i wychodzić naprzeciw ich postulatom. To przecież sprawdzona doktryna telewizyjna, w której słupki oglądalności decydują o programie i składzie ekipy, która go realizuje. Mogę tylko ubolewać, że nie mam bogatego wujka, który popierałby moje ambicje i pozwolił mi przekonywać innych, że są warte więcej, niż popularne słupki. Czy w takim razie warto było startować w zawodach, które wymagają respektowania określonych reguł, jakich się nie chce przyjąć? Moja odpowiedź wciąż brzmi – warto. Trzeba iść w zawody i próbować bronić wartości, w które się wierzy, dopóki starcza tchu w piersiach. Trzeba też umieć przegrywać – doda ten i ów, ale to już zupełnie inna historia. Nie spotkałem mądrego, który byłby biegły w tej dyscyplinie.

Czarna Maska w Operze Narodowej

31 Marzec 2016

Opera Bałtycka na zaproszenie Stowarzyszenia Ludwiga van Beethovena Elżbiety Pendereckiej i Dyrektora Opery Narodowej Waldemara Dąbrowskiego miała zaszczyt gościć na scenie Teatru Wielkiego w Warszawie z arcydziełem Krzysztofa Pendereckiego Czarna Maska. To, jak już pisałem, najtrudniejsze dzieło operowe w literaturze światowej poprowadził brawurowo Szymon Morus, wielka nadzieja polskiej dyrygentury, ze wsparciem trzech niezbędnych w tym utworze dyrygentów, czyli Adiego Bara, Jakuba Kontza i Anny Michalak. W ascetycznej scenografii Hanny Szymczak moi ukochani soliści: Kasia Hołysz, Sylwester Kostecki, Piotrek Nowacki, Karolina Sikora, Robert Gierlach, Ryszard Minkiewicz, Olek Kunach, Karolinka Sołomin, Ania Fabrello, Rysio Morka, Stanisław Kierner, Monika Fedyk, Jacek Batarowski, Joasia Wesołowska, Rafał Sambor i Krzysztof Rzeszutek dali mistrzowski popis teatralnego kunsztu, tak rzadkiego w spektaklach operowych.

Stojąca owacja nabitej do ostatniego miejsca sali Teatru Wielkiego była wspaniałym podziękowaniem za wysiłek tych artystów i za dar, jakim dla polskiej kultury jest twórczość niezmordowanego Mistrza Pendereckiego, który dziękował gdańskim artystom za tę wspaniałą pracę na scenie i potem każdemu z osobna w kuluarach. Ten sukces nie byłby możliwy bez wysiłku mojej ekipy technicznej z kierownikiem Adamem Jabłonowskim i Piotrem Miszkiewiczem, autorem świateł, na czele, ale również bez wsparcia jakiego udzieliła nam ekipa techniczna Teatru Wielkiego pod dowództwem Janusza Chojeckiego. Wielkie dla nich wszystkich podziękowania, że mogłem w tak godny i spektakularny sposób pożegnać się z moją Operą Bałtycką. Wielkie podziękowania dla mojej cudownej orkiestry, która już nie chce ze mną pracować, bo liczy na łatwiejsze życie pod nową dyrekcją, ale która włożyła w ten arcytrudny tytuł pożegnalny cały swój talent i ogromną pracę, za którą jestem im wdzięczny. Wdzięczny jestem również i chórowi za to, że kiedyś zainicjował powołanie mnie na dyrektora, a teraz zmęczony biedą liczy na to, że pod nową dyrekcją będzie prowadził bardziej godziwe życie. A szczególnie wdzięczny jestem Bałtyckiemu Teatrowi Tańca, który sprawił, że naszą Czarną Maskę widzowie będą pamiętać do końca życia. Choreografia Izadory Weiss w tym spektaklu zajmuje niewiele czasu, ale jest tak mocnym akcentem, że przesłanie tego spektaklu porównywane jest z arcydziełem literatury światowej jakim jest „Uległość” Michela Houellebecqa.

 

Oczywiście, że zachwyty warszawskie nie muszą być dla Gdańska, który nas już nie chce, żadnym punktem odniesienia, ale warto będzie o nich pamiętać, kiedy zatęsknicie za nami i przypomnicie sobie, żeście byli z nas dumni. Może trochę to kosztuje, ale wierzę, że warte jest tej ceny.

Czarna Maska

20 Marzec 2016

To moje pożegnanie z Operą Bałtycką. Być może jest to moje pożegnanie z operą w ogóle. Pewnie nie wszystkich to interesuje, ale zwierzam się z tego, by chociaż częściowo wytłumaczyć się z funeralnej mszy, jaką stał się dla mnie ten spektakl.

 

Opowieść o urodzinowym przyjęciu Burmistrzowej w małym miasteczku na Śląsku jest okruchem zwierciadła, w którym przeglądają się problemy Europy sprzed lat, ale również tej dzisiejszej. Ten spektakl jest więc moim pożegnaniem z Europą, którą kochałem i którą wspólnie z milionami wierzących w jej idee starałem się budować przez całe życie. Mój wkład jest skromny, ale nieskalany wątpliwościami w sens tego budowania. Ostatnio jednak dostrzegam fałszywe założenia, jakie budowniczym Europy przyświecały od upadku komunizmu. Idee, w które wierzyłem oparte są na kłamstwach. Straciłem nadzieję, że Europa przezwycięży plemienne waśnie i swoją pychę dawnych kolonizatorów. O tym również jest ten spektakl.

 

W nadciągającej zagładzie starych wartości być może tkwi ziarno odrodzenia nowego typu człowieka i jakiegoś nowego rodzaju braterstwa. Ale nie chcę w tym brać udziału, ani się tym interesować tak samo, jak nie chcę się interesować nowym gatunkiem teatru muzycznego, który być może powstanie na gruzach dawnej opery. Zwycięstwo popkultury i demokratycznego artyzmu obserwuję ze zgrozą i rozpaczą, że większość tak łatwo dała się oszukać.

 

Czarna Maska” mojego Mistrza i drogiego Przyjaciela jest najtrudniejszym arcydziełem operowym, z jakim miałem do czynienia. Wśród setki dzieł, jakie zrealizowałem jako reżyser, to ostatnie wymaga największej precyzji i poczucia odpowiedzialności za każde słowo i każdy takt. Podchodziłem do tej realizacji dwukrotnie. Dopiero za trzecim razem znalazłem tak wspaniałych współpracowników i wykonawców, że odważyłem się doprowadzić swoją pracę do końca. Mam nadzieję, że jej rezultat pozostanie w pamięci mojej drogiej publiczności na długie lata.

 

 

Norma zero

12 Marzec 2016

Pan Marszałek Mieczysław Struk w swoim ostatnim wywiadzie był łaskaw odnieść się do wypracowanego przeze mnie systemu wynagradzania pracowników Opery Bałtyckiej, poddając w wątpliwość jego zalety. Rozumiem, że na marszałku województwa ciąży poważna i rozległa odpowiedzialność za zróżnicowane przejawy społecznej działalności i jej wysokie koszty. Jest rzeczą naturalną, że nie może on być specjalistą w każdej dziedzinie i dokładnie orientować się w każdej podległej mu branży. Wydaje mi się jednak, że dysponuje sztabem pracowników, którzy powinni rzetelnie informować marszałka o różnych specyficznych zagadnieniach, nie uciekając się do takich na przykład opinii, że „dyrektor Weiss nie lubi sponsorów”. Czuję się jednym z takich pracowników, więc pozwolę sobie przekazać kilka informacji dotyczących owego „systemu” płac, który wydaje się chybiony. Ponieważ dyskusja na ten temat przeniosła się, nie z mojej winy, na płaszczyznę medialną, proszę o wyrozumiałość, że i ja zdecydowałem się na tej płaszczyźnie składać wyjaśnienia.

 

Od 2011 roku, kiedy to dotacja na Operę Bałtycką wynosiła 16,4 miliona, jej wielkość zmalała w 2013 do 14,1 miliona, by znów stopniowo rosnąć do roku bieżącego, kiedy otrzymujemy od organu założycielskiego 15,4 miliona złotych, czyli wciąż o milion mniej, niż pięć lat temu. A przecież ludzi i zadań jest wciąż tyle samo. Jednak samorząd wojewódzki, na którego utrzymaniu jesteśmy, uważa, że opera jest zbyt kosztowna, w porównaniu z innymi instytucjami kultury. Nasze koszty są jednak większe nie tylko z powodu liczby 250 pracowników, ale również z powodu ich specyfiki i wysokiej specjalizacji. Jest wśród nich wielu wybitnych muzyków, których zarobki są żenująco niskie. Oprócz tego wspiera nas partner strategiczny, którym jest „Lotos”. Ta pomoc pozwala zrealizować jedną premierę w roku. Drugą zapewnia pomoc miasta Gdańska. Niestety, nie uzyskaliśmy, mimo wielu starań, wsparcia ministerstwa, jakie na przykład, dzięki zaangażowaniu ministra Zdrojewskiego, otrzymuje Opera Dolnośląska. Połowa oper w Polsce jest tego poparcia pozbawiona, ale mam nadzieję, że dzięki staraniom dyrektorów tych poszkodowanych placówek, rażącą niesprawiedliwość będzie można zredukować.

 

Deficyt finansowy od lat powoduje, że niemożliwe są jakiekolwiek podwyżki płac. Jednocześnie Opera Bałtycka odnosi coraz większe sukcesy artystyczne i może się poszczycić udokumentowaną wysoką pozycją w rankingu 10 polskich teatrów operowych. Od wymienienia jej przez BBC jako jednej z dziewięciu najciekawszych placówek operowych w Europie, po wysyłanie jej w ramach czołówki polskich zjawisk artystycznych do Chin jako reprezentacji kultury polskiej w projekcie azjatyckim Instytutu Mickiewicza, Opera Bałtycka może się chlubić znakomitymi recenzjami i aplauzem wiernej publiczności, która nam zaufała, że każdy spektakl przygotowujemy tak starannie jak premiery. Mimo tej jakości budowanej przez lata wytężonej pracy, jesteśmy wciąż na szarym końcu oper polskich pod względem otrzymywanej dotacji. Dla pracowników jest to sygnał, że nie warto się starać.

 

Stworzyłem więc system, w którym zarobki są bezpośrednio związane z ilością granych spektakli. Ponieważ do każdego z nich prowadzimy liczne próby i przygotowania, zasada jest taka, że jeśli ktoś nie bierze w nich udziału, na przykład z powodu choroby, nie gra również spektakli i nie ma z tego tytułu dodatkowego wynagrodzenia. Ten związek znacznie podniósł wskaźniki zdrowotne w naszych zespołach. Na zwolnienia lekarskie idzie się u nas rzadziej niż w innych teatrach. Obniżając stopniowo normy z trzech do zera, dotarłem w tym roku do granicy możliwości poprawiania bytu moim pracownikom. Związki zażądały więc kategorycznie podwyżki do pensji podstawowej, a kiedy odmówiłem, weszły ze mną w spór zbiorowy, który trwa do dzisiaj. Ten spór w żadnym wypadku nie zaszkodził naszej merytorycznej współpracy i zespoły pracują dalej bez zakłóceń, rozumiejąc, że tylko wysoka pozycja artystyczna może być kartą przetargową we wszystkich negocjacjach finansowych.

 

Średni zarobek miesięczny w Operze Bałtyckiej w ciągu ostatnich trzech lat wzrósł z 3315 złotych do 3662. To się stało za sprawą mojego systemu nadnormówek i pokazuje, że w zasadzie dzieje się coraz lepiej, ale przecież tu są ludzie, którzy zarabiają nie tylko więcej, ale i mniej, niż ta średnia. Najważniejsze jest jednak to, jaka jest relacja tej średniej do średniej krajowej. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że mamy do czynienia z instytucją wysokiej jakości i specjalizacji, to każdy przyzna, że panuje u nas zawstydzająca bieda. Zdecydowałem więc, że w tym roku wszyscy dostaną 200 złotych do podstawowej pensji, żeby pochodne, a w tym nadnormówki, dały ludziom poczucie rekompensaty za wysiłek osiągnięcia tej pozycji w świecie opery, jaką Bałtycka bezsprzecznie piastuje. Mogłem to zrobić jedynie kosztem ilości spektakli, bo tylko taka oszczędność jest w operze możliwa.

 

Potężna dotacja, która tak bulwersuje mniejsze instytucje, w ogromnej większości idzie na koszty stałe, jak płace , utrzymanie gmachu, podatki i ZUS, który pochłania rocznie prawie jedną czwartą tej dotacji. Na działalność, czyli granie przedstawień i premiery pozostaje również około jednej czwartej. Każdy spektakl operowy kosztuje ponad 80 tysięcy, a każdy baletowy połowę tej sumy. Premiera to średnio pół miliona złotych. Łatwo więc policzyć, co się musi stać, kiedy podwyżka po doliczeniu wszystkich pochodnych kosztowała by nasz budżet 1 200 000 złotych. Na taką redukcję spektakli nie zgodził się departament kultury urzędu marszałkowskiego, zabraniając mi generować koszty, które mogłyby obciążyć mojego następcę na stanowisku dyrektora. Niefortunny protest związkowców przed urzędem Pana Marszałka był wynikiem desperacji, że obiecana podwyżka nie doszła do skutku. Czuję się za to odpowiedzialny, ale nie widzę żadnego racjonalnego rozwiązania, którego we własnym zakresie mógłbym się podjąć. Zwiększenie normy granych spektakli i danie podwyżki pod tym warunkiem, byłoby oszustwem, bo pracownicy by na tym faktycznie stracili.

 

Norma zero brzmi groźnie dla kogoś, kto nie wie, że za tą nazwą nie kryje się nieróbstwo, tylko ciężka praca nad przygotowaniem spektaklu, za który dodatkowe wynagrodzenie jest skromnym, symbolicznym często dodatkiem do gołej pensji.

Hejnał Mariacki

22 Styczeń 2016

 W swoim długim życiu teatralnym miałem wielokrotnie okazję obserwowania, jak po każdej zmianie na szczytach władzy furkoczą chorągiewki na wieżach „suwerennych” artystów, zmieniając swoje ustawienie do nowego kierunku wiatru. Zawsze to budzi niesmak, kiedy ktoś radykalnie wypiera się swoich wcześniejszych poglądów, przyjaciół i własnych słów. Nasze środowisko artystyczne, tak przecież związane z poszukiwaniem i kultywowaniem wartości, nie akceptuje demonstracji lizusostwa i merdania ogonem przed nowymi władcami. Uważam, że ta zdrowa niechęć budzi się przy takiej okazji u większości naszych odbiorców, czyli społeczeństwa, któremu teoretycznie powinniśmy świecić przykładem. Najdobitniejszym przypadkiem takiej jednoznacznej polaryzacji opinii był stan wojenny wprowadzony przez WRON, czyli Wojskową Radę Ocalenia Narodowego zwaną popularnie „wroną”. Nie wdając się w skomplikowane okoliczności jej powstania, przypomnę tylko niewinnej naszej młodzieży, że rada ta działała pod hasłami ratowania państwa przed zagrażającym mu złem, czyli według niej stawała zdecydowanie po „jasnej stronie mocy”.

 

Naród nie dysponował wtedy podziemną Armią Krajową, więc opór zbrojny był niemożliwy, co zostało udowodnione drastycznie w kopalni „Wujek”, kiedy do bezbronnych górników strzelano ostrymi nabojami na rozkaz ludzi do dzisiaj nie osądzonych. Mieliśmy więc do wyboru szereg pokojowych form oporu, z których z wielkim wzruszeniem wspominam bezprecedensowy bojkot środowisk teatralnych wymierzony przeciw kłamliwej do bólu telewizji publicznej. Porządny człowiek się w tych czasach w telewizji nie pokazywał. Widownie teatralne pękały w szwach, a na srebrnym ekranie pojawiali się tylko patologiczni karierowicze, lub otumanieni propagandowym czadem artyści słabego umysłu, którzy intelektualnie nie byli w stanie ogarnąć zaistniałej sytuacji. Jakież było ich zdumienie i tym większy intelektualny zamęt, kiedy, po wyjściu na scenę teatralną, zostawali bezlitośnie wybuczeni przez solidarną publiczność. Byłem wielokrotnie świadkiem takiego wybuczenia i pamiętam, jak boleśnie przeżywały tę reakcję widowni nieostrożne lizusy. Taki ostracyzm w Polsce ma długą tradycję i do dzisiaj istnieje mniej lub bardziej nasilony bojkot osobników, którzy swoje chorągiewki na wieżach bez wahania nastawiają w kierunku pomyślnych wiatrów.

 

Jednak czasami trudno oddzielić ostrożność wobec władzy i podejrzliwość wobec jej deklaracji od fundamentalnych uczuć patriotycznych, wśród których banalna miłość do ojczyzny zawsze może być interpretowana politycznie i wykorzystywana w sporach i opluwaniu się wzajemnym, tak powszechnie dzisiaj uprawianym dzięki gościnnej i bezpiecznej sieci internetowej. Ludzie myślący, którzy uważają się za elitę narodu, przywódców duchowych i nauczycieli muszą więc bardzo starannie analizować każdy przypadek takiego upublicznienia swoich poglądów, żeby oddzielić w nich ziarno szlachetnych uczuć od ich koniunkturalnych i cynicznych podróbek. Nie każdemu się chce taki trud podjąć. Cóż nas obchodzi, czy ktoś jest uczciwy, czy nie, jeśli to nie czyni nam osobiście żadnej szkody, ani nie przynosi pożytku. Ważniejsze jest wykorzystać wątpliwości co do intencji naszego bliźniego tak, jak dyktuje nam to doraźna korzyść. To smutne, że tak się powszechnie dzieje, bo to świadczy, że szeregi miłośników prawdy mogą się niebezpiecznie kurczyć. Sprzyja temu cyniczna popkultura przesiąknięta materią reklam będących kwintesencją artystycznego fałszu. Sprzyja temu kult oglądalności. Sprzyjają temu mechanizmy uprawiania polityki nastawionej na skuteczne zdobycie i utrzymanie władzy. Powie ktoś, że nigdy jej cele nie były inne, ale jednak śmiem twierdzić, że odsetek porządnych ludzi zajmujących się polityką niepokojąco maleje. Moim zdaniem dlatego, że maleje ilość wyznawców prawdy, jako wartości niepodważalnej.

 

Te smętne refleksje dopadły mnie w związku z reakcją na użycie w naszym Strasznym Dworze hejnału mariackiego. Ta prosta melodia ma w życiu naszego narodu szczególne znaczenie. Oburzenie wywołał jakiś czas temu chuligański pomysł kogoś z kierownictwa Polskiego Radia, żeby ten hejnał, nadawany od zawsze w południe, zdjąć z anteny z powodów oszczędnościowych. Można by przecież wykorzystać te cenne minuty na złotodajną reklamę! Na szczęście hejnał, chociaż w okrojonym minutażu, przetrwał. Pięknie śpiewał o nim Bułat Okudżawa w piosence dedykowanej Agnieszce Osieckiej: „Kiedy słyszę, jak trębacz wznosi się nad Krakowem ze swoim hejnałem, chwytam za szablę z nadzieją w oczach, by walczyć za wolność…” Te słowa postanowiłem potraktować jako motto do swojej, ostatniej pewnie w moim życiu, inscenizacji Strasznego Dworu w Operze Bałtyckiej. Jest ona metaforycznym zapisem mojej patriotycznej edukacji i rozpaczy, że niektóre jej owoce były zatrute. Jakież było moje osłupienie, gdy jeden z konkurentów w zbliżającym się konkursie na stanowisko dyrektora opery, skomentował to tak: „Użyli hejnału mariackiego, żeby się podlizać prezydentowi Dudzie, który pochodzi z Krakowa”.

 

Dobra zmiana

10 Styczeń 2016

 Któż by jej nie chciał? Dobra zmiana jest w każdej dziedzinie, w każdej rzeczywistości, przez każdego mile widziana. Istotą ewolucji, zarówno biologicznej jak i cywilizacyjnej, jest nieustanny ciąg zmian na lepsze. Ale w tym właśnie szkopuł, jak powiada Hamlet. Czy każda zmiana jest zmianą na lepsze? Oczywiście, że nie. Jak więc się strzec przed zmianami na gorsze? Badać uważnie ich zapowiedzi, ich symptomy, wiarygodność tych, co te zmiany zapowiadają, fundują i obiecują przy tym kiełbasę wyborczą w jej najróżniejszych odmianach. Mówię o kiełbasie wyborczej, bo w naszych demokratycznych czasach większość zmian musi się dokonywać przy powszechnej akceptacji. Wola jednostki tu nie wystarczy, Trzeba przekonać różne gremia, by zmiany mogły zostać wprowadzone w życie. A podstawowe narzędzia przekonywania, to nie są rzeczowe argumenty i wyliczenia, tylko różnego rodzaju obietnice i deprecjonowanie tego, co było dotychczas.

 

Obietnice zwykle są na wyrost, bo nie ma czasu i sposobu, by je zweryfikować. Można więc pomarzyć, że uda się to, czy tamto zrealizować. Nie jest ważna możliwość spełnienia tych obietnic. Ważna jest chęć ich spełnienia. Trzeba ją umiejętnie zademonstrować, poprzeć szczytnymi hasłami, oprzeć o powszechnie uznawane wartości i zapewnić, że ma się możliwości dotrzymać wszystkich obietnic w stosownym czasie. Najlepiej nie mówić konkretnie kiedy. Czas jest niebezpieczny, bo tylko w teorii względności jest relatywny. Dla nas, zwykłych ludzi żyjących tu i teraz, czas jest mierzony tą sama miarą przez wszystkich. Dlatego lepiej się do tej miary nie odwoływać. Jest przecież piękne sformułowanie: „ w najbliższym możliwym czasie”.

 

Deprecjonowanie tego co jest i co było stanowi, jak wiadomo, jedną z najskuteczniejszych metod chwalenia tego co będzie. Tym samym, można zdeprecjonować ludzi, którzy za wczoraj i za dzisiaj są odpowiedzialni. Bo dopiero ci, co będą odpowiadać za jutro, okażą się wspaniali i godni wyboru, jakiego możemy właśnie dokonać. A przecież chcemy dokonać wyboru na dobrą zmianę! Więc jakże pożyteczne są dla nas w tej sytuacji wszystkie złe oceny, jakie zbierają ci, co zafundowali nam za stan obecny! Hajda na nich! Lżej będzie wtedy machnąć ręką na przeszłość i rozstać się z wartościami, które nam dotąd przyświecały. W tej pasji rozliczania się z nimi, deprecjonowanie przechodzi brawurowo w opluwanie. A jakże lekko i przyjemnie opluwać jest w naszych beztroskich czasach anonimowego internetu! Jak to poprawia zdrowie i polepsza samopoczucie!

 

Niektórzy myślą, że te uwagi nie mają nic wspólnego z operą. A przecież one dotyczą wielu zjawisk, jak każda ogólna teoria. W Operze Bałtyckiej kończy się w czerwcu kadencja dyrektora, więc w styczniu ma się odbyć komisyjne przesłuchanie kandydatów, którzy zgłosili gotowość przewodzenia tej największej na Pomorzu instytucji artystycznej. Zgłosiłem tę chęć także i ja, zgodnie z moimi zapowiedziami i z moim szacunkiem do imponującego dorobku trzystu osób, które w skromnych warunkach stworzyły tu w ostatnich latach jeden z najciekawszych teatrów w Polsce. Nie mogę się zgodzić, żeby ktoś ten dorobek zmarnował, mamiąc te trzysta osób większymi zarobkami, lżejszą praca, łatwiejszymi do wykonania zadaniami i powszechna miłością wszystkich środowisk Trójmiasta, z których rekrutuje się nasza publiczność. Nie mogę się zgodzić, żeby ktoś przekształcił ten teatr w omnibus zaspokajający wszystkie gusty, ulegający wszelkim trendom płodzonym przez komercyjny rynek w coraz bardziej wyrafinowany sposób. Tak długo, jak będę mógł mieć wpływ na decyzje artystyczne w Operze Bałtyckiej, będę się starał, żeby na jej scenę mieli wstęp tylko wspaniali artyści. Ci mniej utalentowani będą musieli poczekać na jakąś „dobrą zmianę”.

 

Po tych zapowiedziach i ujawnieniu mojego uporu, który ten i ów chętnie, ale niesprawiedliwie nazywa pychą, wylała się rzeka najróżniejszych pretensji pod moim adresem. Wiele z nich było słusznych i te z pewnością wezmę sobie do serca, żebym i ja miał radość wprowadzać zmiany na lepsze. Te niesłuszne i obelżywe ignoruję, jak zawsze, i wierzę, że ci, co chodzą na nasze spektakle, wiedzą ile w nich prawdy. Dobra zmiana jest możliwa i konieczna, jednak ona nie przychodzi na pstryknięcie palcami. To ciężka codzienna praca na różnych polach działalności, kierowana uczciwie przez kogoś, kto bierze odpowiedzialność nie za enigmatyczne jutro, ale za to, co dzieje się teraz, wieczne teraz – bo tylko ono jest rzeczywiste i sprawdzalne.

 

BTT w Warszawie

8 Styczeń 2016

 W niedzielę, w teatrze Studio Bałtycki Teatr Tańca wystąpi z dwoma spektaklami Izadory Weiss „Śmierć i Dziewczyna” do muzyki Schuberta i „Fedrą” według Racine’a do muzyki X Symfonii Mahlera.

 

Pierwszy spektakl został zrealizowany dwa lata temu. Jest poetycką opowieścią o Dziewczynie, która sądziła, że oswoiła i przebłagała Śmierć, ale nie wiedziała, że zostanie oszukana i ugodzona w najmniej spodziewany sposób przez tę, której przebłagać ani oswoić się nie da. Negocjacje ze Śmiercią są tematem wielu dzieł. Najbardziej pamiętny jest dla mnie wielki film Bergmana „Siódma pieczęć”. Choreograficzna opowieść Izadory Weiss posługuję się oczywiście innym językiem i rozgrywa się w innym wymiarze artystycznym, ale dla wielu widzów była wstrząsającym doświadczeniem i uważam to dzieło za jedno z najważniejszych w dorobku tej znakomitej artystki.

 

Drugi spektakl jest jej ostatnią realizacją. Stworzyła w nim, po latach pracy nad własną, niepowtarzalną formułą teatru tańca, nową jakość powiązania muzyki z ruchem i ekspresją aktorską wykonawców. Ta jakość zyskała ogromne uznanie publiczności londyńskiej, której pokazaliśmy „Fedrę” kilka dni po premierze w Gdańsku. Spektakl zebrał znakomite recenzje brytyjskiej prasy, która kolejny raz uznała Izadorę Weiss za odkrycie ostatnich lat, a jej choreografie za nowatorski styl w świecie tańca, w którym znów pojawiła się szansa na opowiadanie ruchem wielkich tragedii teatralnych w oparciu o muzykę najwyższego lotu.

 

A kto, podobnie jak mój niegdysiejszy mistrz w sztuce dyrektorowania, Sławomir Pietras, uważa, że przesadzam w swoich zachwytach nad choreografią Izadory, niech przestanie, tak jak on, wypowiadać sądy o czymś, czego nie widział, tylko niech ruszy do teatru Studio, gdzie Instytut Tańca zaprosił nasz zespół, i obejrzy jego imponującą pracę na własne oczy.

Straszny Dwór

10 Grudzień 2015

 Na tydzień przed premierą w Operze Bałtyckiej przypomniała mi się słynna rozmowa Jana Pawła II z Marią Fołtyn. Zasłużona reżyserka zwana w środowisku żartobliwie „wdową po Moniuszce” apelowała do Ojca Świętego podczas watykańskiej audiencji o poparcie dla wystawienia na światowych scenach „Halki”. Papież z wrodzonym sobie poczuciem humoru powiedział „Pani mi opowiada o Halce, a ja tu mam Straszny Dwór!” Nie wiedział jeszcze wtedy, że ten jego dwór jest straszniejszy, niż przypuszcza. Tak jest i z dziełem naszego operowego wieszcza. Jest trudniejsze i głębsze, niż się wydaje przy pierwszym rozpoznaniu. Realizowane rekordową ilość razy na na polskich scenach, w tym i przez moją skromną osobę w Operze Narodowej, wciąż kusi, by je na nowo interpretować i zrozumieć zgodnie z duchem czasu, w jakim odbędzie się premiera.

Wydaje się, że wiemy wszystko o tym utworze. Znamy jego piękno, moc oddziaływania, naiwność i słabości partytury tak zdominowanej przez Sikorskiego. Każdy dyrygent realizuje swoją wersję i kiedy się porówna nagrania na przykład Jana Krenza i Jacka Kaspszyka, to słychać wiele ciekawych różnic. Nasza wersja przygotowana przez Tadeusza Kozłowskiego w nawiązaniu do wersji Bohdana Wodiczki odznacza się wielką zwięzłością i dynamiką. Ci, co mają w uchu inne lub inaczej brzmiące takty, będą się niepokoić, czy nie dzieje się krzywda Moniuszce, ale jego autoryzowana w stu procentach wersja niestety nie istnieje.

Te redakcje i interpretacje wciąż są w naszym życiu teatralnym przedmiotem zajadłych sporów. To znaczy, że kanon dramatów i oper uznany za dobro narodowe nie jest poszczególnym widzom obojętny. To znaczy, że nasza historia nie jest im obojętna. Naród, który tak gorąco przeżywa swoje mity, tradycję i fakty historyczne zasługuje na szacunek, a nie na pogardę światowców, co widzą w tych emocjach jedynie ciemnotę i zacofanie. Oczywiście, że łatwo wpaść w szmirę przesadnej egzaltacji i zastąpienia „jedynie słusznymi emocjami” zdrowego rozsądku i poczucia osobistej przyzwoitości. Te sprawy zawsze były arcytrudne i wymagały intelektualnej czujności. „Ale świętości nie szargać, bo to boli” powiada w „Weselu” król szyderców Stańczyk do Dziennikarza, który tę czujność stracił.

„Straszny Dwór” tylko pozornie jest beztroską komedią o niefortunnych, jak zwykle, ślubach niewinności. Warto przypomnieć sobie z jakiego powodu te śluby są tutaj składane. To nie są „Śluby Panieńskie” Fredry. Gdyby potraktować poważnie kwartet tych młodych bohaterów i ich mentora, jakim jest Miecznik, to może zamiast lekceważenia, z jakim traktujemy sarmackich bohaterów, bo tak nas wychowano w PRLu, bo tak nas kształtuje współczesna mentalność europejczyków, głęboko nieufnych wobec narodowościowych sentymentów, spróbować, tak jak oni, zadać sobie indywidualne pytanie „Czym jest dla mnie miłość Ojczyzny? Co tak naprawdę kocham?”

Dla mnie, na przykład, takim symbolem mojej patriotycznej nostalgii jest hejnał mariacki. Pięknie kiedyś śpiewał o nim bard naszej uciśnionej części świata Bułat Okudżawa: „Gdy nad Krakowem wznosi się trębacz ze swoim hejnałem, chwytam za szablę z nadzieją w oczach”. Ten wers mógłby być mottem mojego „Strasznego Dworu”.

Sarmatyzm to wielki tygiel, którego nie potrafiłbym jednoznacznie ocenić. To jak z moim dziadkiem, który był piękną, dumną osobą o wielkiej szlachetności i niezłomnym patriotyzmie, a jednocześnie irytował mnie kompletnym ignorowaniem realiów tego świata i nie przyjmowaniem do wiadomości jego reguł. Kochałem go i jednocześnie złościła mnie jego pycha wojownika. Kłóciliśmy się często, a jednocześnie nie mogliśmy bez siebie żyć. Komuna poczyniła dotkliwe spustoszenia w naszej tradycji sarmackiej. Teraz próbuje się odbudować niektóre jej wartości, ale świat się zbyt szybko zmienia, by ta próba ocalenia w pełni się udała. Ważne, żeby przy restaurowaniu sarmackich pozytywów nie powtarzać jego fatalnych błędów, które tak zaciążyły nad historią naszego narodu. Warto pamiętać, że to był czas, kiedy szlachta zwracała się do siebie „Panie bracie!”

Inspiracją do interpretacji teatralnej „Strasznego Dworu” był dla mnie „Ślub” Gombrowicza. Komu twórczość tego pisarza jest bliska, odczyta tę inspirację w spektaklu. Narzuca ona wiele konsekwencji inscenizacyjnych z onirycznością całej fabuły przede wszystkim. Można w uproszczeniu powiedzieć, że wszystko jest snem Stefana o dawnych czasach, do których nostalgiczną tęsknotę przeżywały kolejne pokolenia. Nasze pokolenie nie jest od tej tęsknoty wolne, ale różnimy się od poprzednich bardzo gorzkimi doświadczeniami historycznymi, które bolą jak zabliźnione rany. A teatr przecież jest od rozdrapywania ran i szukania sensu tego bólu w naszej kulturze. Dlatego mazur jest apoteozą bohaterów Powstania i rozpaczą wobec ich bezsensownej zagłady. Dlatego finał mojego spektaklu jest cytatem z legendarnego spektaklu „Wyzwolenia” Wyspiańskiego wyreżyserowanego przez Konrada Swinarskiego prawie pół wieku temu.

Każdy szlachecki strój w każdej epoce każdego kraju jest splamiony krwią. Władza rodzi przemoc, a bunt rodzi krwawy odwet. Nie musimy się tego wstydzić, bo to nie była jakaś szczególna cecha polskiej szlachty, ale też nie ma powodu desperacko się zaklinać, że nasi przodkowie byli jakoś wyjątkowo niewinni w porównaniu ze szlachtą angielską, czy francuską, której kolonialne straszliwe wyczyny tak wspaniale ujął w metaforę Conrad w „Jądrze ciemności”. Powołaniem artystów jest tropić zło wszędzie, gdzie się pojawi, nawet gdyby to był nasz dom rodzinny. A zapłatą zawsze będzie oplucie, wygnanie, „śmierć na śmietniku” jak ujął to nasz największy poeta w „Przesłaniu Pana Cogito”. W moim „Strasznym Dworze” nie ma śladów kolonialnej hańby na kontuszach, ale w kluczowej, wspaniałej arii Miecznika są kategoryczne nakazy, na których wychowały się kolejne pokolenia. Zapłaciły za to wychowanie życiem oddanym często z powodu pychy i ignorancji takich pięknych Mieczników jak mój świętej pamięci dziadek. Dobro Ojczyzny jest w naszej tradycji dobrem najwyższym, ale jego obrona jest dzisiaj bardziej skomplikowana, niż irracjonalne szafowanie życiem młodych zapaleńców. Świat wymaga dzisiaj mądrej kalkulacji i stosowania surowych reguł rządzących rzeczywistością. Żeby właściwie bronić Ojczyzny, należy te reguły starannie studiować, bo same szable nie wystarczą.

 

 

Kultura a władza

28 Październik 2015

Taki tytuł nosi debata w Sopocie, na którą dostałem zaproszenie od Fundacji Pomysłodalnia. Ponieważ nie będę mógł wziąć w niej udziału, pragnę podzielić się kilkoma refleksjami na ten obszerny temat, jakiemu poświęciłem lwią część życia.

Jego pierwsza połowa upłynęła w systemie totalitarnym, który dla młodych pokoleń znany jest tylko z opisów i legend. Nikt, kto tego nie przeżył, nie zdaje sobie sprawy, z jak wielu misternych nici spleciona była lina, na której twórcy uwiązani zostali do rydwanów władzy. Zdobywamy o tym wiedzę z setek książek, ale dopiero codzienna praktyka skomplikowanej gry, jaką prowadzili artyści, każdy na swój sposób, z wszechwładną ideologią, dawała poczucie bezradnego miotania się w sieci półprawd i kłamstw literatury, filmu, czy teatru, w tym także teatru operowego. Dzisiaj używa się z oburzeniem słowa cenzura przy każdej okazji krytycznego stosunku władzy do przejawów wolnego ducha w sztuce. Ale w rozumieniu tamtych czasów dzisiaj cenzura nie istnieje. Obecnie wszelkie próby ograniczania wypowiedzi z powodów obyczajowych, czy politycznych, to tylko mniej lub bardziej ostry spór, w porównaniu z czasami, kiedy nie było mowy o jakiejkolwiek publikacji, czy dotarciu do odbiorców bez wcześniejszego zatwierdzenia jej w urzędzie cenzorskim.

 

Jestem za tym, żeby przykładać właściwą miarę do współczesnych zjawisk w kontekście doświadczeń historycznych. Nie można urzędników kancelarii prezydenckiej nazywać ludźmi pokroju Bieruta i Bermana, bo zginął obraz i kilka drobiazgów. Byłem także przeciwny wołaniu „gestapo” na zomowców, chociaż stałem w tłumie polewanym wodą i rozganianym pałami. Kontrola społeczeństwa i artystów dzisiaj nie jest równa tej, jaką mieliśmy na co dzień za komuny. To oczywiste, że marzy się nam wolność działania i wypowiedzi twórczych, ale nie istnieje tu na ziemi wolność absolutna i możemy tylko starać się przesuwać jej ograniczenia tam, gdzie to możliwe i racjonalne. Tak było zawsze. W teatrze te granice definitywnie wyznacza kontakt z żywą publicznością. Możemy ją prowokować, zmuszać do myślenia na temat stereotypów, jakie wyznaje. Możemy ją nawet obrażać, jeśli jej samoograniczenia wydają nam się naganne. Ale nie da się całkowicie podważyć świata wartości, jakie dana publiczność uważa za istotne dla swojego istnienia, bo wtedy możliwość dotarcia do jej sumień i wzruszenia będzie zamknięta, a nasz akt artystyczny jałowy i niezrozumiały, a może nawet zarozumiały. Każdy artysta ma swój osobisty wydział autocenzury mniej lub bardziej liberalny w zależności od tego, co i dla kogo tworzy.

 

Zależność od władzy też uległa diametralnej przebudowie. Oczywiście, że nie znikła zupełnie. Nigdy nie zniknie zależność artysty od tego, kto go utrzymuje. Kiedyś ta zależność była bezwzględna, bo miała podwójną strukturę. Byliśmy przez władzę utrzymywani finansowo, ale również całkowicie podporządkowani ideologicznie. W PRLu było stosunkowo dużo wentyli pozwalających na wyrażanie swoich poglądów w porównaniu z innymi krajami obozu socjalistycznego. Byliśmy, jak to się mówiło, w tym obozie najweselszym barakiem. Gwarancje tych ograniczonych swobód nie dawało nasze chojractwo, tylko dwa nieujarzmione do końca filary polskości, czyli kościół i rolnictwo indywidualne. Nie wszyscy o tym wiedzieli. Doceniliśmy te filary właściwie dopiero w stanie wojennym. Dzisiaj kraj jest wolny i demokratyczny. Kto twierdzi inaczej, jest idiotą, albo ma złe intencje, by fałszować obraz rzeczywistości. To jasne, że ta rzeczywistość dostarcza co chwila informacji o faktach, że demokracja została gdzieś naruszona, że państwo pokrzywdziło jakiegoś obywatela niesprawiedliwie, że system nie akceptuje nadmiernych rewizji i podważania jego podstaw. Są też przypadki, że silniejsze mocarstwo lekceważy nasze racje, lub narzuca nam swoje. Ale taki stan rzeczy jest powszechny. Nie ma to nic wspólnego z brakiem wolności jak w systemach totalitarnych. Stawianie znaku równości pomiędzy systemem rynkowej demokracji i komuną świadczy o kompletnej ignorancji.

 

Żaden teatr nie jest w stanie utrzymać się sam. Nawet popularne dzisiaj teatry prywatne korzystają z dodatkowych dotacji i bankrutują, kiedy się im tych dotacji odmówi. Nigdy bilety nie zapewnią funkcjonowania teatru, a już z pewnością teatru operowego. Według naszych obliczeń bilet do Opery Bałtyckiej powinien kosztować około sześćset złotych, żeby ta instytucja funkcjonowała samodzielnie. Oczywiście pod warunkiem, że widownia dalej byłaby pełna, co jest utopią, bo frekwencja z pewnością wyniosła by zero procent. Gatunek sztuki, który uprawiamy powstał na bogatych dworach i piękna scena w filmie Formana o Mozarcie, gdzie wystawiono „Czarodziejski Flet” dla ludu za pieniądze z biletów jest fikcyjna. Tak więc uzależnienie od władzy, czyli „organu założycielskiego”, jak to się dzisiaj pięknie nazywa, jest konkretną rzeczywistością, przed którą nie uciekniemy. Ważna jest więc jakość tej władzy, jej relacje ze sztuką, wyczucie potrzeb społecznych, wśród których sztuka jest jedną z najważniejszych, chociaż pozornie wydaje się to jedynie marzeniem pięknoduchów. To właśnie demokracja i rozwój społeczeństwa obywatelskiego pokazuje, że sztuka wysoka jest tak samo niezbędna do rozwoju każdej populacji, jak edukacja, służba zdrowia i handel. To właśnie demokratyczne władze samorządowe są najbardziej stabilnym płatnikiem dotacji na kulturę. Żadne indywidualne fanaberie nie podważą przekonania większości rządzącego gremium, że bez kultury wartość społecznych zachowań i jakość życia gwałtownie się degradują.

 

Każda władza to przecież tylko ludzie. To poszczególne jednostki wychowane na konkretnych lekturach i spektaklach. Każdy z nich ma inny gust i swój własny system wartości. Narzucanie władzy dyktatu artystów w tych delikatnych kwestiach wymaga determinacji i odwagi, ale też ostrożności i starannej dyplomacji. Ten nieustanny dialog jest istotą właściwego prowadzenia instytucji artystycznej. Wszelkie manifesty i ich realizacje są rodzajem walki i przekonanie często bardzo opornych decydentów do swoich racji nie zawsze kończy się sukcesem. Trzeba więc w tej pracy, w tych naszych profesjach artystycznych, umieć również przegrywać. To część naszego losu, kiedy kończy się poparcie i kończy się możliwość dalszych kreacji. Nie trzeba wtedy podważać całego systemu, bo to nie on jest winien i nie jest tak, że zastąpienie go innym systemem ułatwi nam życie.